WRACAM (1)

Bilet miałem zamówiony na środę 15 lipca. We wtorek rano byłem jeszcze w stoczniowym biurze podpisać rozmaite dokumenty.

– To co? Wreszcie koniec? – zagaili rozmowę szefowie zakładu

– Tak. Ale poczekajmy do ostatniej inspekcji dziś rano. Inspektor Llloyda jest umówiony z dokumentami na dziewiątą. Dopiero wtedy będziemy mogli naprawdę zakończyć.

Generalnie jednak myślami byłem już przy dniu następnym. Pilot zamówiony na siódmą rano, więc miałem jeszcze cały dzień dla siebie zanim mój samolot pół godziny przed północą wystartowałby z Szanghaju. Przede wszystkim zamierzalem zwiedzić światynię Jungsanshi, do której tyle razy się przymierzałem i nigdy nie było czasu.

Final inspection Lloyda przebiegała w miłej atmosferze, ale bez choćby kawałeczka taryfy ulgowej.

– Brak kloszy na na żarówce – pokazuje na rządek czterech lamp na pokładzie

– Wymieniamy na nowe. Siedemdziesiąt sztuk oprawek z kratką zabezpieczająca przed uszkodzeniem. Ale muszą dorobić wspornik i są w trakcie – tłumaczę szybko, bo już oczyma wyobraźni widzę listę uchybień i wstrzymanie wyjścia statku.

– Elektryk! – drę się do ukaefki – proszę na pokład łodziowy! Ale natychmiast!

Elektryk przybiega.

– Tyle razy prosiłem, żeby oprawki były wymienione na inspekcję. Jeśli nie zdążyłeś to trzeba było zostawić stare, a nie rozgrzebane jak teraz!

Elektryk prowadzi inspektora do warsztatu. Pokazuje zdemontwane stare oprawki i przygotowywane nowe. Inspektor kiwa głową. Idziemy dalej.

Ułamany reling.

– Dlaczego ułamany? – pyta inspektor

– Bo się ułamał – odpowiadam głupio. Dlaczego?! Stoczniowcy niejedną rzecz połamali wyładoując swój sprzęt. Na poprzednim statku przy demontażu rusztowania stłukli cały rząd jedenastu nowych lamp zamontowanych kilka dni wcześniej. Nie została ani jedna.

– Spawacz już idzie naprawiać – tłumaczę i wołam chiefa przez radio.

– Szybko sapawacza na dziób! Niec naprawi ułamany reling!

– Dlaczego nieopisana jest rura od wydawania ścieków? – pyta tymczasem inspektor.

– Kazałem opisać, ale kadet opisał jedynie odpowietrzenie zbiornika ścieków, o tutaj. – pokazuję rurę odpowietrzającą znajdującą się półtora metra obok.

– Kadet! Szybko z szablonem opisać rurę ścieków! – Kadet przybiega i za chwilę zaczyna malowanie.

My tymczasem do siłowni. Inspektor chodzi, kiwa głową.

– Brudno.

Wiem, że czysto nie jest. Od ponad tygodnia trwa walka ze stocznią o sprzątnięcie zenz i wszystkich zakamarków po remontach. Gdyby nie załoga, którą w końcu zaprzęgliśmy do tej pracy kupując setki kilogramów proszków i płynów do czyszczenia, bylibyśmy daleko w lesie. Stoczniowcy bowiem ogarnęli co nieco po wierzchu i mówią, że koniec.

– Jak koniec, jak tu brudno, tam brudno, tam zacieki, tam śmieci zebrane ale wrzucone w kąt gdzie nie widać.

– Dobrze, poprawimy – mówią i za dwie godziny przychodzą z informacją, że już koniec.

– Niemożliwe! Nie dalibyście rady!

– Daliśmy radę.

Tu brudno, tam brudno, tam w ogóle nie ruszone, z jednego kąta przewalone w drugi…

– Dobrze, poprawimy…

– Brudno – powtarza inspektor. Nie możecie tak jechać. Przyjdę sprawdzić po południu.

Informuję stocznię, że czystość nie została zaakceptowana.

– Dobrze, przyślemy ekipę do sprzątania.

Ekipa przychodzi. Nie bardzo wie co ma sprzatać bo według ich standardów to jest czysto. No, prawie czysto. Pokazujemy o co chodzi, a za dwie godziny sprawdzamy ile zrobiono. Wielkiego postępu nie widać, ale widać za to śpiącego pracownika tej ekipy.

– Jeszcze zbyt brudno – mówi po południu inspektor. Przyjdę na kontrolę jutro.

No to spokojny poranek ze zwiedzaniem świątyni szlag trafił. Ale może jeszcze nie wszystko stracone. Wiemy już jednak, że na stocznię nie ma co liczyć. Cała załoga zostaje zaprzęgnięta do sprzątania maszynowni.

Rano przychodzę zakończyć wreszcie te historię i pożegnać statek.

– Mamy problem – informuje mnie chief – Zalane pomieszczenie na dziobie.

– Jak to zalane?

– No, woda się dostała

– Dużo?

– Całkiem.

– Cooooo!?

Biegnę na dziób. Pomieszczenie choć nieduże, składa się jednak przede wszystkim z szybu wysokiego na dziewięć metrów. Lustro wody znajdowało się właśnie przy pokrywie włazu do niego. Nie wierzyłem własnym oczom.

– Przybywa?

– Już nie

– Pompy przenośne i osuszamy. 

Informuję stocznię. I odwołuję nasze loty. Nie zdążymy już dzisiaj.

Pierwsza, wbrew pozorom dobra wiadomość to fakt iż poziom wody w pomieszczeniu wynosi aż dziewięć metrów. Zanurzenie statku to niecałe sześć, a więc nie może to być przeciek związany z nieszczelnością kadłuba.

c.d.n.

Komentarze