Z TOPOREM W PLECAKU (2)

Wczoraj inspektorzy kontrolujący statek odkryli straszną rzecz. Toporki strażackie dołączone do każdego strażackiego ubrania mają drewniane rączki zamiast gumowych. Kazali wymienić. Mamy na to dwa tygodnie, ale zacząłem działać od razu. Nasz agent i dostawca zjawił się na wezwanie.

– Potrzebuję toporki, o takie, ale z gumową rączką zamiast drewnianej. Możesz załatwić? I po ile?

– Pewnie, ze mogę. Poczekaj…

Dzwoni gdzieś

– Dwieście dwadzieścia dolarów

Pocałuj się w nos! – pomyślałem, a odpowiedziałem grzecznie:

– Dziękuję. To chwilowo nie potrzebujemy toporków.

Wkurzyłem się. Adrenalina mi skoczyła. Siekierek uzywa sie od czasów kamienia łupanego. Nawet komputery zdążyły juz stanieć. Zapakowałem toporek do podręcznego plecaczka i ruszyłem do miasta na poszukiwania. Mój problem polegał na tym, ze nie mówię po portugalsku, natomiast Brazylijczycy na ogół nie mówią po angielsku. W samochodzie otworzyłem plecak.

– Słuchaj, jak to się po waszemu nazywa?

– Jezus Maria! – krzyknął kierowca. – Jedziesz z tym do miasta? Uważaj na policję!

A kiedy ochłonął, dodał:

– Machado. A taki mały to machadinho.

– a żeby był do gaszenia pożarów? For fire? – rękami odgrywałem scenę buchają cych płomieni

– Fire…? A, fogo!!!  Machado para incendio.

Natychmiast kazałem zatrzymać się przy kafejce internetowej i pobiegłem szukać adresów sklepów. Niestety, Machado okazało się bardzo popularnym nazwiskiem i wyszukiwarka zasypała mnie fragmentami biografii. Łatwiej poszło z machadinho, ale trafiałem na opisy pożarów, strony poswięcone strażakom, a nawet o strukture importu sprżętu p.poż lecz adresów sklepów nie znalazłem. Postanowiłem szukać na chybił-trafił. Wsiadłem do taksówki.

– Potrzebuję machado. Taki. – otworzyłem plecak

– Nie boisz sie policji?

– Esto es no para me, esto es para barco – odrzekłem po hiszpańsku.

– Para barco! – kierowca się ucieszył. Jedziemy do sklepów „para barco”!

Po kilku minutach zapytał:

– Skąd jesteś? Z Meksyku?

– Nie. Z Polski.

– Z Polski! Papa Polaco! Todo el Mundo płakał po nim. Cały świat! Ja jestem chrześcijaninem – pokazał na wiszący koło lusterka różaniec.

Ileż to lat towarzyszy mi owo spontaniczne „Papa Polaco!” gdy oznajmiam, że jestem z Polski.

W sklepach para barco mieli rozmaity sprzęt jachtowy, lecz toporków strazackich nie posiadali. Dali za to adres innego sklepu.

W innym sklepie też nie było, ale dali adres sklepu, w którym według nich taki toporek powinien sie znajdować. Był to sklep z narzędziami. Przynieśli mi… metrową siekierę.

– Słuchaj musimy jechać nie do takiego sklepu, ani do takiego para barco lecz do takiego para fogo. Comprendo?

– Sim, sim, comprendo! Jedziemy do bombeiros!

Nie wiedziałem, co to są bombeiros. Myślałem, że sklep z pompami. Może przynajmniej będą mieli adres czegoś konkretniejszego. Po nitce do kłębka… Bombaderos okazali się… strazakami. Przyjechalismy do siedziby straży pożarnej! Taksówkarz wyszedł, zaczął rozmawiac o czymś ze strażnikiem przy bramie i nagle wybiegł jak opętany.

– Chodź! Chodź! Jest!

Wyskoczyłem z auta. Przez bramę akurat wychodził zaopatrzeniowiec straży pożarnej i to na niego trafił taksówkarz.

– Potrzebuję machado. Taki.

– Taki? Z pasem i z pochwą do noszenia u boku?

– Właśnie taki.

– Mamy takie.

– Po ile?

– Siedemdziesiat reali.

Zacząłem szybko liczyć. To jakieś 29 dolarów czyli około 85% taniej niż oferował nam nasz shipchandler.

– Ale z gumową rączką – dodałem.

– Mamy tylko drewniane

Zmartwiłem się.

– Ale możemy dorobic gumową

– Super! – roześmiałem się. Wymienilismy numery telefonów, po czym wsiadłem z powrotem do taksówki a pan Ronaldo poszedł do domu. Tak ubiłem interes na chodniku przed bramą straży pożarnej. Dziś pan Ronaldo telefonicznie potwierdził, że toporki dostarczy w poniedziałek.

A na jutro umówiłem się z naszym shipchandlerem, żeby przedstawił ofertę na akumulator.

 

Rio de Janeiro, 16.08.2005

 

Komentarze