“SHAADI” I “YIN PING”

Pilot doprowadzający nas do kei wpadł na chwilę ze skrzydła na mostek rozcierając gwałtownie ręce.

– Ku! Ku! Ku! – wysapał do nas z uśmiechem.

Chyba miało to oznaczać „cool”, sądząc po zimnie, które dokuczało nam wszystkim.

Z północy, gdzieś znad Syberii wiał silny, mroźny wiatr.

Kiedy wyjeżdżałem z domu sprawdziłem pogodę w internecie. Temperatura minimalna plus osiem, maksymalna plus dwadzieścia stopni Celsjusza. No to już wiedziałem co usunąć z przepełnionej walizki, która nie bardzo chciała się domknąć. Przecież nie książki, ani nie płyty CD. No i broń Boże nie statyw do aparatu. Padło na kurtkę, bo z prognozy wyraźnie wynikało, że w Jiangyin zaczęła się wiosna. Dlatego też wyjąłem grubą bluzę i zamieniłem ją na kilka koszul z krótkim rękawem.

Teraz miałem ochotę „kukać” razem z pilotem. W zacinającej śniegiem z deszczem wichurze podążąłem w jedynym pulowerze i pikowanej kamizelce do bramy stoczni, za którą znajdowały sie sklepy. Po dwudziestu minutach marszu byłem na miekscu, a drżąca z zimna żuchwą mało nie powybijała mi zębów. Nawet nie zastanawiałem się zbytnio nad fasonem. Byle była ciepła!

W hotelu to samo. Nie jest to budynek stawiany według standardów zimowych. Przesuwane okna z pojedyńczymi szybami były swietnym wymiennikiem ciepła. Odnosiłem wrażenie, że większość kalorii wyprodukowanych przez pokojowy grzejnik uciekała przez to okno. W nocy spałem w skarpetach, w tym jedynym pulowerze i pod dodatkowym kocem.

A po jakimś czasie wszystko odmieniło się z dnia na dzień. Najpierw chuchając w dłonie przemykalismy chyżo po zamarzniętych kałużach, by z kolejnymi godzinami odczuwać (wraz ze zmianą kierunku wiatru) powiew wiosny z południa. I tak już, odpukać, zostało do dziś.

Nie miałem złudzeń, że znów czeka mnie tu codzienna harówa i przebieżki po zbiornikach. Nie pomyliłem się, bo nie mogłem. Wracałem zmęczony do hotelu na krótki sen, by wstawać przed świtem i walczyc do śniadania z biurokracją. Na statek zabierałem laptopa, lecz na ogół się nie przydawał. Gdy tylko pojawiłem się w zasięgu wzroku chińskich kooperantów, natychmiast biegli z mnóstwem pytań. Pokaż to, zamarkuj tamto, jak zrobić owo? I tak bez końca. Latałem z nimi jak kot z pęcherzem, przyglądałem się bezradnie rosnącym biurokratycznym zaległościom, by opuścić statek gdzieś około dziewiętnastej z jedną tylko myślą: „położyć się spać jak najszybciej”. Oczywiście tego planu nie zrealizowałem nigdy, bo po prostu życia szkoda. Oznaczałoby to, że zredukowałbym je do pracy i snu, więc po co do cholery to wszystko?

Pracując, mogłem jednak przyglądać się temu co dzieje się dookoła, a działy się w moim mniemaniu rzeczy ciekawe. Po naszej prawej burcie stały na kei moduły statku. Nowoczesne stocznie juz od dawna nie budują kadłubów tradycyjna metodą, wznosząc na pochylni kawałek po kawałeczku. Jak stocznia długa i szeroka, każdy niemalże skrawek miejsca wykorzystuje się na spawanie poszczególnych sekcji, które składane są w większe moduły, a te z kolei w jeszcze większe. Zawsze jestem pełem podziwu, że wszystko im tam potem do siebie pasuje. Bo przecież te moduły zawierają masę drobiazgów: rury, rurki drabinki i.t.d. Wszystko kończy sie w pewnym momencie jak nożem uciął, a kontynuowane jest w następnym kawałku tworzonym gdzies w zupełnie innym rejonie stoczni.

Takie kawałki poszatkowanego statku stały sobie teraz na naszej kei.

Chengxi 08

Kiedyś uczyłem się o konstrukcji statków z podręczników zawierających rysunki rozmaitych przekrojów. Teraz miałem wszystko w 3D (a nawet 4D) i w dodatku w skali 1:1.

Pod spoczywające na kilblokach fragmenty statku podjeżdżały na szynach niewielkie wózki z silnymi podnośnikami. Kilka, albo i kilkanaście jednocześnie. Synchronicznie unosiły powoli daną sekcję i tak samo synchronicznie odjeżdżały w kierunku krańca kei, gdzie czekał potężny dźwig pływający o nośności 1600 ton! Ten bez problemu podnosił wielki ciężar i spokojnie z pomoca holowników odpływał w kierunku doku. Jedenatsego marca ustawił tam pierwszą sekcję.

Chengxi 07

Pięć dni później zabierał ostatnią – dziób nowego statku.

Chengxi 09

To było ledwie wczoraj, a dziś statek już miał na złożonym w doku kadłubie zainstalowaną nadbudówkę oraz dźwigi. Tempo imponujące.

Chengxi 04

W okolicach mostka widac było świeżo namalowaną jego imię: „Shaadi”.

Po naszej lewej stronie, na pobliskiej pochylni budowano statek „Yin Ping”. I własnie dziś wypadło wodowanie. Kiedy wracałem ze stoczniowego biura, mogłem mu sie przyjrzeć z bliska.

Chengxi 05

Statek stał gotowy do ceremonii, świeżutki, a na pochylni rozwijano właśnie czerwone dywany i ustawiano krzesła dla gosci.

Chengxi 01

Żałowałem, że nie mogłem przyglądać się wszystkiemu dłużej. Urodziłem się w portowym mieście, tam kształciłem się w morskim kierunku, a jakoś nigdy nie udało mi się obejrzeć wodowania na żywo.

Chengxi 06

Zajęty obowiązkami na swoim statku, oderwałem się od nich na chwilę gdy usłyszałem fajerwerki. W tym samm momencie ujrzałem zjeżdżający po pochylni kadłub. Wdarł się z impetem na rzekę, rozganiając przepływające w pobliżu barki. Nikt tu ruchu nie wtsrzymuje, bo i po co? Zresztą może i dobrze, bo natychmiast utworzyłby się na Jangcy gigantyczny korek.

Chengxi 02

Holowniki podpłynęły, by łapać bezwładny kadłub. Wśród nich zaś uwijało się mnóstwo małych łódek. Z początku myślałem, że tak wiwatują, lecz zaraz potem zauważyłem, że zajęci są wyławianiem czegoś z wody. Wtedy zorientowałem się, że to przecież znani mi już złomiarze. Ale złom podczas wodowania? Spytałem znajomego stoczniowca, o co tam chodzi?

– Drewno. Wyławiają kawałki drewna użyte podczas wodowania – wytłumaczył.

Z wszystkiego się można utrzymać. Ze zbierania drewna także.

 

Jiangyin, 17.03.2010; 22:20 LT