PORTUGALIA NA PÓŹNĄ JESIEŃ (2) – DŁUGA JAZDA PRZYWIODŁA NAS NA SKALISTE PRZYLĄDKI, KTÓRYCH KRUCHE KRAWĘDZIE NIE ROBIĄ WRAŻENIA NA WĘDKARZACH, A GDZIE NAM WIATR OMAL NIE WYRYWA DRZWI SAMOCHODU.

Może trochę niezbyt chronologicznie,  lecz dla całości opisu nie ma to większego znaczenia…

Cabo de Sao Vincente. Odkąd  rezerwacja lotu do Faro pojawiła się w naszych kalendarzach, wiadomo było, że to jest punkt programu z gatunku „must have”. I teraz, po odespaniu oraz zaaklimatyzowaniu się w Faro przyszedł czas na jego realizację.

Na śniadanie owsianka, owoce, soki, jogurty, świeże pieczywo. Konsumujemy w jadalni, która jest osobnym pomieszczeniem apartamentu.

F 54

A potem już w drogę. Nie spieszyło nam się, ale mimo to byłem lekko zaskoczony długością trasy. Nie bawiłem się w dokładne liczenie kilometrów, a wszystko wydawało się w zasięgu ręki. Tymczasem było to około 130 kilometrów. Jak zwykle najbardziej nużąca jest jazda po autostradzie. Szybko, ale bez szczególnych widoków. Tam gdzie wjeżdża się między wioski, prędkość spada, lecz z korzyścią dla zmysłów.

F 55

Na południowo – zachodnim cyplu Portugalii znajdują się dwa skaliste przylądki: Sagres oraz Świętego Wincentego. Sagres był naszym pierwszym celem.

Było już późne popołudnie, kiedy dotarliśmy na miejsce.  Trochę opustoszałe zapewne nie tylko ze względu na porę dnia lecz także i zgoła nie urlopowy sezon. Zaparkowaliśmy i zaraz podeszliśmy do położonego kilkanaście metrów od parkingu urwiska. Co za widoki! Co za kolory!

F 56

Nie chcieliśmy schodzić w dół bo po pierwsze nie mieliśmy aż tak wiele czasu, a po drugie wąska ścieżka obniżająca się wzdłuż urwiska niekoniecznie musiała być bezpieczna, a my mieliśmy wciąż przed oczami relacje z wypadku polskich turystów w Portugalii, którzy spadli w przepaść latem tego roku.

Dostępu na przylądek strzegła potęzna twierdza. Gdzie nie budować fortecy jeśli nie w tak niedostępnym miejscu? Inna sprawa, że trzeba byłoby byc szaleńcem, żeby ją atakować. Czy nie prościej po prostu zastosować taktykę oblężenia, a niedostępny przylądek ominąć poza zasięgiem dział?

W dzisiejszych czasach na szczęście wejście na teren twierdzy jest znacznie prostsze. Wystarczy trzy euro od osoby. Kupujemy bilety i już.

F 57

Zwróć Czytelniku uwagę na ludzi po prawej stronie powyższego zdjęcia. To nie turyści lecz wędkarze. O nich potem.

Jeśli zapłaciliśmy za wstęp, to najpierw zobaczymy co widać z murów.

F 58

A widoki były przednie. W jedną stronę na teren przylądka z odrobinę samotną sylwetką niewielkiego kościoła p.w. Matki Boskiej Łaskawej. To oprócz samej twierdzy chyba jedyny zachowany obiekt, który oparł się zdobywcom twierdzy (bo tacy się znaleźli) oraz trzęsieniu ziemi.

F 59

Widok w kierunku lądu to m.in. wielkie fale obmywające pobliską plażę ukrytą między skałami. Coś dla surferów.

F 60

Z twierdzy ruszyliśmy ku właściwemu przylądkowi, wzdłuż skalistych urwisk zabezpieczonych przed natrętnymi gośćmi, dla ich własnego bezpieczeństwa najpierw murowanym ogrodzeniem, a dalej drewnianym płotem.

F 61

I znów popatrz Czytelniku na prawą stronę powyższego kadru. Widać na nim skalny nawis. To cała kwintensencja niebezpieczeństwa tego typu terenu. Spacerujący na górze nie widzą co tak naprawdę znajduje się pod ich stopami. Myślą, że wciąż są na wysokim klifie, a tak naprawdę stąpają po wysuniętej półce. Gdyby to była lita skała to pół biedy. Te zaś są silnie zerodowane wystawione na połączone działanie sztormowych wiatrów, fal i opadów. Nikt nie wie kiedy się ukruszą. Tak prawdopodobnie zginęło polskie małżeństwo, które zapragnęło zrobić sobie zdjęcie na skraju przepaści, co prawda nie tutaj, lecz na Cabo da Roca, lecz warunki w obu miejscach są podobne.

F 63

O erozji gruntu i zakazie wychodzenia poza ogrodzenie informują liczne tablice.

