TUNEZYJSKIE IMPRESJE (2)

Następnego dnia wstaliśmy już przed czwarta rano. Było zupełnie ciemno kiedy wyjeżdżaliśmy z Douz, miasteczku w oazie, gdzie mieliśmy nocleg. Ten nocleg jak i cay poprzedni wieczór wśród plam gdzieś na skraju Sahary był tym co z Aniołem zapmiętaliśmy jako jeden z najpiękniejszych momentów naszego urlopu.

Księżyc zachodził, kiedy na dnie ogromnego wyschniętego, słonego jeziora Chott El Jerid, zrobiliśmy krótki postój.

Niezwykle był to widok, Jak okiem sięgnąć, po widnokrąg powierzchnia gładka jak stół. I ta wszechobecna sól. Tam też mieliśmy okazję przywitać wschodzące właśnie słońce, po czym pojechaliśmy dalej, a po drugiej stronie jeziora czekały na nas jeepy. Wtedy zaczęła się szaleńcza jazda przez pustynne bezdroża

Wkrótce dotarliśmy do położonej wśród bezkresnych piasków opuszczonej osady. To… miasteczko z Gwiezdnych Wojen. Tutaj bowiem George Lucas kręcił sceny to pierwszej częsci filmowej sagi (p.t. „Mroczne widmo”). Kto pamięta miejsce, gdzie Jedi spotkali małego Anakina Skywalkera, ten już wie.

Trzeba przyznać, że budowle oglądane zwłaszcza od środka robią przygnębiające wrażenie.Listewki, sklejka, dykta i.t.p. Dopiero tutaj widać czym jest sztuka iluzji. Ale jeszcze bardziej zdziwiłem się, kiedy po powrocie do domu obejrzałem raz jeszcze ten film. Miasteczko w nim pokazane w niczym nie przypomina owej mizernej osady. Myślę sobie, że prawdziwych było jedynie tych kilkanaście zabudowań. Reszta to zapewne wygenerowane przez komputer tło.

Ciekawsze od opuszczonych zabudowań były bezkresne piaski. Tu zaczybnała się skrajnie nieprzyjazna człowiekowi kraina ciągnąca się hen po Atlantyk na zachodzie i po Nil na wschodzie.

g

W naszej wędrówce dotarliśmy następnie aż po górzystą granicę z Algierią. Tam trafiliśmy do kolejnej oazy, Chbika, z niewielką osadą, najprawdziwszym źródłem i nawet niewielkim wodospadem.

W drodze powrotnej do Sousse (ponownie autokarem) zatrzymalismy się w Kairouan. To trzecie, święte miejsce Islamu. Tu powstał pierwszy meczet na kontynencie afrykańskim, kiedy na ziemie zamieszkiwane przez Berberów dotarli Arabowie. Wielki meczet był oczywiście niedostępny dla nas, niewiernych.

Podobnie jak w Europie niewielkie kościółki, tak i tutaj szczególnym urokiem wabiły malutkie meczety odnajdywane w rozmaitych zaułkach mediny.

Mediny arabskich miast to zresztą zupełnie odmienny świat. Szkoda, że najazd turystycznej stonki tak bardzo je skomercjalizował. Większośc sklepów ofeuje przede wszystkim pamiątki, ale sporo jest też tradycyjnych sklepików i warsztatów, w których zaopatruje się miejscowa ludność. Długo by opisywać same nawoływania kupców we wszelkich możliwych językach (w tym bardzo dobra polszczyzną). Zapuszczenie się w labirynt niezwykle wąskich, zatłoczonych uliczek kusi przygodą czyhająca za każdym rogiem.

Mi kojarzyć się będą takie sklepiki w medinach przede wszystkimi z workami pełnymi rozmaitych ziaren, orzechów, przypraw. Te barwy i zapachy…. Próbowałem wyobrazić sobie te miasta przed wiekami, kiedy kupcy z Europy przybywali w poszukiwaniu tak cennych wtedy, aromatycznych dodatków do potraw.

Przedostatniego dnia wybraliśmy sie do Tunisu. Nie ruiny Kartaginy (El Jem jest bez porównania ciekawsze), nie zabudowania Sidi Bou Said, lecz muzeum zawierające największą w Afryce kolekcję rzymskich mozaik zapamiętam stamtąd przede wszystkim.

Tydzień upłynął błyskawicznie i następnego dnia po wycieczce do Tunisu trzeba było zbierać się do powrotu. Na lotnisko dotarliśmy po południu, ale szczęśliwie dla nas samolot był opóźniony półtorej godziny. Szczęśliwie, bo dzięki temu wybraliśmy się jeszzcze z Aniołem do pobliskiego Monastiru. Z bagażami, bo na lotnisku nie było przechowalni. Pod murem miejscowej mediny wypilismy ostatnią herbatę – słodką jak ulepek, z liśćmi mięty, gorącą lecz doskonałą na upały. Po powrocie do Polski kupiliśmy natychmiast doniczkową miętę, narwaliśmy listków, zapazryliśmy herbaty, lecz było to tylko dalekie echo tamtejszej. Może nie tylko herbata jest potrzebna? Może potrzeba siedzieć w cieniu arabskich zabudowań, słuchać muezina nawołującegoz minaretu do modlitwy, dusic się z gorąca i przed wszytkim beztrosko nie przejmowac się dniem jutrzejszym?

Uff! I to już chyba koniec. Czuję się jak barbarzyńca zawierając w kilkunastu zdjęciach i na czterech stronicach ten tydzień pełen wrażeń. Lecz gdybym zakopał się w opisach, blog zupełnie zatraciłby aktualność. Życie płynie tak szybko…

Gdynia, 09.07.2008; 08:00 LT