Z LAMUSA (68) – NA WALIZKACH

Robi się cholernie mało czasu. Odwaliłem dziś kawał roboty, ale nie tak wiele jak chciałem. Liczyłem, że jutro co najmniej pół dnia pozostanie mi na spakowanie, a tymczasem będzie dobrze jeżeli zakończę papierzyska przed wieczorem. Rozpoczął się maraton. Tak na dobre odpocznę dopiero w hotelu albo w samolocie. Dzisiejsza noc jest ostatnia w miarę normalna. Jeżeli jutro do wieczora nie skończę papierów to czeka mnie siedzenie może i przez całą noc bo przecież trzeba się jeszcze spakować. Ale by bylo milo gdyby kazali nam stanąć chociaż na jedną dobę na redzie! Bo przecież jest jeszcze książka „Władca Mórz”, ktorej akcja wciąga mnie coraz bardziej. Zostało mi jeszcze około stu stron do końca i zanosi się, że w żaden sposób nie wykroję czasu, żeby ja móc skonczyc. Zabrać zaś ze statku nie wypada, bo właśnie brak ksiażek jest bardzo dokuczliwy i kazda podczas dlugiego rejsu jest na wagę zlota.  Nie wiem czy rano będę mógł ruszyć z rozliczeniami finansowymi, bo jak na razie, nie przysyłają rozkladu lotów i nie wiem do kiedy naliczać pensje. Może to i lepiej? Różnica czasu sprawia, ze jeśli nie dostanę wiadomości dzisiejszej nocy, to będę mieć spokój do jutra co najmniej do siedemnastej. Wtedy mógłbym szybko zrobić remanent kantyny i zabrać się za pakowanie rzeczy, a finansami zająć się wieczorem.

Cieśnina Koreańska,  21.02.2001, środa

Przez cały dzień piękna,  prawie bezwietrzna pogoda. Północno-wschodni monsun skończyl się jak nożem uciął. Zaczyna sie wiosna, przyjemne pływanie. Przepływałem najgorszy okres zimowych sztormów, a teraz jadę do domu.

Wszystko już wiem. Dziś przyszło sporo teleksów z informacjami o podmianie. Nasi zmiennicy przylatują do Szanghaju w piątek około czternastej. To oznacza, że prawdopodobnie dotrą na keję mniej więcej w tym czasie, kiedy my będziemy cumować. Od razu będę więc mógł zabrać się za przekazywanie obowiazkow. Będę tak tym kierować, aby w sobote w południe przekazać już pelną odpowiedzialność na ręce kapitana Cabahuga, mojego filipińskiego zmiennika i wtedy będę mógł już korzystać z wolności. Będzie jej trochę, mam nadzieję, ponieważ lot mam zabukowany dopiero na niedzielne popołudnie. Trwać będzie prawie dwanaście godzin, ale różnica czasu sprawia, że zyskam kilka godzin i do Frankfurtu przylecę tego samego, niedzielnego popołudnia. O 20.20 będę mieć samolot do Hamburga, dokąd przylecę o 21.25 i udam się prosto do hotelu. Rano zaś wizyta w biurze, a po poludniu jazda autobusem do Szczecina.

Biedny chief mechanik. Jest niepocieszony, bo po moim wyjeździe zostanie sam. Jedyny Polak wśród Filipinczyków. Niezbyt zachęcająca perspektywa, zwłaszcza podczas długich przelotów między portami. Poza służbowymi rozmowami prawdopodobnie nie będzie się udzielać towarzysko.

Kończę pisanie bo oczy same mi się zamykają. Zaliczyłem dziś biurokratyczny maraton, ale zakończyłem w zasadzie już wszystko. Zostało tylko posegregowanie: to do biura, to dla mnie, to dla nowego kapitana. Zdążyłem się nawet prawie w zupełności spakować. Niestety, wygląda na to, że będę mieć trzy sztuki bagażu. Troche nieporęcznie zważywszy, że ma się dwie ręce. O kilogramach wolę nie myśleć. Ciężkie jak diabli te walizki, ale może uda się jakoś odprawić nie placąc za nadbagaż?

Morze Wschodniochinskie,  22.02.2001, czwartek

P.S.

I to już koniec zapisków z azjatyckiego kontraktu sprzed dwunastu lat. Na opublikowanie czeka część następna z podróży od fiordów na pograniczu Kanady i Alaski, przez Karaiby, Amazonkę, La Platę, Cieśninę Magellana chilijskie fiordy i znów na Północny Pacyfik, ale to już zostawiam sobie na znacznie późniejszy okres.

We fiordach północnej Kanady

Rio de Janeiro oglądane wieczorem z Głowy Cukru

Wodospady Sao Vincente na rzece Jari. Amazonia.

Gdańsk, 07.02.2013; 01:00 LT