F 64

I co? Co tam zagrożenie życia, kiedy można z takiego miejsca złowić smaczną rybkę na kolację. Pamiętasz Czytelniku owych wędkarzy wychodzących z twierdzy? To zapewne koledzy owego pana na poniższym zdjęciu.

F 62

Gdyby go spytać czy to bezpieczne, zapewne odpowiedziałby, że nie ma się czego bać, ponieważ on w tym miejscu łowi od lat i nic się nie wydarzyło. Zapewne nigdy nie słyszał, że kropla drąży skałę, a jeśli nawet słyszał, to wie, że na pewno nie tą, na której on stoi.

F 72

F 50

Jak bardzo erozja toczy ów klif świadczą chociażby jaskinie, do których wejście znajduje się dobre kilkadziesiąt metrów od krawędzi. Dna jednej z nich nie widać, ale słychać doskonale dobiegający z głębi szum fal, co świadczy o tym, że wylot znajduje się gdzieś nad powierzchnią oceanu.

F 66

Inna jaskinia, nieco płytsza oferuje okno z widokiem na ocean bez konieczności opuszczania się wgłąb.

F 67

Słońce powoli kończyło swoją dzienną wędrówkę po nieboskłonie i lada chwila miało zatopić się gdzieś hen za krańcem oceanu. Stosunkowo gładka powierzchnia wody zaczęła się nagle marszczyć, a tu i ówdzie pojawiły się grzywacze.

F 65

Jak bardzo wzmógł się wiatr było widać też na niebie, po którym ciemniejące obłoki pędziły jak zwariowane.

Zapadał zmierzch. Latarnia Sagres zaczęła błyskać czerwonym światłem. Daleko, białym światłem przypominała o sobie latarnia Cabo de Sao Vincente.

F 51

Chciałem tam pojechać koniecznie nawet jeśli miałbym to zrobić w ciemnościach. Tyle razy przepływałem tamtędy i tyle razy określałem na wachtach pozycję statku z namiarów na owe przylądki i odległości od nich. Tyle razy obserwowałem je przez lornetkę i nawet nie marzyłem by kiedyś tam się znaleźć, bo wówczas wydawało mi się to zupełnie nierealne.

Przylądek Cabo de Sao Vincente nosi wśród marynarzy miano Przylądka Ciepłych Gaci. Ci, którzy z południa zdążali ku portom zachodniej i północnej Europy, tutaj żegnali się z lekką odzieżą i wyciągali z szaf  ciepłe gacie.

Zmierzch zapadał szybko. Do Cabo de Sao Vincente było zaledwie kilka kilometrów, lecz kiedy tam doatrliśmy zrobiło się zupełnie ciemno.

F 52

Za to wiatr wzmógł się jeszcze bardziej. Dojechaliśmy do końca drogi, do miejsca gdzie znajduje się niewielki parking. Wyłączam silnik. Słychać tylko szum omiatającego skały wiatru. Samochodem szarpią nadchodzące czasem szkwały. Słupy ze zankami drogowymi chwieją się smagane podmuchami. Trzeba wyjść. Po to tu przyjechaliśmy. Otwieram drzwi i nagle silny szkwał wyrywa mi je z ręki. Z całym impetem otworzyły się, aż zawiasy jęknęły. Przez chwilę oczyma wyobraźni widziałem jak ten drzwiowy żagiel urywa się pod naporem podmuchu, ale na szczęście pracownicy Fiata wykonali swą robotę solidnie. Zawiasy wytrzymały, a ja rzuciłem się, by szybko je zamknąć. Zastanawialiśmy się, czy w tej sytuacji wychodzić na klif, tym bardziej, że byliśmy tam praktycznie sami. Ktoś pewnie znajdował się za murami ogradzającymi latarnie morską. Postanowiliśmy spróbować, ale najpierw należało przestawić auto tak, by wichura zamykała drzwi, a nie wyrywała ich.

A potem zrobiliśmy zdjęcia przy tablicy z nazwą miejsca.

F 68

Był tam też jeszcze bar.Być może ten z ostatnimi bratwurstami przed Ameryką, jak głosił opis na mapie Google, chociaż nie chce mi się wierzyć, by akurat ta buda znalazła się na mapie. Wczęsniej przy drodze prowadzącej do latarni były tez inne. Ten natomiast z pewnością był ostatni, nawet jeśli nie oferował bratwurstów.

F 69

F 71

Za barem i za fragmentem muru można było schować się i nieco dłuższym czasem migawki zrobić bardziej doświetlone zdjęcie latarni. Tylko w tej niszy wiatr pozwalał utrzymać aparat w miarę stabilnie.

F 70

Jeszcze tylko rzut oka na mapę, na której niebieska kropka naszej pozycji niemal pokrywa się ze znacznikiem przylądka. Jesteśmy tu! A teraz pora wracać, bo czekało nas sto trzydzieści kilometrów drogi powrotnej do Olhao.

F 53

Gdańsk, 04.12.2014; 23:05 LT

Komentarze