Spać!

Pogoda nie była taka zła i poza kilkoma niewielkimi odcinkami na drodze było niemal zupełnie sucho. Jechało się nieźle i jeżeli coś dokuczało to jedynie monotonia. Wzrok utkwiony w zmieniających się liniach na szosie i w przemykających samochodach w końcu męczy się. Oczy wysychają, powieki robią się ciężkie, muzyka z radia wydaje się dobiegać z coraz bardziej odległego źródła, mięsnie rąk wiotczeją i jest to już ostatni moment na przerwę. Podziwiam ludzi, którzy mogą prowadzić samochód przez kilka godzin bez chwili postoju na rozprostowanie kości. Ja bez przystanku na kawę, albo na krótką drzemkę na rozłożonym fotelu staję się realnym zagrożeniem dla ruchu. Dwadzieścia albo trzydzieści minut regeneracji, zakończonej kilkoma głębokimi wdechami na świeżym powietrzu pozwala mi utrzymać skupienie i przytomność umysłu przez następne dwie-trzy godziny jazdy.

 W tym momencie się poddałem i przerwałem pisanie. Dochodziła pierwsza w nocy. Po pełnym pracy wieczorze i wcześniejszej 600-kilometrowej jeździe, oczy kleiły się niemiłosiernie, a koja kusiła obietnicą natychmiastowego snu.

Sen rzeczywiście był natychmiastowy i głęboki. Obudziłem się na śniadanie może nie całkowicie wyspany, ale mimo wszystko dość rześki. I tak miałem lepiej od załogi, która zakończyła przyjmowanie zaopatrzenia dopiero nad ranem. Wyobrażam sobie rozgoryczenie tych, których odwiedziły żony, a oni zamiast cieszyć się obecnością ukochanych kobiet, musieli przeładowywać tony prowiantu, farb, części zamiennych. Cóż, sam przez to też kiedyś przechodziłem. Po takim spotkaniu w przelocie, między jednym rejsem, a nastepnym, nie można dojść ze sobą do ładu przez następnych kilka dni. Na szczęście wygląda na to, że na dalsze maratony już się nie zanosi i następne dni miną normalnie.

 W Brake zrobiliśmy mały, międzynarodowy zlot ludzi związanych ze statkiem. Holendrzy od zaopatrzenia, Anglik od załadunku, Polacy od nadzoru technicznego oraz sparaw załogowych. Załatwilismy swoje sprawy, pogadaliśmy i teraz wszyscy się rozjeżdżają. Do środy, czyli do wyjścia statku z portu pozostanie tylko Nick z Anglii oraz ja. No i załoga oczywiście.                                                                       

Brake, 05.02.2005

 

Komentarze