TRZY LATA

  

Na początek kilka zdjęć z lotniska w Vancouver. To jeden z najpiekniejszych portów lotniczych, jakie znam. Wielki a zarazem kameralny i niepowtarzalny, oddający piękno lokalnej przyrody i indiańskiej kultury.

Najwieksze wrażenie wywiera na mnie zawsze kilkumetrowy wodospad i górski potok ginacy gdzies pod podłogą hali przylotów. Schodami obok wodospadu i nad potokiem schodzi się ku stanowiskom odpraw.

Ktoś, kto opuszcza Vancouver, również ma wiele obiektów do podziwiania. Tym razem zapuściłem się na króciutki spacer przy innym potoku, wijacym się tuż przy bramkach prowadzących na pokład samolotów.

Nieopodal zaś kusi podróżnych wielkie akwarium. To wciąga. Przez cały czas przed ogromna szybą gromadzi się grupka ludzi.

Ale też jest co oglądać. Bogactwo przedziwnych morskich stworów zadziwia.

Vancouver pożegnało mnie piekną po deszczu pogodą. Dla odmiany we Frankfurcie był mróz i mgła.

Z tego powodu omal nie spóźniłem sie na ostatni lot z Monachium do Gdańska. Samolot z Frankfurtu do Monachium wyleciał bowiem z godzinnym opóźnieniem. Na szczęście „Lufthansa” pokazała sie z dobrej strony. Samolot do Gdańska poczekał kilka minut, a specjalny łącznik czekał na mnie przy wyjściu z samolotu, którym przyleciałem z Frankfurtu. Specjalnym mikrobusem dowiózł mnie prosto na stanowisko i dzięki temu o czasie znalazłem się w domu.

Anioł przywitał mnie w Gdańsku. Bardzo przyjemnie jest wracać gdy ktoś czeka na lotnisku. Odzwyczaiłem się juz niestety od tego i teraz za sprawą Anioła odczuwałem tę przyjemność jeszcze bardziej.

Kiedy nacieszyliśmy się sobą, wyjechaliśmy szukać ludzi z puszkami WOŚP. Niestety, późnym wieczorem uliczna kwesta była już zakończona. Nawet na Długim Targu, gdzie w końcu zdesperowani dotarlismy około północy, królowały juz tylko ekipy sprzatające i kilka podchmielonych osób, które może przyjęłyby datek ale wyłacznie na piwo. Pozostał więc niezawodny przelew internetowy. Tyle tylko, że w tym roku bez serduszka.

* * *

Piszę o rozmaitych rzeczach, a tymczasem niespostrzeżenie minęła mi trzecia rocznica prowadzenia tego bloga. To jeden z moich najdłużej realizowanych pomysłów. Sam się dziwię, że mój tradycyjny słomiany zapał okazał się tak trwały tym razem. I nawet dostałem sie na listę TOP500 w podsumowaniu 2007 roku. Co prawda na miejscu bodajże 469, ale jednak. Miło wiedzieć, że ktoś zagląda tu częsciej niz na pozostałe 105000  blogów Bloxa. Kurczę, kawał swojego życia już tu opisałem.

* * *

Wszystko byłoby fajnie gdyby nie wieści od taty. Kilka tygodni temu zaczął się skarżyć na ponowne bóle w klatce piersiowej. Po zabiegach koronarografii kilka miesięcy temu czuł sie dobrze i wydawało się, że długo będzie ok. Wizyta u kardiologa, EKG i diagnoza: ból związany był z przebytym zawałem serca. Przechodzony zawał. Podobnie jak ten pierwszy, po którym poddał się zabiegom. Dziś położyli go w szpitalu. Jutro okaże się co dalej.

Ciagle jestem pod wrażeniem jego spokoju i pogody ducha. Znosi swoją chorobę tak beztrosko i normalnie („co ma być to bedzie”) odmiennie niż mama, która przez wiele lat zrozpaczona nieuleczalną przypadłością okropnie bała się śmierci i widziała ją nadchodzącą niemal kazdego dnia, przy każdym gorszym samopoczuciu.

A teraz boję się, że możemy nie zdążyć zrealizować naszych planów dalekiej, wiosennej podróży do taty roddzinnej wsi. Do krainy jego dzieciństwa, moich odległych wakacji, gdzie stoją groby jego rodziców i brata. Po jesiennych wycieczkach do Warszawy i do Trójmiasta nabrał takiej ochoty na ten wyjazd.  Wszystko mielismy zaplanowane. Tylko miało zrobić się cieplej.

Gdynia, 16.01.2008; 01:50 LT