Z LAMUSA (56) – ZWIEDZANIE BANGKOKU

Spokoj. Predkosc dobra, pogoda niezla. Jak zwykle mnostwo papierkowej roboty w zwiazku z rozliczaniem zakonczonego miesiaca. Roboty tym wiecej, ze w Bangkoku nikt do tego nie mial glowy. Teraz trzeba sie szybko uwinac.

Wroce jeszcze do wspomnien z Tajlandii. Jedna rzecz mi sie tam nie podobala. Niekompetencja taksowkarzy. Czesto bladzili po miescie, nie bardzo wiedzac dokad jechac. Z dwojga zlego lepsze byloby od razu stwierdzenie, ze nie wie czego szukam, niz tracic czas. W ten sposob nie zdolalem dotrzec do biura informacji turystycznej, aby dowiedziec sie czegos wiecej o turystycznych atrakcjach Bangkoku. Chcialem sie tez wybrac do dawnej stolicy Tajlandii, ktorej ruiny widzialem na widokowkach, ale nie wiedzialem jak sie tam w miare tanio dostac. Kiedy wreszcie kolejny taksowkarz wywiozl mnie na manowce, z pomoca przyszedl pracownik pobliskiego muzeum. Stwierdzil, ze biuro turystyczne, jak i wszystkie instytucje rzadowe jest juz nieczynne i zostanie otwarte dopiero po Nowym Roku. Swieta. Tajlandczycy nie swietuja Bozego Narodzenia, ale to nie przeszkadza im zafundowac sobie kilku wolnych dni na przelomie roku. 

Znow wiec musialem improwizowac. Mialem jedynie malo dokladny plan miasta zdobyty od wlasciciela tuk-tuka, ktory wozil mnie pierwszego dnia. Bylo tam kilka miejsc wyroznionych. Spytalem wiec kolejnego taksowkarza o Golden Mountain.

– Golden Mountain? Po co tam jechac? Zwykla gora i niewielka figura Buddy na szczycie.

   Nic ciekawego.

– To moze Vimanmek Mansion? – zaproponowalem inny kierunek.

– Tam? – skrzywil sie taksowkarz. – Tam nie ma nic do ogladania. Drewniany palac i

   troche eksponatow. I park dookola. Nic specjalnego.

– To w takim razie do Suan Phakkad Palace.

– To mala budowla. Pojedziesz, rzucisz przez chwile okiem i to wszystko. Szkoda czasu!

– To co w takim razie jest do obejrzenia w Bangkoku? – zniecierpliwilem sie w koncu – bo Wielki Palac juz widzialem.

– No to sam widzisz, ze nie bylo co ogladac. Palac i swiatynie. I nic wiecej nie zobaczysz –      taksowkarz byl strasznie zblazowany – W Bangkoku mozesz pojechac do shopping center, albo pojsc do salonu masazu. Byles juz w salonie masazu?

– Nie, nie bylem.

– To musisz pojsc koniecznie. Zobacz, mam zdjecia.

– Nie interesuje mnie masaz. Chce cos obejrzec, zwiedzic.

– No to zostaje ci tylko shopping center. My tu mamy duzo nowoczesnych centrow handlowych. otwarte do poznej nocy. Pelno tam turystow. Chcesz jechac do drozszego  czy do tanszego?

– Zawiez mnie do najblizszego – stwierdzilem lekko poirytowany. Chcialem juz tylko pozbyc sie jego towarzystwa.

– Ale to najblizsze to nie bedzie duze centrum handlowe. Raczej dwa male obok siebie.

– Ale tam wlasnie chce jechac! Byle blisko! – facet juz powoli wyprowadzal mnie z rownowagi. Cholera, zeby za wlasne pieniadze czlowiek nie mogl normalnie pojechac taksowka dokad chce! Taksowkarzowi najwyrazniej spodobalo sie moje zdecydowanie.

Ruszyl ostro do przodu, a ja korzystajac z ocieplenia atmosfery, sprobowalem dowiedziec sie ile moglaby kosztowac wycieczka do Ayutthai – owej sarej stolicy.

– Chcesz tam pojechac? – zdziwil sie taksowkarz – Moge cie tam zawiezc, ale szkoda  twojej forsy! Zaplacisz jakies 1200 bahtow tylko po to, zeby zobaczyc jakies kamienie, ruiny? Tam nie ma nic do ogladania!

