VANCOUVER

W tej profesji nigdy nie można być pewnym gdzie bedzie się spało nastepnej nocy. Miałem lecieć do Chin, a tu nagła zmiana. Tam juz leci ktoś inny. Ja zaś mam wracac do Polski. Nie powiem, bardzo przyjemna opcja. Szkoda, że ten mój powrót wypadnie akurat na końcówkę weekendu, a nie ciut wcześniej, lecz i tak fajnie. Będziemy mieć z Aniołem niedzielny wieczór dla siebie.

Postój w Vancouver, Washington był dość krótki i juz następnego dnia popłynęliśmy do większego i słynniejszego miasta o tej samej nazwie – Vancouver, British Columbia.

Kilkugoddzinna jazda rzeką była w porządku, lecz około trzeciej nad ranem obudziły mnie coraz gwałtowniejsze przechyły. Spodziewałem się tego. Wychodziliśmy na ocean. Natychmiast wszystkie luźne przedmioty zaczeły przewalać się po kabinie. Wczesniej pomocowałem te bardziej wrażliwe na wstrząsy i uderzenia. Teraz wstałem, żeby przywiązac jeszcze stół i fotel. Wszytkie drobiazgi wrzuciłem na sofę. Z głebokiego siedziska nie powinny wypaść. Potem wróciłem na koję.

Trudno było jednak o sen kiedy co chwilę albo zapierałem się piętami o tył łóżka, albo zjeżdżałem z poduszką do tyłu dopóki głowa (ochraniana przez poduszkę) nie zatrzymała się na szocie. Wiedizałem już, że nie ma co liczyć na dalszy sen. Wrzuciłem do laptopa płytkę z „Dziećmi z Bullerbyn” w interpretacji Ireny Kwiatkowskiej, którą kiedyś nabyłem z Gazetą Wyborczą, laptopa położyłem obok, na koi, żeby nie spadł (co za czasy! sypianie z laptopem!) i oddałem się z zamknietymi oczami lekturze z czasów dzieciństwa. Fajnie było przypomnieć sobie te wszystkie wątki. No, nie wszystkie, bo do sniadania udało mi się wysłuchać niewiele ponad połowę. Reszta poczeka na nastepny sztorm.

Męczylismy sie cały dzień, bo po śniadaniu trzeba było zabrać się za prace, w związku z którymi tu przyjechałem. Musiałem rozważyć co można, a dokąd w taką pogode ludzi wysyłać się nie powinno.

 

Po południu dopłynęlismy w końcu do Cieśniny Juan da Fuca. Wiatr wzrastał i przed wieczorem zaczęło wiać juz całkiem mocno, ale na osłonietych wodach krzywdy zrobic już nam nie mogło.

Nad ranem zacumowaliśmy w Vancouver. Przez noc i cały dzień lało jak z cebra.

Wszystko, no może prawie wszystko szło zgodnie z planem. Przynajmniej te sprawy, w których tu przyjechałem. A, ze życie wciąż niesie niespodzianki, trzeba było stawić czoła nowym wyzwaniom. Skończyłem o dwudziestej pierwszej i zasypiałem nad pisanym do dyrekcji raportem.

Tego dnia nasz kontrahent miał inny problem. Jeden ze statków ich floty wypłynął dwadzieścia cztery godziny wcześniej. Ktoś zapomniał zamknąć jakichś drzwi na pokładzie. Kiedy wyszli na ocean, jedna z fal wdarła się do środka. Zalała elektronikę i byc może coś jeszcze – świeże informacje, jak to czesto bywa nie były w stu procentach scisłe. Ważny był skutek. Statek został pozbawiony całkowicie zasilania. Ciemny, martwy niemalże, kiwał się bezwładnie pozostawiony łasce wzburzonego Pacyfiku. Wysłano na pomoc holowniki. Nastepnego dnia dowiedzielismy się, że odholowano ich bezpiecznie na spokojne wody. Zwykłe drzwi. Głupie ludzkie niedopatrzenie, a mogło doprowadzić do tragedii. I na nic zdałaby się nowoczesna technika tego zwodowanego w 2007 roku statku.

Następnego dnia załadunek szedł sprawnie. Na drugim brzegu kusiły wieżowce śródmieścia Vancouver.

Tym razem nie było okazji by tam sie wybrać. Statek miał odpływać do Japonii o północy. Ja po zakończeniu załadunku, o dwudziestej drugiej ewakupowałem się do hotelu.

W internecie śledziłem informacje o montowaniu iglicy na wieży szczecińskiej katedry. Wraca do wyglądu sprzed wojny, podrasowując efektownie „skyline” miasta.

W sobotę rano znów lało. Rozpogadzać się zaczęło dopiero gdy dotarłem na lotnisko.

Po nocy spedzonej w samolocie dotarłem właśnie do Frankfurtu. Jeszcze tylko stosunkowo krótkie loty do Monachium oraz Gdańska i mozna będzie cieszyc się weekendem.

Frankfurt, 13.01.2008; 12:10 LT