WRÓG NUMER JEDEN

Pisałem niedawno o „Lincolnie” i o tym, ze mnie uśpił. Na „Wrogu numer jeden” też miałem chwilę sennej słabości, aż wypadł mi w pewnym momencie kubek z herbatą, lecz nie miało to nic wspólnego z akcją filmu.

Film długi (bo tez i poszukiwania Osamy bin Ladena trwały aż dziesięć lat) lecz zrealizowany perfekcyjnie. Nie mam złudzeń, że nie jest to dokument. Z pewnością wiele faktów zostało zmienionych bo inaczej równałyby się wyrokowi śmierci na opisywane tam osoby. Bitwa została wygrana, potężny cios zadany, lecz do wygranej wojny z terroryzmem jeszcze daleko. Na pewno jednak sama idea poszukiwań została odtworzona .

Dla mnie to była największa wartość filmu. Z jednej strony ogromny walor poznawczy, a z drugiej świetne kino akcji. Ta zaś wcale nie była łatwa do pokazania. Na poczatku bowiem trudno było o postęp. Największy terrorysta oraz jego ludzie grali Amerykanom na nosie. Śledztwo stało w miejscu, a terroryści zuchwale atakowali kolejne cele. Dochodziło nawet do tego, że zamachowcy popełniali samobójstwo wewnątrz dobrze chronionej wojskowej bazy.

Po wielu przesłuchaniach uczepiono się rozpaczliwie jednego wątku: kuriera Abu Ahmada, lecz i tu przesłuchania nie przynosiły większego postępu i agenci CIA raczej dreptali w miejscu niż notowali postępy. Jak zwykle w takich sytuacjach bywa poszukiwania były bliskie zawieszenia. Utrzymano je niemal wyłacznie dzięki ogromnej determinacji głównej boahaterki filmu, prowadzącej śledztwo agentki, która od rozpoczęcia pracy w wywiadzie nie miała jeszcze okazji zając się czymkolwiek innym. Dziesięć lat życia poświęciła wyłącznie na tropienie numeru pierwszego na liście poszukiwanych przestępców.

Niezwykłe to było polowanie. Kiedy po wielu próbach (od tortur po ogromne łapówki) uzyskano wreszcie trop, był on ciągle wątły. Jak odnaleźć poszukiwanego kuriera, o którym nie wiadomo prawie nic, poza tym, że od czasu do czasu dzwoni do matki z pewnego miasta, lecz za każdym razem z innych, publicznych telefonów. Szukanie igły w stogu siana.


Kolejny majstersztyk to obserwacja podejrzanego domu, który odkryto po kolejnym okresie śledztwa. Otoczony wysokim murem w dobrej dzielnicy, wśród innych domów, na terenie obcego państwa, nie mógł być tak po prostu inwigilowany lub spenetrowany. Właściwie pozostawały jedynie zdjęcia satelitarne. Na nich nikogo podejrzanego nie widać, lecz to że nie widać staje się podejrzane, kiedy analizuje się ilość i płeć pojawiających się na podwórzu osób. Surowe tradycje i twardo przestrzegane reguły muzułmańskiego życia naprowadzą agentów na trop. Czy to jest jednak wystarczający dowód aby wysłać tam oddział wojska?  Jeśli pewności nie będzie, grozi skandal na skalę międzynarodową: nieuzgodniona z nikim  akcja wojskowa na terenie zaprzyjaźnionego (teoretycznie) państwa. Wiadomo jednak, że nic więcej z samych obserwacji nie wyniknie.


„Wróg numer jeden” również nie ma zadatków na kino akcji jakie lubi przeciętny widz. Nie ma oszałamiających pościgów samochodowych, nieustannej strzelaniny, kaskaderskich popisów czy efektów specjalnych. Podobnie jak w „Lincolnie” bardzo wiele dzieje się w zaciszach gabinetów albo w zaciemnionych celach więzień.

Tyle tylko, że w odróżnieniu od „Lincolna”, w tym filmie kamera towarzyszy aktorom przez cały czas i ci zmuszeni są grać, a nie opowiadać widzom co się wydarzyło. Tak jak ludzie „Lincolna” snuli intrygi by zdobyć odpowiednią ilość głosów, tak agenci CIA próbowali różnych sztuczek by uzyskać choćby strzęp informacji. Twórcom „Wroga” sfilmowanie tego wyszło jednak zdecydowanie lepiej.  Film uzyskał mniej nominacji do Złotych Globów i Oscarów. Na rozdaniu Złotych Globów był remis. Gdybym miał obstawiać Oscary, postawiłbym również na remis (bo Lincoln może wygrać w scenografii i kostiumach),  lecz jeśli miałbym po prostu polecić komuś wyjście do kina na tylko jeden z tych dwóch filmów, zdecydowanie poleciłbym „Wroga numer jeden”.

Sopot; 09.02.2013; 19:05 LT