Wróciliśmy do hotelu. Nasz samochód przez dwie noce postoju szczęśliwie nie ucierpiał. Jedyne, co zwróciło moją uwagę to spłaszczony papierowy kubek zatknięty za wycieraczkę. Myślałem, że to jakiś głupi dowcip, lecz po wyjęciu okazało się, że w kubku była ulotka – zaproszenie do pobliskiego baru.
Ruszyliśmy. Znaliśmy już trochę topografię miasta, więc wytyczyliśmy trasę rozsądnie. Poza tym podczas dnia ulice zazwyczaj tętniły życiem i nie sprawiały tak ponurego wrażenia jak nocą.
Tym niemniej GPS w telefonie sprawdzał się znakomicie. Wystarczy wydać równowartość jakichś dwudziestu złotych na sim kartę oraz doładowanie, by korzystać z internetu, a więc i map, bez potrzeby płacenia za taki gadżet w samochodzie. Jako nawigator z wykształcenia należę do ludzi, którzy cenią sobie także studiowanie papierowej mapy i chlubią się, że nie muszą korzystać z elektronicznych zabawek, lecz muszę przyznać, że niejednokrotnie właśnie polecenie z systemu GPS pozwoliło mi w porę wykonać manewr skrętu. Gdybym korzystał wyłącznie z papierowej, trzeba by było szukać miejsca do zawrócenia lub improwizować trasą alternatywną. I przede wszystkim zatrzymać się gdzieś by porównać topografię terenu z odwzorowaniem na arkuszu papieru.
Po części znajomą serpentyną zjeżdżaliśmy skarpą ku poziomowi morza.
Po drodze mijaliśmy kamienice, które niczym stara Hawana urzekały swoim przebrzmiałym pięknem. Nawet teraz, z pustymi oczodołami okien, resztkami balustrad i okiennic, przyciągają wzrok oraz obiektywy aparatów.
Ulicami wzdłuż portu dojechaliśmy do przystani promowej.
Zdążyliśmy na prom odpływający o siedemnastej. Jako jedni z ostatnich. Załoga promu tak kazała nam manewrować, że niemal na wcisk upchnęli nas gdzieś po skosie na dolnym pokładzie pomiędzy filarem, rampą oraz innymi samochodami.
Jeden pokazywał mi znaki z lewej strony z przodu, drugi z prawej z tyłu. W normalnych warunkach uznałbym, że nie ma możliwości, by wjechać i zmieści się na takim skrawku podłogi.
Salvador został założony na skraju półwyspu zamykającego od wschodu Zatokę Wszystkich Świętych. Zatokę od południa niczym ogromny falochron oddziela wyspa Itaparica. I to na nią właśnie się wybieraliśmy.
Podróż trwała około czterdzieści pięć minut, podczas których musieliśmy pokonać przesmyk wiodący z oceanu do właściwej zatoki. Pogoda była piękna, więc z przyjemnością obserwowaliśmy panoramę oddalającego się Salvadoru. Szczególnie imponująco wyglądał las wieżowców na klifie.
W tropikach zmierzch zapada szybko. Jeszcze nie dopłynęliśmy do wyspy, kiedy słońce skryło się za jej wzgórzami.
Oglądając ów zachód rozmawialiśmy z miejscową studentką, która obok nas oparta o reling obserwowała wszystko znacznie spokojniej. Dla niej to był widok powszedni.
– Uciekam z Salavdoru przed karnawałem.
– Przed karnawałem? – wykrzyknęliśmy obydwoje zdumieni. Jak można uciekać przed jednym z najsłynniejszych karnawałów świata? To wydawało się nieprawdopodobne.
– Tam się nie da normalnie żyć podczas karnawału – kontynuowała – Wszędzie ogromne tłumy. Część ulic zamknięta, inne zakorkowane, urzędy pozamykane, a nawet na uczelni zawiesza się normalne zajęcia. Nie lubię tego. Wolę pojechać na wyspę, odpocząć, poczytać spokojnie książkę.
Trudno odmówić jej racji. Zwłaszcza po tym, co zobaczyliśmy już w telewizji kilka dni później, Tłum był taki, że i szpilki by nikt nie wcisnął. Ostrzegała nas przed nim również przewodniczka w opisywanym w poprzednim odcinku kościele.
