TROCHĘ WIĘKSZA PĘTLA

W piątkowe popołudnie spakowany szykowałem sie do wyjścia z biura troche wcześniej. PKP trochę utrudniło mi życie, bo pociąg do Szczecina odjeżdża teraz wcześniej. O 17:05 z Sopotu. Na dodatek, jesli nie załapię się na ten, to następne bezpośrednie połączenie oferuje mi się z Gdyni o 06:40 zamiast po północy.

– Musi pan lecieć na statek – powiadomiła mnie nagle dyrekcja.

I tak dobrze, że lot wypadał dopiero w poniedziałek, ale musiałem wrócić do domu, przepakować się, zabrać paszport… A przede wszystkim musiałem zostać w pracy dłużej żeby dokończyć sprawy, które dokończone miały byc po weekendzie.

Anioła też natłok prac przytrzymał w biurze, więc opuszczalismy je o dwudziestej pierwszej. Wiedziałem już, że nie spotkamy się tego wieczoru na dłużej.

– Musisz się spakować, przygotować i wcześnie rano wstać. Ja nie moge już patrzec na te twoje życie w biegu. Wymuszę byś choć te parę godzin miał dla siebie.

Poszlismy na kolację. Anioł wyglada tak żałośnie gdy wydyma ze smutkiem usta w podkówkę. Patrzyłem bezradnie na ten jej smutek. Całe szczęście, ze niedługo bedziemy jeść kolację powitalną, wesołą.

Kiedy przytulimy się raz , czas przestaje istnieć. Możemy tak trwać w milczeniu w nieskończoność. Było już po północy gdy wreszcie pozwoliłem Aniołowi odejść. Patrzyłem jak znika za drzwiami klatki schodowej, po czym przekręciłem kluczyk w stacyjce i odjechałem do domu.

Pakowanie i sprzątanie na okoliczność dłuższej nieobecności skończyłem około wpół do trzeciej. Budzik nastwiłem na kwadrans po piątej. W sam raz aby się nie spieszyć zbyt mocno gdy zadzwoni.

Kiedy zadzwonił, było ciężko. Zmusiłem się jakoś do poorannej toalety i do zaparzenia herbaty. Zamówiłem taksówkę. Pociąg trochę się opóźnił, a na peronie wiatr hulał przy temperaturze powietrza -10˚C. Tradycyjnie znów trafiłem na nieogrzewany przedział. Wytrzymałem tylko do Wejherowa. Przeniosłem się do cieplejszego i natychmiast zapadłem w sen. Ocknąłem się na dobre dopiero w Stargardzie Szczecińskim.

Parę spraw do załatwienia miałem w sobotę, ale wieczór spędziłem w dawno nie spotkanym gronie licealnych kolegów. Nieplanowane wczesniej przeze mnie, zrealizowało się po jednym telefonie. Wesoło było, więc i impreza przeciagnęła się do pierwszej w nocy. W niedzielę znów grafik napięty. Miedzy innymi przygotowania do remontu łazienki.. Rozkładanie tektury na podłodze w pokoju, folii na meblach, zeby się nie zakurzyły… Kiedy skończyłem, minęła pierwsza w nocy. O drugiej odjeżdżał mój mikrobus na lotnisko Tegel w Berlinie. Szybkie mycie, zamknięcie walizek i po chwili znów w drodze.

Niewiele pamiętam zarówno z jazdy na lotnisko jak i z pierwszego lotu do Frankfurtu. Odsypiałem zarwaną noc. We Frankfurcie odstałem swoje w kolejce by dostac się na pokład samolotu bo Amerykanie już przy bramce bardzo skrupulatnie sprawdzali kazdego. Rozumiem ich racje, ale z drugiej strony to się robi bardzo uciążliwe i dezorganizujące wszystko. Może powinni więcej osób oddelegować do takich odpraw jeżeli koniecznie chcą zachowac procedury? Trochę się robi irytujące gdy na przykład na przesiadkę w USA dwie godziny to często za mało.

Tym razem przesiadki nie miałem, tylko bezpośredni lot do Portland, Oregon z Frankfurtu. Prawie jedenaście godzin w powietrzu.

Po przylocie odpocząłem kilka godzin w hotelu, ale jeszcze tego samego dnia dotarłem na statek, który zacumował wkrótce po moim przylocie. Szybki wyładunek i już płyniemy dalej. Pojutrze zawitamy do kanadyjskiego Vancouver. Tam pożegnam załogę. Oni popłyna w strone Azji, a ja tam polecę. W koreańskim Ulsan dołączę do innego statku na podróż do Chin. Z Chin zaś chyba lot do Polski., więc wygląda na to, że zaliczę rajd dookoła świata. Dwie pętle dookoła Polski podczas świąt okazały się rozgrzewką przed tą większą. Biedny mój organizm. Wsystko mu się do cna rozreguluje.

Columbia River, 08.01.2008; 20:20 LT