PORANEK PO SZARPANEJ NOCY

Trochę sie dziwiłem, że noce mijały mi tak spokojnie. No to dziś rozsypał sie worek z telefonami. Miałem ich w nocy chyba z pięć. Na dodatek średnio raz na półtorej godziny zaczynał straszliwie harczeć wpadający w rezonans klimatyzator. Wystraczyło ruszyć lekko pokrętło, by wracał do normalnej pracy, ale po kilkudziesięciu minutach znów wydawał z siebie jęk podobny do wydawanych przez stare rury. W końcu coś tam wyłączyłem po omacku, że przestał działać w ogóle. Jęki ustały, ale nad ranem zrobiło się bardzo zimno (oczywiście jak na warunki kalifornijskie). Krótko mówiąc noc, po której miałem wstać rześki jak skowronek, by kontynuować podróż do San Francisco, sprawiła, że najchętniej rano w ogóle bym z łóżka nie wychodził. Czeka mnie jednak kilkaset kilometrów jazdy więc nie ma co się ociągać.

Na dodatek w wieczornym korku na autostradzie wylotowej z Long Beach wjechałem w tył jakiegoś auta przede mną. Mam więc dodatkową papierkową robotę do wykonania. Gdybym poleciał samolotem, siedziałbym już sobie w hotelu w San Francisco, odsypiał zarwaną noc i nie miał zmartwień związanych ze stłuczką.

Nie miałbym też jednak i przygód, a te sa przecież solą każdej podróży. No to w drogę!

Oxnard, 12.12.2006; 08:30 LT

Komentarze