SYLWESTER W JELENIEJ GÓRZE

  

Anioł przyjechał w sylwestrowy poranek. Od razu pojechaliśmy w kierunku Szklarskiej Poręby. Po drodze zatrzymaliśmy się na parkingu niedaleko Wodospadu Szklarki i poszliśmy na krótki spacer. Wczesna pora sprawiła, że przy wodospadzie ani na szlaku nie było nikogo. Duża rzadkość w tym miejscu.

 

W Szklarskiej Porębie zrobiliśmy zakupy na sylwestrową noc, a potem pojechaliśmy do Harrachova. Dzień był szczególny, gonił nas czas, więc zrobiliśmy jedynie krótki spacer, wstąpiliśmy do jedynej otwartej kafejki na śniadanie (pyszne) i zaraz trzeba było wracać na polską stronę.

 

Aha, dodam jeszcze, że po czeskiej stronie śniegu było jakby więcej. A może tylko „cudze chwalicie…”

Hotel i zarazem nasze sylwestrowe lokum znajdował się w Cieplicach. Ciekawe to miejsce, jakich wiele na Dolnym Śląsku i t.zw. pograniczu. Deptak z odrestaurowanymi kamienicami, kościołami, pałacem eksponują jego urodę.

 

Lecz juz kilkadziesiąt metrów dalej zapomniane, wąskie uliczki z odrapanymi, zaniedbanymi budynkami, w których nierzadko okna zabito deskami lub zamurowano, a gdzieniegdzie tabliczki informują, że dom przeznaczono do rozbiórki. Na niektórych scianach jeszcze ślady po kulach z czasów wojny. Czas jakby zatrzymał sie tam w latach czterdziestych. Chciałoby się szybko uciekać z takiej uliczki gdyby nie odkrywane wśród ponurej szarzyzny detale i wspomnienie deptaka. Odrobina wyobraźni i już widać jakie ukryte piekno tam drzemie i, czym może jeszcze zdumionego goscia zaskoczyć. Potrzeba jednak na to jeszcze lat. Póki co, klimaty jak z filmów „Sztuczki” albo „Jutro będzie Niebo”, których akcja zresztą właśnie na Dolnym Śląsku się rozgrywa.

Popołudnie to głównie spotkanie z młodymi. Złożylismy sobie życzenia, po czym rozjechalismy się na swoje imprezy.

My z Aniołem tym razem postanowilismy się nacieszyć kameralną atmosferą naszego pokoju. Tylko my i żadnego przymusu ani żadnych ograniczeń. No, moze oprócz godziny dwunastej, która stosowna oprawę mieć powinna. Myslałem i wymisliłem. Sprawdziłem to jeszcze dzień wczesniej.

 

Góra Szybowcowa. Na jej szczyt prowadziła szosa więc mozna była stosunkowo szybko tam się znaleźć. A stamtąd widok na Kotlinę Jeleniogórską i położone w niej miasto. Zakładałem, że fajnie bedzie patrzeć na te światła w dolinie, rozbłyskajace fajerwerki i w takiej scenerii wznieść toast za pomyslność w 2008 roku.

– Będziemy tylko my, ciemność, światła Jeleniej Góry w oddali – tłumaczyłem Aniołowi.

Z tej okazji wieczór spędziłem wstrzemięźliwie jeśli chodzi o alkohol. Zaledwie jedna lampka wina sączona od dwudziestej. Wyjechaliśmy tak, zeby nie czekać zbyt długo na mrozie. Że coś jest nie tak zorientowałem się gdy dojechaliśmy do Jeżowa Sudeckiego. Przed nami trzy auta, za nami dwa… Lecz kiedy minęlismy Jeżów i znaleźlismy się na otwartej przestrzeni, przeżyłem mały szok. Hen daleko aż po serpentyny podjazdu ciągnął się zanczony czerwonymi swiatłami pozycyjnymi sznur aut, pnących sie mozolnie, jak to w korku, pod górę. Redaktor prowadzacy programu radiowego coraz częściej odliczał pozostające do północy minuty.

– Za szesnascie dwunasta….

Sznur aut przed nami i mnóstwo za nami.

– Do Północy pozostało jeszce dwanaście minut…

Powoli, ale wciąż do przodu.

– Juz tylko osiem minut starego roku…

Serpentyny. Najważniejsze, ze wciaż do przodu, ale przecież szczyt nie jest z gumy. Gdzieś będzie kres i stop.

