WIECZORNE MYSLI NA KANAPIE

Udała mi się na kolację wyjatkowo dobra jajecznica. Trafiłem doskonale z konsystencją oraz całą gamą smaków i zapchów. Może to sprawa masła, może uczciwie zrobionej kiełbasy, a może zwykłej intuicji. Od dawna nie mogłem trafić dobrze. Albo ścinała sie za szybko, albo pachniała jakoś dziwacznie… Najciekawsze, że robiłem ją w biegu, zeby zdążyć przed „Wiadomościami.” Może to był główny powód?

Zmęczenie powoduje, że po zjedzeniu kolacji, dalszą część programu oglądam w pozycji horyzontalnej i najczęściej w okolicach wiedomości sportowych albo prognozy pogody przysypiam. Staram sie zmobilizować, aby nie przespać całego wieczoru, lecz różnie z tym bywa. Dziś dodatkowym bodźcem do pozostania na kanapie był mecz Real – Arsenal. Zastanawiałem się, co dzieje się w Turynie? Czy i tam Liga Mistrzów wygrała z Olimpiadą? Chyba nie. Przykre by to było. A swoją drogą, dziwne to czasy. Narciarze, saneczkarze, łyżwiarze walczą na mrozie o olimpijskie laury, a nieopodal na zielonej murawie wylewają siódme poty piłkarze, których sportowy biznes zmusza do rozpoczynania poważnej gonitwy już w lutym (podobnie jak skoczkom narciarskim każe uczestniczyć w t.zw. Letnim Grand Prix na skoczniach, w których okolicy próżnoby szukać chocaż odrobiny śniegu).

W kinach coraz bardziej kurczy mi sie możliwość obejrzenia „Monachium”, a przecież wchodzą nowe pozycje, które chciałbym obejrzeć. Jeśli wcześniej nie zasnę, to jutro może się wybiorę. Mimo wielu kin w Trójmieście wszyscy jakby się sprzysięgli i mimo, ze kończę pracę o 18:00 to muszę czekać aż do 20:00 bo nikomu nie przyszło do głowy rozpoczęcie seansu n.p. o 19:00. A może to mi się już w głowie przewraca od nadmiaru kin i wygodnictwa? Kiedyś stałem w kolejkach bez pewności, czy w ogóle biletów wystarczy. Tak było chociażby na pierwszej, prehistorycznej (a czwartej według chronologii akcji) części „Gwiezdnych Wojen”. Kolejka iła się niemiłosiernie daleko na zewnątrz reprezentacyjnego w owym czasie kina „Kosmos”, które po latach upadło niemal natychmiast po otwarciu pierwszego w Szczecinie multipleksu. Na szczęscie ostało się po sąsiedzku kameralne kino „Pionier”, załozone w 1909 roku i uchodzące zza najstarsze kino w Europie. Kilka lat temu przeszło poważny remont i nowoczesne kina mu nie zagroziły. Tym bardziej, ze „Pionieer” oferuje bardziej wyszukany, niekomercyjny repertuar. A że salę ma niewielką, zazwyczaj znajduje się ta garstka widzów, która pokryje koszty eksploatacji i da właścicielowi troche zarobić. W „Pionierze” obejrzałem swój pierwszy w życiu kinowy film. Byli to „Czterej pancerni i pies”. Dozwolony był, pamiętam doskonale, od lat siedmiu, a ja miałem chyba dopiero niecałe sześć. Łaskawa pani pozwoliła mi jednak wejść. Kilka lat później daremnie próbowałem wejść na „Poskromienie złośnicy”. Dozwolony był od lat czternastu. Brakował mi też rok albo dwa, a pani pozostała nieubłagana. Ze słowami „nie widziałam tego filmu i nie wiem czy się nie zgorszycie” pozbawiła nas możliwości obcowania z twórczością Shakespeare’a J Na szczęście dziś już nie muszę się obawiać bileterów, chociaż bywają filmy, na które chyba trzebaby wpuszczać ludzi jedynie „do lat iluś tam”.

Gdynia, 21.02.2006;  23:35 LT

 

Komentarze