WIELICZKA

  

Musiałem wpaść do Krakowa aby pozałatwiać rozmaite sprawy. Jeżeli jedzie się kilkaset kilometrów, to warto wykorzystać jakoś taki wypad. Dlatego ponieważ sprawy były na poniedziałęk, pojawiłem się już w niedzielę rano.

W Krakowie zawsze jest co oglądać, ale tym razem postanowiliśmy pojechac do Wieliczki. Była to głównie akcja w strone Tomka. Bylismy bowiem juz kiedys w  Wieliczce, ale Tomek był wtedy bardzo mały. Pamięta tylko tyle, że tam był. I chociaż teraz wcale nie tryskał entuzjazmem, że musi stac w ogromnej kolejce, skorzystaliśmy z jednej z ostatnich okazji by aotorytarnie wpłynąć na jego rozwój. Są po prostu takie miejsca, które będąc Polakiem znać się powinno.

A wiedza kosztuje. I nie wiem czy to za sprawą soli, ale kosztuje słono. Bilet dla jednej osoby kosztuje 40 złotych. Ponieważ mało kto jeździ na zwiedzanie sam, to po odpowiednim przemnożeniu daje bardzo poważną sumę. Z jednej strony złość, a z drugiej zrozumienie. Bo gdy patrzy się na ceny wejściówek do rozmaitych przybytków za granicą (n.p. ostatnio otwarte oceanarium w Stralsundzie – 14 euro dla dorosłego, 8 euro dla dzieci) i gdy chciałoby się, aby polskie ekspozycje nie odbiegały jakością od zagranicznych, trzeba się pogodzić.

Że pieniądze wydawane są dobrze widać to juz po otoczeniu kopalni (odnawiane budynki, niezła „mała gastronomia”, dobre oznakowanie i.t.d.  Lecz jeżeli odżałujemy ową kasę na zejście pod ziemię, wtedy dopiero zaczyna się wart ich spacer, który chociaż całkiem długi, mija w mgnieniu oka.

Już samo wejście na pierwszy poziom kopalni (jest ich dziewięć, z tego trzy udostępnione do zwiedzania) to ciekawe doświadczenie. Głebokość sześcdziesięciu czterech metrów nie robi żadnego wrażenia dopóki nie wejdzie się na drewniane schody i nie spojrzy w dół. Prawie nie widac ich końca w tej wąskiej, pionowej studni. Schodzi się, schodzi, a schodów wydaje się nie ubywać.

W końcu pojawia sie wyjście do chodnika, który biegnie poziomo. Pierwsze komory nie porażają wielkością. Zapewne w tych najwyższych warstwach solne „głowy” nie były bardzo duże. Dla przeciętnego turysty jest to także ciekawostka, że inaczej niz sobie wyobrażał, Wieliczka nie została pobudowana nad jakimś ciągłym pasmem soli. To co wydobywano z kopalni, rozrzucone był w ziemi w postaci takich solnych głów. Mniejszych lub większych. Dlatego kopalniane chodniki w większości biegną przez pozbawione soli struktury. Ta pojawia się dopiero w komorach, czyli wyrobiskach po wydobyciu na powierzchnie owych złóż. Dopiero na najgłebiej położonych poziomach kopalni (niedostępnych dla zwiedzających)  złoża te przyjmują postać ciągłych warstw.

W małych, pierwszych komorach mozna przyjrzeć się jak wyglądała praca w nich przed wiekami.

Sól ładowano do beczek i tak transportowano na powierzchnię. Dalsze komory pozwalają na przyjrzenie się pracy koni, pokaz działania końskiego kieratu i.t.d.

W pewnym momencie wyrobiska sie powiększają i schodami prowadzącymi poprzez połaczone ze soba komory (albo jedną wielką – jak kto woli) schodzi sie na poziom drugi.

Tam pośród wielu innych czeka największa atrakcja – kaplica Świętej Kingi. Jedną z ogromnych komór przeznaczono na prawdziwy podziemny kościół. Wszystko w nim wykonane jest z soli – od posadzki misternie wyrzeźbionej przez twórców światyni, a polerowanej co dnia tysiącami par obuwia przewijających się przez nia ludzi, po kryształowe żyrandole, do których budowy zamiast szklanych uzyto kryształy soli.

Kaplica pełna jest rzeźb i płaskorzeźb wykonanych przez miejscowych rzeźbiarzy samouków. Gdyby nie pośpiech (bo grupy wycieczek przesuwają sie jak po taśmie jedna po drugiej ) możnaby tam spędzić znacznie więdzej niż zwyczajowe kilkanaście minut. Przed każdą z płaskorzeźb moznaby się zatrzymać by podziwiać niesamowicie oddaną głębię poprzez zjawisko perspektywy.

Tego nie widać tak dobrze z bliska, skąd robiłem zdjęcie „Ostatniej wieczerzy”, lecz z odległości kilku metrów wygląda imponujaco.

Dobra wiadomość dla tych, którzy chcą oszczędzić. W kaplicy wkażdą niedzielę, bodajże o osiemnastej odbywają się nabożeństwa. Wierni zjeżdżają na dół pobliską windą. Taki zjazd kosztuje ponoć pięć złotych. Jest więc okazja pomodlic się w niezwykłej scenerii, a przy okazji zwiedzić świątynię i liznąć coś z atmosfery kopalni.

Jedna z ekspozycji, która podobała mi się najbardziej to krótki spektakl typu „światło i dźwięk” w jednej z najwyższych komór na trasie, której dno stanowi podziemne jezioro. Pod muzykę Chopina przeplataną odgłosami pracy w koplni wyłaniaja się z całkowitej ciemności poszczególne fragmenty ekspozycji.

Woda nie jest w kopalni niczym szczególnym. Wiele jej wszędzie. Kolejne jeziorko znajduje sie na przykład w komorze Piłsudskiego (to juz trzeci poziom, głębokość sto trzydzieści metrów). Podziemny ciek tunelem prowadzi do bliźniaczej komory.

Niestety, ogromna ilość turystów przewijających sie przez kopalnię sprawia, ze ze względów logistycznych zrezygnowano z dostępnej kiedyś atrakcji przeprawiania się wodą do tamtego wyrobiska. Oczywiście można się zżymać, że komercja, że drogo, ale z tych pieniędzy zbudowano na przykład trasę dla niepełnosprawnych (poprowadzoną oczywiście inaczej niż dla pozostałych turystów), dzięki czemu i oni mogą podziwiać piękno tej podziemnej krainy.

Jedna z ostatnich, udostepnionych do zwiedzania komór miała wyskość około trzydziestu metrów. To już robi wrażenie.

Ciekawie byłoby zobaczyć jak wyglądają głębiej położone poziomy. Zapewne oprócz pracowników kopalni, dla których to chleb powszedni,  pewna grupa „wtajemniczonych” ma taką możliwość. My, najzwyklejsi turyści, musieliśmy wrócić (już windą) na powierzchnię.

Opisywać możnaby jeszcze długo, ale od tego są przewodniki. Ja wspominam to, co dla mnie było najciekawsze, kontrolując zarazem długość wpisu, by nie przkroczył objętości dwóch kartek formatu A4, bo potem edytor nie chce tego przyjąć. Właśnie ta objętość zbliża się do końca. Ciag dalszy będzie już o Kazimierzu.

 

Frankfurt, 17.07.2008; 12:40 LT