ZORBA – DO TRZECH RAZY SZTUKA

„Zorba” numer dwa po deszczowym, przerwanym pierwszym podejściu miał miejsce jakis tydzień później. Pogoda była bardziej stabilna i już wydawało się, że tym razem się uda, gdy nagle znad redłowskiego klifu wyłoniły się ołowiane chmury. Początkowo wszyscy udawali, że ich nie ma, ale ileż można? Poszły w ruch parasolki, płaszcze foliowe, lecz chociaż lało coraz mocniej, na twarzach widzów odbijało się słońce.

W końcu, dokładnie w tym samy momencie, w którym przerwano poprzedni spektakl, głos realizatora uczynił to ponownie. No cóz, uroki sceny letniej… Ryzyko wkalkulowane przez widzów jak i aktorów. Lecz za to jaka sceneria! Klif z jednej strony, widownia na obydwu skrzydłach w poprzek plaży, a tłem akcji Bałtyk. Przy odrobinie szczęścia sztuczne oświetlenie wspierane jest przez maturalną lampę Księżyca. Tak jak to było podczas trzeciego, mojego podejścia.

To trzecie podejście nastąpiło kolejny tydzień później. Bezchmurne niebo tym razem nie mogło spłatać psikusa.

Zderzenie kultur, obyczajów, charakterów… Anglik i Grek. Doskonały temat na opowieść o radości życia. Anglik, wiadomo – chłód, dystans, powaga, racjonalizm. Grek natomiast to beczka emocji. Trudno mu zaufać, ponieważ trudno przewidzieć gdzie tym razem poniesie go fantazja. Bo Zorba cieszy się życiem i czerpie z niego pełnymi garściami. Nie wie gdzie będzie spać jutro, nie wie czy starczy mu pieniedzy na kolację, lecz dziś, póki jeszcze ma w kieszeni jakieś drobne bawi się. Gdy widzi obcego, zaprzyjaźnia się. Gdy czuje nadciągające kłopoty, nie omija ich. One wszak są częścią życia, a czym jest życie opowiada początkowa piosenka, kto wie czy nie najlepsza w całym spektaklu. Tytułowy Zorba zresztą co chwilę porywa za sobą artystów oraz widzów.

Jesli miałbym się utożsamiać z którymś z głównych bohaterów, zdecydowanie bliżej byłoby mi do stonowanego Anglika. Rozumiem tego człowieka, który potrzebuje czasu, by się zaprzyjaźnić, i który planuje każdy następny swój krok. W jego życiu nie było gwałtownych zwrotów, szaleństw i upadków na dno. Była na łagodnej fali wznoszącej. Powolutku i stabilnie, ale zawsze wyżej. Grek na opak – lekkoduch, egoista, potrafi nawet skrzywdzić, ale nie złośliwie. On chyba po prostu nie rozumie, że jego hedonizm nie dla wszystkich bywa radosny.

A jednak sympatia widzów od początku jest po stronie Zorby właśnie. Dlaczego? Czy ktoś chciałby mieć przyjaciela, któremu nie może zaufać, by powierzyć wyjatkowo ważną sprawę? Czy któraś z kobiet chciałaby za męża faceta, który tuż za drzwiami zapomina o niej, gdy tylko ujrzy kuszące kształty innych pań?

Cóż więc takiego ma w sobie ten człowiek? Może… odwagę, której nam brakuje. Zapewne każdy z nas, „Anglików”, podświadomie czuje, że gdzieś tam u kresu naszej wędrówki pojawi się zal, że to już koniec, ze jeszcze tyle marzeń niespełnionych… „Grek” zaś pewnie zaśnie snem wiecznym tak jak zasypiał każdego wieczoru, spokojny, zmęczony życiem, którego używał i smakował ile tylko się dało. Wziął co mógł. Reszty nie żałuje, bo skoro nie spróbował to znaczy, że było poza zasięgiem. Wszystko jest proste u niego. Zorba zreszta sam w pewnym momencie opowiada o człowieku, który żył jakby miał żyć wiecznie, podczas gdy on żyje tak, jakby miał umrzeć jutro.

Mieszanka tak odmiennych temperamentów i charakterów nie mogła przynieść sukcesu w biznesie. Przyjaciele bankrutują. Dla Greka to przygoda jedna z wielu. Anglik stracił majątek i być może wcześniej by rozpaczał, analizował przyczyny i zastanawiał się gdzie popełnił błąd. Zyskał jednak inne bogactwo. Nowe spojrzenie na życie. Zaczyna kolekcjonować perełki chwil niezwykłych.

Stracił swoją pierwszą prawdziwą miłość, zabitą przez wieśniaków, słucha opowieści Zorby o tym jak poprzez taniec wyrzucał z siebie ból po śmierci synka i… prosi o naukę.

Wkrótce obaj wyczyniają w coraz bardziej szalonym tempie jakieś ekstatyczne figury.

Aż do utraty tchu. Kto nie wierzy, że to lepsze niż duszenie żalu gdzieś w środku, niech sam spróbuje.

Taniec zresztą towarzyszy mieszkańcom wioski (a widzom przy okazji) przez cały niemal spektakl. Byłem pełen podziwu dla kondycji aktorów tak dynamicznie poruszających się po plaży.

Opowieść o Zorbie jest jednym z kanonów literatury będącej afirmacją życia, wpisującej się w słynne zawołanie „carpe diem”. My, zagonieni, rzadko o tym haśle pamiętamy.

Była okazja by pomyśleć, ponieważ zaraz po przedstawieniu niesamowity spektakl nad Zatoką Gdańską dawał Księżyc. Takie widoki sprzyjają kontemplacji.

W uszach brzmiały mi słowa Agnieszki Osieckiej: „pamiętaj by niczego nie odkładać na później, bo może nie być żadnego później”. To przecież też takie podobne do „Zorby”.

Czy już wtedy myslałem o Buenos Aires? Z pewnością nie, ale tamte chwile z Teatrem im. Gombrowicza na plaży w Orłowie pomogły podjąc decyzję. Bo jeżeli nie teraz to kiedy? Lecimy więc tam w niedzielę. We czwórkę.

Gdynia, 15.08.2009; 03:00 LT

Komentarze