– Uważajcie na tłum podczas karnawału. Ścisk jest ogromny, a wśród tamtych ludzi jest wielu kieszonkowców, nastawionych w szczególności na turystów.
Rozmowę przerwało nam dopłynięcie do celu. Bez pośpiechu zeszliśmy na dolny pokład. I tak trzeba było wypuścić wszystkich stojących przed nami. Kiedy zjechaliśmy na ląd ściemniło się już mocno.
Nocleg zarezerwowaliśmy w niewielkim hoteliku „Magia das Aquas” blisko południowego krańca wyspy. Dlatego zrezygnowaliśmy z jazdy do miasteczka Itaparica zajmującego teren północnego krańca. I słusznie, bowiem dojazd, odkąd zjechaliśmy z głównej drogi stał się koszmarem. Jechaliśmy drogą szutrową z jakimiś nędznymi resztkami asfaltu, który najwyraźniej pokrywał ją w przeszłości. Czasem asfaltu było więcej, lecz wcale nie ułatwiało to zadania, bowiem podziurawiony był on jak ser szwajcarski. Ogromne, półmetrowej średnicy dziury, głębokie na jakieś trzydzieści centymetrów stanowiły poważne zagrożenie dla naszego auta nieprojektowanego do jazd terenowych. Zastanawiałem się jak będziemy tędy wracać, jeśli wcześniej przytrafi się ulewa i wszystko zostanie wypełnione wodą. Na razie jednak jechaliśmy w tę stronę i parę minut po dziewiętnastej odszukaliśmy położony tuż przy plaży nasz hotel. W skromnym pokoju nie było klimatyzacji, więc okno musiało być otwarte. Nie było moskitier, lecz zwykła zasłonka. To wystawiało nas na niebezpieczeństwo zarażenia wirusem Zika. Dlatego poszły w ruch środki, które zakupiliśmy jeszcze w Recife. Dokładnie spryskaliśmy nimi skórę. Wyszliśmy jeszcze na krótki spacer, po czym wróciliśmy by położyć się wcześniej spać.
Nazajutrz mieliśmy wstać na wschód słońca.
Dźwięk budzika postawił nas na nogi. Właśnie świtało.
To niesamowite uczucie, kiedy prosto z łóżka można po prostu wyjść na zewnątrz. Bez ubierania, swetrów, kurtek, butów. Po prostu w klapkach w wilgotne ciepło budzącego się dnia. Aż tu nagle niespodzianka. Furtka zamknięta na zamek, a klucza nie ma. Gospodarze śpią w najlepsze. Staliśmy się więźniami miejsca naszego noclegu. Ocean szumiał w zasięgu ręki. Robiło się coraz widniej, a my staliśmy na podwórku i wyjścia z tego pata nie było widać.
– Nie, nie po to wstawałem w środku nocy! – krzyknąłem wściekły i wskoczyłem na płot. Ogrodzenie było dość delikatne i mogło nie wytrzymać, gdy uwiesi się na nim kwintal z okładem, ale byłem zdecydowany się wydostać. Po chwili byłem już na plaży.
Warto było. W ciszy, jak bywa tylko tuż przed wschodem, kiedy przerywa ją jedynie śpiwe ptaków skrytych gdzieś w koronach drzew kontemplowałem zakotwiczone nieopodal łodzie, czarne jeszcze na tle coraz bardziej pomarańczowego nieba.
Wypiętrzone wysoko chmury zwiastowały możliwy deszcz, co nie było nam na rękę zważywszy na fatalnej jakości drogę, ale znaczny fragment czystego nieba pozwalał mieć nadzieję.
Kiedy już się napatrzyłem, tą samą drogą wróciłem do czekającego na mnie Anioła.
Jedynym świadkiem naszej porannej eskapady był obserwujący nas leniwie kot.
Wróciliśmy do łóżka, a kiedy obudziliśmy się ponownie, słońce stało już wysoko. Wyszliśmy z naszego pokoju, któremu w okna zaglądały liście bananowca. Znów towarzyszył nam kot, lecz tym razem inny.
Gospodarze przygotowali dla nas śniadanie. Poranny posiłek na świeżym powietrzu ma niepowtarzalny urok. Zwłaszcza na początku lutego.
Po śniadaniu plaża. Opalanie, pływanie w morzu, a także przyglądanie się kokosom na rosnących wokół palmach.