Juz wiecej sie nie odezwalem. Cale szczescie, ze facet jest tylko taksowkarzem, a nie ministrem turystyki. Wysiadlem po chwili przed… supermarketem Carrefeur. Wszedlem do srodka. Prawie jak w Szczecinie. Kupilem sobie pare dzinsow za cztery dolary bo akurat byla promocja i pojechalem potem do "swojego" Mahboonkrong Shopping Center. Tam przynajmniej mialem swoje internet-cafe, a na parterze rowniez "swoj" bar, a w nim ulubiony,  piekielnie pikantny sea food rice. Za sprawa taksowkarza tego dnia ze zwiedzania nic nie wyszlo.

Innym razem jechalismy w strone portu w slimaczym tempie, bo akurat byl popoludniowy szczyt. Taksowkarz (inny rzecz jasna) wkurzal sie strasznie, ale coz bylo zrobic. Nie przefruniemy przeciez. W koncu jednak, na kolejnych swiatlach zaproponowal abym… wysiadl, bo on spieszy sie juz do domu, a ja te reszte drogi moge pokonac na… motocyklu, ktory moge zatrzymac gdzies tu, na rogu. Tego bylo juz za wiele! Nawet w Nachodce az tak daleko sie nie posuwaja! Szlag mnie malo nie trafil i zaczalem na niego krzyczec, ze absolutnie nie wysiade i, ze jak nie chcial, to mogl nie jechac. Facet przyjal to do wiadomosci, ale bynajmniej nie spokojnie. Dostal ataku furii, wpadl w jakis amok i zaczal jechac niczym szaleniec. Gaz do dechy, hamulec, gaz do dechy, hamulec, gaz do dechy, zmiana pasa i pisk hamulcow. W pierwszej chwili pomyslalem, ze skoro jestes wariat, to twoja strata, w koncu to twoj samochod. W drugiej jednak chwili zapialem odpiety do tej pory pas, zaparlem sie w fotelu i zaczalem sie zastanawiac czy juz powinienem zaczac odmawiac zdrowaski. Ostatni pisk opon mial miejsce na kei juz przed nabrzezem. Za brak uprzejmosci ostentacyjnie, powoli odliczylem naleznosc wedlug licznika co do jednego bahta i wreczylem mu, sapiacemu z wscieklosci. Nawet nie zwrocil uwagi na brak napiwku. Ledwie wysiadlem, a ruszyl z piskiem opon i tyle go widzialem. Mam nadzieje, ze nie rozwalil sie gdzies po drodze. Moze to wszystko przez zone hetere, czekajaca na niego z obiadem?

29 grudnia wybralem sie do Vimamnek Mansion. Jest to najwieksza na swiecie drewniana rezydencja. Krol Rama V postanowil wybudowac go jako swoja siedzibe po powrocie z Europy w 1897 roku. 27 marca 1901 roku palac oddano do uzytku. Juz niedlugo bedzie wiec obchodzic stulecie swojego istnienia. 

Vinanmek Mansion

Zwiedzanie, boso, podobnie jak w swiatyniach buddyjskich, mialo miejsce z przewodnikiem. Obejrzelismy ponad trzydziesci pokoi. Mi najbardziej podobala sie sala tronowa, oraz…. ciekawostka, krolewska lazienka z poczatku stulecia. Przewodniczka zas z ogromna attencja podkreslala angielskie badz francuskie pochodzenie mebli, instrumentow muzycznych , chinski lub niemiecki rodowod porcelany i.t.d. Wygladalo to troche tak jak u nas za czasow komuny – wszystko co zagraniczne musialo byc lepsze, bardziej wartosciowe.

Po wyjsciu stamtad, cos mnie tknelo, zeby pojechac na dworzec kolejowy. To byl dobry impuls. Na dworcu dowiedzialem sie, ze z Ayutthaya jest polaczenie kolejowe. Po nastepnych paru minutach bylem juz posiadaczem specjalnej ulotki z rozkladem jazdy pociagow na tej trasie. Sporo ich bylo, a co najwazniejsze, byly wrecz smiesznie tanie. Przejazd pociagiem osobowym, co prawda trzecia klasa, ale innej nie bylo, kosztowal… 15 bahtow! W przeliczeniu na nasze to 1,50 zl. Prawie darmo, biorac pod uwage, ze jest to jednak 80 kilometrow. W jednej chwili bylem zdecydowany na wyjazd. dobrze sie skladalo, ze nazajutrz byla sobota. Moglem urwac sie ze statku wczesnie. Wiadomo, ze ani w Niemczech ani w Korei nikt w biurze nie siedzi i nie beda zawracac glowy teleksami. 

No, ale na dzisiaj dosyc. Kolejowa wycieczke opisze jutro.

Morze Poludniowochinskie,  02.01.2000, Wtorek

Komentarze