SANTORINI (4) – KSIĘŻYCOWY KRAJOBRAZ WYSP WULKANICZNYCH

To co zostało z wyspy po eksplozji trzy i pół tysiąca lat temu to zaledwie rogalik krawędzi okrągłego kiedyś lądu. Środek się zapadł, lecz aktywność wulkaniczna nie ustała. To bardzo niespokojny sejsmicznie region. Dość powiedzieć, że te wszystkie wyspy greckie wyspy są zaledwie wystającymi nad powierzchnię morza szczytami dawnego lądu, który łączył dzisiejszą Grecję i Turcję. Płyta Egejska, na której ów ląd był uformowany, wskutek wzajmenego oddziaływania na siebie poszczególnych fragmentów skorupy ziemskiej została zatopiona i dziś widzimy tylko owe szczyty w formie wysp.
W pierwszym odcinku (LINK) relacji z Santorini pisałem o tym, jak po okresie względnego spokoju po eksplozji z podmorskiego zapadliska ponownie wyłonił się ląd. Najpierw wyspa Palea Kameni, a po niej Nea Kameni, która znacznie przerosła starszą siostrę. Ciekawe, czy historia się powtórzy i owe wyspy będą przez następne tysiące lat rosnąć aż zajmą całą zatokę i wzniosą się ponad stary ląd aż do jakiegoś krytycznego momentu, kiedy zapadną się znowu?
To przyszłość bardzo daleka, więc nie ma co wrózyć z fusów, to znaczy z kamieni na plaży. Lepiej wsiąść na statek i popłynąć, by zobaczyć to, co godne obejrzenia w tej chwili. Bilety po 20 EUR (dorośli, bo Franek oczywiście za darmo) kupiliśmy dzień wcześniej, ale spokojnie moglibyśmy zrobić to tuż przed rejsem, ponieważ po przyjeździe do portu zastaliśmy oprócz niewielkiej grupki ludzi oczekujących na wejście, równiez otwarte na kei biuro tego przewoźnika. Nie zapominajmy jednak, że to był listopad. Wyobrażam sobie te tłumy w sezonie wakacyjnym.
Nas listopad potraktował bardzo życzliwie. Bezchmurnym niebem i temperaturą w okolicach +25 °C. Czyż może być lepszy dzień na taką wycieczkę?
Thira pożegnała nas widokiem jednego z weneckich zamków przyklejonych do niemal pionowej skały. To pamiątki z czasów kiedy na wyspę zapuszczali się piraci. Zamki służyły do obserwacji, obrony oraz jako miejsca schronienia mieszkańców.

Płynęliśmy po gładkiej jak jezioro tafli zatoki, a na północnym skraju rogalika odcinała się od brązowego urwiska biała tasiemka domów w Oia.

Na rufie Franek zabrał się za roboty linowe…

Po jakichś dwudziestu minutach zacumowalismy u wybrzeża Nea Kameni. Port stanowi prowizoryczna keja w zatoce. To zrozumiałe w dzikim krajobrazie. W skali geologicznej wyspa jest bowiem zaledwie noworodkiem. Wyłoniła się bowiem z morskich fal podczas erupcji w 1707 roku, czyli zaledwie nieco ponad trzysta lat temu. Wokół dominuje czerń zastygłej lawy, której jęzory spływają z położonych w górze kraterów do morza. Tylko woda jakby chciała ożywić tę surowość, przybiera czasami niezwykłe barwy.

Kiedy już wyszliśmy nieco wyżej, moglismy obserować na wschodzie zabudowania Thiry na krawędzi urwiska oraz krętą ścięzkę prowadzącą do portu.

Na łysej, pokrytej kamieniami wyspie świecące słońce operuje dość mocno. Nawet w tej listopadowej aurze woda była bardzo przydatna. Tym bardziej, że tempo narzuciliśmy dość szybkie. Cel był widoczny. Widzieliśmy wiodącą przez łagodne wzniesienia ścieżkę prowadzącą na wierzchołek.

Po kilkudziesięciu minutach byliśmy prawie na szczycie, gdzie ze szczelin krateru wydobywał się charakterystyczny gaz o zapachu siarkowodoru.

Gorące kamienie pokryte były jasnym nalotem siarki. Najlepszy to dowód na wulkaniczną aktywność wyspy.

Wyszliśmy nieco wyżej ponad krawędź krateru, skąd na łagodnym wierzchołku pokrytym licznymi bryłami bazaltu rozciągał się widok na archipelag, a przede wszystkim na sąsiednią Palea Kameni, starszą od Nea Kameni o jakieś siedemnaście wieków.

Niestety, Franek już tego nie widział. Usnął w nosidełku…

Krętą ścieżką pomiędzy wielkimi, bzaltowymi kamieniami rozpoczęliśmy schodzenie w dół.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy położonym niżej starszym kraterze. Stamtąd obecnie siarka już się nie wydobywa.

Do portu wiodła już całkiem szeroka alejka.

Wróciliśmy na swój statek, który po chwili odcumował i popłynęliśmy na Palea Kameni. Przykrą niespodzianką był fakt, że nie mieliśmy zejść na ląd. Można było jedynie popłynąć ze statku wpław do niedalekiej zatoczki, w której biły ciepłe źródła. O tych ciepłych źródłach można było przeczytać niemal wszędzie, we wszystkich przewodnikach i poradnikach, co ciekawego zobaczyć. Wyobrażałem sobie te opary siarkowodoru oraz leczniczą wodę ogrzewającą stawy i mięśnie. Tymczasem przy ciepłych źródłach woda miała temperaturę zaledwie o dwa stopnie wyższą niż cały akwen dookoła. Odczuwalne, ale bez przesady.
Na Palea Kameni na stałe przebywa jeden człowiek, który jest zarówno strażnikiem rezerwatu jak i prowadzącym badania. Nie przeszkadzało to jednak postawieniu niewelkiej świątyni, o charakterystycznej, walcowatej architekturze

Z przyczyn obiektywnych my nie mogliśmy płynąć wpław do zatoczki, ale zakosztowaliśmy kąpieli słoneczych na pokładzie.

Z Palea Kameni wróciliśmy do Thiry, gdzie zakończyła się trzygodzinna wycieczka. Mogliśmy spokojnie wrócić do naszego apartamentu w centrum wyspy. Wieczorem zaś już tradycyjnie wybraliśmy się na kolację w naszej wiosce.

Jedzenie dobre, ale kiedy przypomnę sobie to chłodne, lekko cierpkie, orzeźwiające białe wino… Niby wyciągamy w domu z lodówki podobne, lecz to jednak nie to. Może nie tylko o wino chodzi, lecz o całą tę wyspiarską, leniwą, wakacyjną atmosferę?
Gdańsk, 04.020.2017; 00:05 LT