W CHINACH

Zanim znaleźliśmy się na Morzu Wschdniochińskim trzeba było dokończyć załadunek. Chińczycy uwijali się jak mrówki, chociaż w tym przypadku cała operacja przebiegała w dość staroświecki sposób. Samochody dowoziły t.zw. big bagi. Każdy z tych worków ważył mniej więcej tonę. Jedna ekipa podczepiała je pod dźwig, a następna czekała w ładowni, by jednym cięciem zwolnić ściskający dół worka węzeł. Zawartość wysypywała się, puste worki wyjeżdząły w górę i kolejny cykl można było zaczynać od nowa.

Wszyscy się spieszyli, bo przeciez czas to pieniądz, a za jednym samochodem podjeżdżał następny.

Wszystkim dyrygował z góry brygadzista z charakterystyczną, czerwoną opaską na ramieniu. Opaska złapana jedną agrafką niezbyt gustownie trzymała się krótkiego rekawa jego koszuli, ale najwazniejsze, ze z daleka było widać kto tu jest szefem.

Najbardziej żal mi było tych ludzi w ładowni. Całą dniówkę w tumanach pyłu siarczanu sodu. My w mieszaninie z sodą kaustyczną używamy go do sporządzania roztworu do wygotowywania chłodnic. Każdy brud odłazi.

No cóż, pewnie są tacy, którzy trafiają znacznie gorzej. Zresztą pamiętam podobne sceny jeszcze nie tak dawno także i u nas. Sam po studiach musiałem przez kilka miesięcy chodzić z belą azbestowej tkaniny pod pachą, którym to materiałem obszywałem następnie rozmaite rury w maszynowniach przebywających na remontach w szczecińskiej stoczni statków. Jako rekompensatę za prace w szkodliwych warunkach otrzymywalismy wtedy… kostkę masła tygodniowo. Do odebrania w stoczniowym bufecie. Były to lata osiemdziesiąte, w sklepach pustki więc nawet kostka masła miała swoja wartość. Żeby było smieszniej, podczas mojej kilkumiesięcznej pracy w stoczni doświadczyłem odebrania nam tego przywileju, by po kilku bezmasłowych tygodniach móc znowu się cieszyć jego odzyskaniem.

Kilkumiesięczna praca w stoczni to był warunek otrzymania pracy w Polskiej Żegludze Morskiej. PŻM miała nadmiar pracowników, a stoczni brakowało więc podpisały stosowne porozumienie o zatrudnieniu absolwentów Wyższej Szkoły Morskiej. I pomysleć, że minęło nieco ponad dwadzieścia lat i dziś student Akademii Morskiej już na praktyki na ogół wypływa na zagraniczne statki, a w ofertach pracy może przebierać.

Przyglądałem się pracy Chińczyków na barkach. Pływają na nich całymi rodzinami. Barka przekszatłaca się wtedy w pływający dom. Na rufie na rozciagniętych sznurach kobiety suszą pranie, czasem wystawiają tam garnki z jedzeniem, bo jeśli wewnątrz nie ma klimatyzacji, a w słoneczny dzień w cieniu bywa teraz +37˚C,  to trudno tam wytrzymać. Te młodsze często niańczą malutkie dzieci. Ciekawe, że widywałem na barkach tylko takie zupełne maluchy. Czyzby dla tych w wielu przedszkolnym środowisko barek było zbyt niebezpieczne? Lecz co się dzieje z takimi dziećmi? Czy wracają z mamą na ląd i kończy się rodzinne pływanie, czy tez zostają pod opieką dalszej rodziny albo jakiegoś państwowego przedszkola? Nie mam pojęcia.

Kobiety na takich barkach zajmują sie takimi samymi czynnościami jak mężczyźni. Na przykład cumują je.

W końcu, po czterech dniach załadunek sie zakończył i ruszyliśmy w dół rzeki Jangcy. Pisałem juz kiedyś, ze ta rzeka jest jak ogromna autostrada pełna staków i wręćz niezliczonej ilosci barek. A płynąc przez cały dzień do jej ujścia przez cały czas widziało się niemal wyłącznie przemysłowy krajobraz ogromnych zakładów przemysłowych pobudowanych na jej brzegach. Dziesiątki, setki kilometrów hal, kominów, dźwigów, nabrzeży, statków. To robi ogromne wrażenie. Płynąc taką rzeką doświadcza się namiastki ogromnego potencjału gospodarczego Chin. A przecież Jangcy to tylko jego część. Kiedy patrzyłem na nie pojedyńcze lecz całe grupy potężnych suwnic wyłaniające sie z jednej po drugiej  mijanych stoczni, pomyślałem sobie jakim karzełkiem jest nasz przemysł stoczniowy, który z perspektywy naszego kraju wydaje się ogromny.

I te mosty na Jangcy. Ogromne, a przeciez nie pojedyńcze. Wciąż wyrastają kolejne.

Lecz co tam rzeka, nawet wielka. Pamiętam pięcio lub sześciogodzinna jazdę samochodem ze stoczni Zhoushan do Szanghaju. Trzeba było bowiem po przedostaniu się promem w okolice portu Beilun, jechać dalej do Ningbo i dookoła wielkiej zatoki Hangzhou. Czasem, zeby było szybciej, agent wiózł nas tylko do Ningbo i dalej do Szanghaju lecieliśmy około dwudziestu minut samolotem.

Od niedawna jest już jednak czynny most przez zatokę Hangzhou. Ma raptem 37 kilometrów długości i dzieki niemu droga do Szanghaju zajmuje samochodem już tylko dwie godziny.

Nanjing widziałem tylko z okien samochodu. Port okazał się byc tak daleko, że wokół nawet nie było widac normalnych domów. Hen po horyzont nabrzeza dźwigi i kominy hal fabrycznych. Nawet więc nie zdążyłem jeszcze skosztować nic z chińszczyzny. Może na lotnsku w Lianyungang sie uda… Za to miałem okazję gościc Chińczyków przy naszym stole. Co kraj to obyczaj. Na śniadanie jeden zjadł niemal całe pudełko corn flakesów. Wsypał ich całą górę do głębokiego talerza, po czym skropił jej czubek kilkoma kroplami mleka. Wiecej i tak by nie zmieścił bo sama góra chrupek wysypywała sie bokami.

Ciekawszy był jednak inny, przy obiedzie. Zauważyłem bowiem, ze w pewnym momencie przestał za mna nadążać. Nie zwróciłem uwagi co się dzieje. Ja zwykle jem bardzo szybko i nerwowo, przyzwyczajony, że w każdej chwili mogą mnie zawołać od stołu do jakiejś sprawy. Pomyslałem, że to byc może dlatego, więc zwolniłem. Ale nie, „mój” Chińczyk najwyraźniej zakopał się w potrawie. Na dodatek w ruch poszły papierowe serwetki. Siedział obok mnie przy dużym stole więc nie widziałem dokładnie, ale w końcu nie wytrzymałem i pod pretekstem rozmowy odwróciłem się w jego kierunku. Na jego talerzu leżał… stos pestek z arbuza. Biedny, gryzł tego arbuza kawałek po kawałeczku po czym przecedzał przez zęby pesteczka po pesteczce i odkładał na talerzu. Byłem pełen podziwu dla jego mrówczej pracy. Ja juz bym chyba wolał nie jeść arbuza niż tak się męczyć. Chociaż kto wie – może on też wolałby go nie jeść, ale niechciał nam robić przykrości?

Morze Wschodniochińskie, 25.07.2008; 00:40 LT