Z LAMUSA (27) – CZATY W KWANGYANG

Stoimy w Kwangyang od czwartkowego popoludnia. Jestem bardzo mile zaskoczony tutejsza organizacja pracy. Wszystko dopiete na ostatni guzik: policzone, przygotowane, sprawdzone. Na statku przez caly czas przebywa mnostwo ludzi. Maja swoje komputery, drukarki, telefony. Mocuja stalowe zwoje jak trzeba, klinuja, zabezpieczaja stalowymi tasmami. Taki zaladunek moze byc przyjemnoscia. Szczegolnie gdy ma sie w pamieci wyklocanie o kazdy drobiazg w innych portach, gdzie kazde mocowanie traktowane jest jak fanaberia, "bo inni tego nie zadaja", albo bo "oni juz 20 lat stal laduja i nigdy tego nie robili".

Mamy nowych II oficera oraz II mechanika. Starzy przed chwila odjechali ze statku.

W morze mielismy wyjsc w poniedzialek rano, ale na koniec cos jednak zaczelo szwankowac z organizacja i nie wiadomo czy nie skoncza dzis przed wieczorem. Wszystko sie troche przyspieszylo poniewaz nie ma gotowej calej partii ladunku. Zamiast 12500, wezmiemy tylko 10900 ton.

W sobote bylem z chiefem mechanikiem zaproszony na "tradycyjny koreanski obiad". Do sali restauracyjnej wchodzilo sie bez butow, w samych skarpetkach. Stoliki niskie, siada sie przy nich na podlodze, po turecku. To byla dla nas duza niedogodnosc. Najbardziej po tym obiedzie bolaly mnie… nogi. Z jaka ulga je rozprostowalem po zakonczeniu!

Najsmaczniejsze byly kawalki wolowiny z grilla ustawionego na stoliku (a raczej wpuszczonego w otwor w jego blacie). Ale oprocz tego byla ryba: i surowa,  i zapiekana, i w sosie. Byly surowe flaczki (t.zn. surowiec do produkcji naszych tradycyjnych flakow, tutaj "na sucho" i nie poddany obrobce termicznej). Koreanczycy czasami wrzucali flaczki na ruszt, ale mi lepiej smakowaly surowe. Najciekawszy byl sposob konsumpcji. Wielki lisc salaty kladlo sie na dloni i pakowalo do niego co tylko sie mialo ochote. Potem lisc sie zawijalo i potrawa gotowa. Jadlo sie trzymajac go w rece. Oczywiscie oprocz mies, na stole byla cala masa warzyw, sosow, owocow… Mi najbardziej smakowalo kimczi (nie wiem jak sie to pisze, ale tak sie wlasnie wymawia) – jakies niezidentyfikowane warzywo, podobne do kapusty, w piekielnie ostrym sosie. Zajadalem sie tym juz wczesniej w innych lokalach, ale nie wiedzialem jak sie nazywa. Okazuje sie, ze nie bylem odkrywczy. Ponoc wszyscy cudzoziemcy zachwycaja sie kimczi.

Piatkowy i sobotni wieczor spedzilem natomiast na czatowaniu z N. Bylo bombowo. Nie moglismy sie nagadac na privie, a przeciez rownolegle wlaczalismy sie do ogolnych rozmow. Fajnie sie rozmawialo o filmach, o gorach, o podrozach, a czasem po prostu o niczym, zartujac sobie. W piatek rozstalismy sie z N juz po pierwszej w nocy. Ja jeszcze dokonczylem rozmowy z innymi osobami, a potem bezskutecznie (cos szwankowalo) probowalem sie dostac do swojej skrzynki pocztowej. Wrocilem na statek juz po trzeciej.

W sobote skrzynke udalo sie otworzyc i okazalo sie, ze mam mnostwo listow. To wspaniale. Tyle czytania, tyle odpisywania. A potem znow klikanie z N i ciekawe zdarzenie: W pewnym momencie na czat wychodzi B. Chce rozmawiac o gorach, wiec od razu z N sie wlaczamy, a tu nagle zjawia sie… M. Rozmawia chwile tylko z B.

Mowi, ze wychodzi z dziecmi na Waly Chrobrego i umawiaja sie na wieczor. W ten sposob dowiedzialem sie, ze jest juz w Szczecinie. Nie zamienilismy ani slowa. Nie wiedziala, ze ten ktos o dziwnym nicku to ja, a ja nie zamierzalem jej zaklocac blogiego spokoju. Za to dlugo jeszcze rozmawialismy z B. Znam B. Poznalem ja podczas owych pelnych klotni wakacji. Bylismy z M u niej w domu, ogladalismy pracownie witrazy, a kilka dni pozniej spotkalismy sie w Krakowie. Ona oczywiscie tez nie wiedziala, ze ja to ja. B i N wymienily e-maile i umowily sie na pozniej. Swiat jest jednak maly.

Kwangyang,  24.09.2000, Niedziela

Komentarze