W końcu jednak trzeba było wracać. Wieczorem mieliśmy powrotny lot do Recife i woleliśmy nie ryzykować opóźnienia w przeprawie promem. Przyszliśmy na patio, gdzie wśród zieleni, pod balkonem stał zaparkowany nasz samochód.
Zanim zdążyliśmy wyjechać zachmurzyło się i spadł deszcz. Na szczęście nie była to tropikalna ulewa i dziury w drodze nie wypełniły się wodą. Po kilku minutach byliśmy w Vera Cruz, wiosce, która pretendowała do miana głównej osady w okolicy.
Zatrzymaliśmy się na drobne zakupy. Sklep kusił mnóstwem owoców. Oprócz arbuzów na stołac piętrzyły się stosy pomarańcz. Miały zieloną skórę, lecz były bardzo smaczne. Pamietaliśmy takie same z Boliwii. Zajadaliśmy się wtedy nimi.
Naszą uwagę przykuły ciekawych kształtów owoce pinha. Trochę w ciemno wzięliśmy trochę na spróbowanie.
Po Vera Cruz nie zatrzymywaliśmy się już. Trzeba było pokonać zdradliwą drogę i zdążyć na prom. Nie wiadomo co było lepsze. Czy szutrowa nawierzchnia, czy resztki gładkiego asfaltu, w którym czyhały zdradliwe dziury.
W miejscowości o dźwięcznej nazwie Bom Despacho czekał na nas ten sam prom, co poprzedniego dnia.
Mieliśmy jakieś dziesięć minut do odcumowania. W sam raz tyle, aby po zamknięciu auta usiąść na jednym z foteli na pokładzie i spróbować zakupionych wcześniej owoców.
Pinhas były miękkie i podzielne. W sam raz na południową przekąskę.
Znów czekały nas trzy kwadranse drogi w poprzek przesmyku. Było bardziej wietrznie niż poprzedniego dnia. Wieżowce Salavadoru powoli rosły
Z przystani promowej znów ruszyliśmy w kierunku centrum. Musieliśmy dostać się raz jeszcze w pobliże Pelourinho, by odebrać z pralni nasze ciuchy. Przed wjazdem do portu minęliśmy ciężarówki wypełnione zielonymi kokosami. Zaiste niezwykły to widok dla przybyszów z chłodnej Europy.
W okolicy Mercado Modelo czyli w pobliżu owej windy wiodącej do górnego miasta zauważyłem jakieś wolne miejsce do parkowania, lecz natarczywy naganiacz zaczął machać rękami, że niby nam je wskazuje. Nie będzie łatwo. Na pewno zacznie domagać się zapłaty. Nie chciałem dyskutować. Wyjąłem banknot dwurealowy, czyli równowartość naszych dwóch złotych i podałem natrętowi.
– Co? Dwa reale? – podskoczył jak oparzony – Dwa reale za wskazanie miejsca? – udawał zdziwionego.
– Oczywiście. Tyle wystarczy – odpowiedziałem spokojnie.
– Dwadzieścia!
– Co?! – tym razem ja skoczyłem jak oparzony – Nie! Absolutnie nie! Zamknąłem drzwi auta.
Tamten się wściekł. Złapałem kontakt wzrokowy z Aniołem. Nie musieliśmy nic mówić, by zgodzić się, że nie wygląda to dobrze.
– Jak pójdziesz to zrobię tak! – i pokazał jak będzie rysować gwoździem po karoserii. Robił się coraz bardziej agresywny.
– Odjeżdżamy stąd – rzuciłem w kierunku Anioła i szybko wsiedliśmy z powrotem do auta. Odjazd. Ruszamy z parkingu. Tamten krzyczy coś w naszym kierunku. Na szczęście ruch jest duży i kiedy zwalniamy to miejsce on zajmuje się wskazywaniem go komuś następnemu. My tymczasem odjeżdżamy nieco dalej. Raptem kilkaset metrów, lecz wystarczyło, by znaleźć miejsce przy kapitanacie portu albo jakiejś podobnej instytucji. Wjazdu do wewnątrz pilnowali tam uzbrojeni strażnicy, więc przy okazji i nasze auto było tu bezpieczne.
Gdańsk, 10.03.2016; 23:50 LT