WERONIKA POSTANAWIA UMRZEĆ

Sypnęło mi wizytami w kinie podczas ostatniego tygodnia. Pora więc napisać to i owo. Odpuszczę „Przerwane objęcia” Almodovara, ponieważ zdarzały mi się pewne fragmenty, hm…, nazwijmy to nieciągłości akcji. Niechodzi mi tu bynajmniej o niedospanie spowodowane maratonem. Przez wszystko w życiu trzeba przejść, niekoniecznie w ustalonej z góry sekwencji. Grzecznie chadzałem oglądać filmy jako nastolatek, to mogę zakosztować całowania się podczas seansu w wieku bardzo dojrzałym. Tym bardziej, że Anioł już był w kinie na tym filmie zanim wróciłem ze statku, a ja ciągle byłem bardziej spragniny objęć jej, niż nawet wybitnego reżysera.

– Nudziłeś się na filmie…

– Skądże! Wcale się nie nudziłem! – zaprotestowałem zdecydowanie.

Mam nadzieję, że nie rozpraszaliśmy zbytnio naszych sąsiadów.

– Popatrz, coś jest tym Almodovarze i Penelope Cruz – kontynuowałem – Oni wszak nas połączyli.

To fakt. Nasz związek zaczął się wspólną (bardzo grzeczną, nawet bez trzymania za ręce) wizytą na filmie „Volver” tego samego reżysera i z tą samą aktorką w roli głównej, trzy lata temu. To po nim, podczas wieczornego spaceru obok wyłaniających się dopiero z ziemi Sea Towers doszlismy do wniosku, że chcemy byc razem.

Drugim seansem tego tygodnia, na którym juz wykazaliśmy absolutnym zdyscyplinowaniem, była adaptacja opowiadania Coelho „Weronika postanawia umrzeć”.

Tak się złożyło, że pomimo zaliczenia kilku książek tego autora, „Weoniki” ani ja, ani Anioł nie przeczytaliśmy. Teoretycznie więc reżyser mógł nam wcisnąć wszystko.

– Dobrze, że kobieta to reżyserowała – swierdził w oczekiwaniu na seans Mój Anioł.

Ja zastanawiałem się, jak będzie wyglądać przeniesienie na ekran atmosfery opowiadania Pablo Coelho. Autor ten ma bowiem zazwyczaj dość mocno rozbudowaną rolę narratora. Często jest to bardziej wykład o życiu niż powieść. Jeżeli więc zrezygnować z narratora, to po odcedzeniu jego wszystkich wątków niewiele akcji do zagrania pozostanie.

Pamiętam podobne obawy przed ekranizacją „Samotności w sieci” przed kilku laty. Ciekawiło mnie, jak twórcy poradzą sobie z utrzymaniem napięcia na ekranie pokazując ludzi przez większą część czasu klikających w klawiaturę i gapiących się w monitor. Obawy okazały się słuszne i film się nie obronił.

Myślę, że podobnie jest z „Weroniką”. Owszem, jest to dobre kino, lecz na pewno nie będzie to hit ani nawet hicik sezonu. Trzymał mnie w napięciu o tyle, że nie znałem treśći książki, więc interesowało mnie jak to się skończy, a nie zgodność z tekstem pisanym. Nie trzeba jednak być wielkim znawcą, by zorientowac się, że Coelho, jakiego znamy z książek, na ekranie jest niewiele.

Gdybym nie przeczytał zwiastunów, które objaśniają dlaczego młoda kobieta postanowiła popełnic samobójstwo, z dość krótkiej sceny wprowadzającej trudno byłoby mi odgadnąć, o co chodzi. Pytania, o t.zw. sens życia stawiał sobie chyba każdy i gdyby reagować w ten sposób, wybilibyśmy się juz dawno sami bez potrzeby prowadzenia wojen. Podobnie w dalszej części filmu. Główna bohaterka, jak objaśniano w opisach akcji, zaczyna pod wpływem nieuleczalnej (ponoć) wady serca inaczej patrzeć na świat. Cieszy się każdym detalem życia, każdą chwilą. I znów odnoszę wrażenie, że ci, co to pisali bardziej wiedzą to z książki niż czują po obejrzeniu filmu. Odmiana spojrzenia na życie wynika na filmie nie tyle z niewielkiej ilości czasu, jaki jej pozostał, co z zakochania się, który to stan raczej rzadko bywa kontrolowany chłodnym umysłem. A zakochała się wcale nie dlatego, że niewiele życia już było. Zakochiwanie się rzadko kiedy zdarza się „dlatego, że” lecz „po prostu”. Spada na nas niespodziewaanie i nagle.

Cały Coelho tak na dobre wyłazi dopiero w ostatniej scenie, w liście doktora będącym de facto cytatem z książki. Nie jest to teza odkrywcza. Słyszałem wielu ludzi, którzy głosili podobne, mam okazję znać osoby, które zweryfikowały swoje podejście dożycia podczas poważnych chorób (nagle okazuje się, że bardzo ważne kiedyś sprawy nie znacza tak naprawdę nic, a znaczenia nabierają rzeczy, na które zdrowy wcześniej nie zwracał w ogóle uwagi). Tym niemniej warto to usłyszeć jeszcze i jeszcze raz. I warto iść do kina mimo wszystko. Film arcydziełem nie jest, ale to solidne i wartościowe kino. Jeśli już wydwać dwie dychy, to lepiej aby zastanowić się przez chwilę czy zamiast smakowac każdą chwilę swojego życia, nie pochłaniamy go po łebkach, szybko i byle jak, niczym zapakowane w tekturę żarcie z fast foodu? Lepiej pomyśleć nad tym, niż gapić się bezmyślnie w ekran gdzie trwają jatki rodem ze „strzelanek” gier komputerowych, reklamowane cynicznie jako mistrzostwo swojego gatunku. Ale o tym już w następnym wpisie.

Szczecin, 25.10.2009; 00:05 LT