ŚWIT W PEKINIE

Nie udało się zabukować mi lotów przez Szanghaj, więc otrzymałem przez Pekin. Z Lianyungang miałem dotrzeć tu przed północą, a dopiero w południe planowany był odlot do San Francisco. Szkoda mi było zmarnować taką okazję na zobaczenie chociaż kawałka chińskiej stolicy. Wynająłem więc pokój w hotelu w pobliżu lotniska, przytargałem tam bagaże wziąłem prysznic, zobaczyłem co nowego w internecie i położyłem sie na króciutką drzemkę.

Nastawiłem budzik na 03:30, doprowadziłem się trochę do porządku i poszedłem na dół, do recepcji. Metro o tak wczesnej porze jeszcze nie jeździ więc poprosiłem o zamówienie taksówki. Wiedziałem, że nie będzie lekko, bo już podczas zameldowania krecili głową.

– Ale po co ty chcesz tam jechać tak wcześnie?

Ba! Też bym wolał pospać, ale coś za coś.

Taksówkarze jednak odmawiali, że za wczesnie. Jeden nie odmówił ale za to rzucił taką cenę, że zrezygnowałem ja. I to samo powtórzyło się, kiedy się obudziłem. Recepcjonista ziewał i sapał ocierając pot z czoła tak, jakbym mu zadał nie wiem jaki ciężar do przeniesienia.  W końcu odłożył słuchawke i powiedział, żebym lepiej wsiadał do shuttle busa (odjazd za pięć minut) i próbował coś złapać na lotnisku. Tak też zrobiłem. Kierowca również ziewał przez cały czas, a przy tym wydawał jęki tak żałosne, że chyba wszyscy pasażerowie serdecznie wspólczuli mu wstawania w środku nocy (a może jeszcze nie zdążył się położyć?

Kiedy wysiadłem, natychmiast złapałem taksówkę. Akurat przywiozła kogoś na lotnisko, więc tylko zająłem jego miejsce. Było jeszcze ciemno, ale w miarę jak zbliżaliśmy się do miasta niebo zaczęło szarzeć i wstawał zamglony świt. Lotnisko odległe jest od miasta o ponad trzydzieści kilometrów, więć trochę czasu to zajęło. Autostrada (płatna), nazyzwana, jak pookazywały drogowskazy Airport Expressway no.2 niedość że szeroka i równa jak stół to krzyżowała się z innymi drogami szybkiego ruchu takimi, że tylko pozazdrościć. Wkrótce zjechaliśmy na Ring no.5, czyli piątą obwodnice miasta, bo Pekin ma ich pół tuzina. Wygląda to na mapie miasta pododbnie do rozchodzących się kręgów na wodzie. Potem zjechaliśmy z niej i juz przez miasto poruszaliśmy się inną ekspressówką prowadzącą do centrum, przecinajac pozostałe kręgi. Nagle wyłoniły spoza innych wieżowców takie domy, że inne metropolie moga pozazdroiścić. Wśród nich słynny już budynek Telewizji przypominajacy dwie oparte o siebie litery Z. Żałowałem, że było jeszcze zbyt ciemno na zdjęcie z mknącego samochodu.

Porażajacy był ogrom tego wszystkiego. Szerokie (kilka pasów w jednym kierunku) ulice, potężne biurowce i domy towarowe stwarzały krajobraz, w którym człowek zredukowany był do rozmiarów mrówki niemalże. Z pewnością nie były to tereny zachecające do pieszych spacerów. Szczególnie gdy jeszcze weźmie sie pod uwagę temperature oscylująca od rana w okolicy 30˚C (zapowiadali w ciągu dnia +34˚C) i bardzo wysoką wilgotność powietrza. Jeszcze troche i dałoby sie takie powietrze zagarniac garściami, takie było gęste.

Taką właśnie szeroką ulicą dojechaliśmy do celu, czyli do Placu Tiananmen. To znaczy kierowca najpierw powiedział, ze plac jest przed nami bo ja z powodu mgły nic nie widziałem. Ciekawy byłem, czy to rzeczywiście mgła, czy osławiony pekiński smog, bo nie ustąpiło to do południa.

Kiedy w końcu zbliżylismy się na tyle, że swobodnie było juz widać mury Zakazanego Miasta z ogromnym portretem Mao po prawej, a ogromną, ginącą daleko we mgla płaszczyzna placu po lewej, ruch został wstrzymany.Policja zatrzymała potok aut nadjeżdząjących kilkoma pasmami z każdej strony, bo odbywało sie codzienne(?) wciąganie flagi na maszt. Widziałem delifujących daleko w poprzek ruchliwej ulicy żołnierzy, którzy prawdopodobnie nieśli gdzieś z Zakazanego Miasta złożoną czerowną flagę z żółtymi gwiazdami. Flaga powędrowała na maszt, a żołnierze krokiem defiladowym wrócili tam skąd przyszli. Dopiero wtedy przywrócono ruch.

Mogłem to obserwować z bardzo daleka i na zdjęciu widac przede wszystkim błyskające w oddali koguty policyjnych aut, ale jeśli się dobrze przyjrzeć, można zauważyc mikroskopijnych rozmiarów sznureczek żołnierzy przekraczających ulice po zakończeniu ceremonii.

Pierwsze co obejrzałem po wyjsciu z taksówki, to zamykający jedną stronę placu monumentalny gmach Muzeum Narodowego mieszczacy wewnątrz Muzeum Historii Chin oraz Muzeum Rewolucji.

Budynek był jednak odgrodzony barierkami i można go było oglądać jedynie z daleka. Kto wie, może wtedy budzi jeszcze większy respekt? Z takiej odległośći stojący przed drzwiami wartownik staje się ledwo widoczny.

Przeszedłem przez ulice na centralna część placu. Ludzie już się rozchodzili. Co ja piszę! Morze ludzi właśnie sie rozchodziło! Kiedy zakończono ceremonię wciągania flagi, tłum przedtem ściśnięty przy barierkach, i na który nie zwróciłem uwagi nagle zafalował i rozlał się po całej powierzchni placu. Niedziela, piąta rano, a tam wycieczki, rodziny z dziećmi, grupki przyjaciół oglądają, pstrykają sobie zdjęcia i powoli opuszczają plac.

Wkrótce przerzedziło sie na tyle, ze policja i wojsko mogły ponownie zamknąć bramki. Na plac bowiem, podobnie jak do metra oraz do wielu innych miejsc, nie da się obecnie wejść ot tak sobie. Wszędzie stoją posterunki i nawet całe urządzenia do prześwietlania toreb.

  

A na samym placu trwa jeszcze budowa dekoracji olimpijskich. Jakaś potężna góra kwiatów, mnóstwo kwiatowych postaci, kwiatowe dywany, kwiatowe napisy i jeszcze tysiące kwiatów stojących w kolejce na zagospodarowanie.

  

Wszystko jeszcze ogrodzone, zeby gawiedź nie zadeptała, a porządku pilnuje policjant.

Stronę placu naprzeciw Muzeum Narodowego zajmuje inny, monumentalny gmach: Hala Zebrań Ludowych albo jakoś tak (The Great Hall of People). Przed nią świetlny zegar elektroniczny odlicz czas do rozpoczęcia igrzysk.

Tyle na teraz. Ani miejsca mi nie starczyło, żey ca łość zmieścić w jednym wpisie, ani czasu, bo zazraz musze wsiadać do samolotu. Dopisze więc już po drugiej stronie Pacyfiku.

Pekin, 27.07.2008; 15:05 LT