– Sześć minut…

Do szczytu kilkadziesiąt metrów ale to już strefa parkowania aut. Niektórzy próbują wcisnąć się odrobinę wyżej, lecz nie wiadomo czy im się powiedzie. Szkoda czasu. Parkuję maksymalnie z boku wąskiej szosy, żeby zrobić miejsce przejeżdżającym obok. Przy okazji staję na skraju rowu i auto zakopuje się w sniegu. Ale nie ma juz czasu. Bedziemy martwić się w nowym roku. Mniej niż cztery minuty. Rozpoczynają się rozbłyski fajerwerków. Zabieramy szampana i rakiety i idziemy na polanę na stoku. Tam mnóstwo ludzi. Nie dziwię im się. Widok jest przedni. Morze świateł w dolinie, a nad nimi, nie gdzieś w jednym miejscu, lecz nad całym miastem rozbłyskuja pióropusze sztucznych ogni. Mnóstwo ich także nad Górą Szybowcową bo niemal każdy przyniósł coś ze sobą.

 

Żałuję, ze nie wziąłem statywu i lepszego aparatu. Składamy sobie życzenia. Rozlewamy szampan do kieliszków, a butelkę z resztą płynu stawiamy na śniegu. Potem, w ferworze odpalania fajerwerków kopnąłem butelkę, z której wyciekła znaczna część zawartości, Niedługo potem pomagający mi Anioł uczynił to samo. Wylało sie więc prawie wszystko. Została odrobina dla posmakowania na koniec. Wzniesliśmy więc toast razem z górami, a przy okazji z czystym sumieniem mogłem usiąść za kierownicą.

W międzyczasie rozdzwoniły się telefony komórkowe. Życzenia, życzenia, życzenia…

Około wpół do piewrwszej zarzadziliśmy odwrót. Pierwsze auta już sunęły w dół. I liczni piesi, którzy mocno już wstawieni zataczali się w trudnych do przewidzenia momentach. Usiadłem za kierownicą, a Anioł dzielnie pchał auto. I wypchnął! Niesamowita jest moja dziewczyna J.

W dół jechaliśmy powoli, uważająć przede wszystkim na tych wskazujących na spożycie. Szosa była oblodzona i trudno było liczyc na niej na hamulce. Zjechaliśmy na szczęscie bez problemów, a po nastepnych trzydziestu minutach byliśmy z powrotem w hotelu.

Nad ranem dostałem sygnały od młodych, ze są już w domu. Po późnym śniadaniu pojechałem do nich. Zmęczeni odsypiali nocne szaleństwa. Umówiłem się, że gdy się wyśpią pójdziemy we czwórkę na obiad i wróciłem do Anioła.

Na obiad poszlismy o wpół do piątej po południu. Skończylismy o osiemnastej i trzeba było mocno się sprężać by jeszcze się spakować i zdążyć na pociąg o 18:53. Mamy juz wprawę w łapaniu pociągów w ostatniej chwili.

Osobowym toczylismy się do Wrocławia, skąd następnie mielismy jechac sypialnym, pospiesznym do Sopotu. Mielismy niecałą godzinę we Wrocławiu. Chwila namysłu i decyzja: zdążymy złapać taksówkę i podjechać na rynek. Ciekawa sprawa. Taksówkarz okazał się pasjonatem swego miasta. Za uzgodnioną wczesniej (i niewygórowaną) sumę za kurs chciał nas potem jeszcze dodatkowo przewieźć po mieście, pokazać Ostrów Tumski i szczerze żałował, że odjazd pociągu nie pozwala nam na odrobinę dłuższą wycieczkę. Przez cały czas zasypywała nas opowieściami o mieście. Czułem sie trochę tak, jakby los wynagrodziła nam podjetą spontanicznie decyzję. Spacer po rynku był swietnym przerywnikiem między pociągami.Z ogromną przyjemnoscią ogladaliśmy ściany kamieniczek, ratusz i przyległe ulice.

A potem peron. Tłumy ludzi powracających ze swiątecznych turnusów. Wspomnienie bitw o miejsca z czasów komuny. I miła swiadomość, ze mamy przedział sypialny tylko dla siebie i nie musimy walczyć.

W takich komfortowych warunkach planowo, o 08:44 dojechaliśmy do Sopotu. W sam raz aby taksówką dojechać na 09:00 do pracy. Skończyły się święta i dni wolne. Zaczynamy nowy rok i od nowa ciagniemy kierat codziennych obowiązków.

Gdynia,03.01.2008; 01:10 LT