PLAC ZBAWICIELA

              

Nie wiem, co napisać. Wciąż nie mogę otrząsnąć się po projekcji „Placu Zbawiciela”. Niewiele tak brutalnych filmów udało mi się w życiu obejrzeć. Nie, nie było tam, policji, prawie nie było mordobicia, niewiele wulgaryzmów, a wykreowany obraz był tak odrażający, że chciało się wyjść juz w połowie seansu. Prawde mówiąc, w owej połowie seansu wydawało mi się, że to juz prawie koniec, bo przecież ile można ciągnąć taką historię. Ludzka pomysłowść, jak widać nie zna granic. Będę głęboko się zastanawiać, czy polecić ten film swoim dzieciom, które niedługo będą kończyć gimnazjum. Jest bardziej wstrząsający niż wszystkie hollywoodzkie horrory razem wzięte. A najgorsze, że jest to film o każdym z nas. O przecietnej rodzinie, która swoje małe wojny skrzętnie ukrywa przed wścibskim okiem sąsiadów, piekło gotując sobie dopiero kiedy nikt nie widzi. Dla mnie najbardziej wstzrąsające były chyba sceny, kiedy wspaniałe, mądre, rezolutne dzieciaki z dnia na dzień staczały sie w przepaść pozostawione same sobie. Okropność.

Nie mogę zrozumieć tylko jednego. W rozmaitych artykułach czytałem o przemianie na lepsze głównego bohatera w końcowych scenach. Mój Boże, co to za przemiana? Że wziął winę na siebie? A co to zmienia? Wystarczyło popatrzeć na jego (byłą?) żonę na sali sądowej. To był już tylko wrak człowieka. Podarował jej wolność, ale życie zniszczył. Ocalił swój honor. Może bardziej dbał o siebie niz o nią? Czuł, że jej nieszczęście będzie się ciagnąć za nim do końca życia więc szukał taniego odkupienia swoich win? Zreszta nieważne. W sytuacji, w jakiej znalazła się ta rodzina dobrego wyjścia juz nie było.

I tylko jedna myśl mi chodzi po głowie. Ów wstrząsający ciąg zła mozna było przerwać gdyby nie zabrakło odwagi. Myslę o głównej bohaterce. Nigdy nie jest tak strasznie by nie dało się podnieść. Wystarczyło przecież w porę opuścić nienawistny dom i udać się dokądkolwiek. Przecież nawet kloszardzi wiodą życie lepsze niz zgotowano jej w „normalnym i kulturalnym” domu. A przecież kobiecie z dwójką dzieci ktośby w końcu pomógł. Dla mnie jest ona kompletnym przeciwieństwem Scarlett O’Hara, która leżąc niemal na łopatkach pogtrafiła powiedzieć „przecież świat się jutro nie kończy”. W tym filmie bohaterka nawet nie próbowała walczyć, jeśli nie liczyć upokarzającej szarpaniny ze swoim nieczułym mężem, który właśnie odchodził do innej. Niestety, taka jest rzeczywistość. Tysiace kobiet bitych i upokarzanych co dnia nie jest w stanie powiedzieć „dość!” a nawet gotowe są bronić swojego tyrana przed policją. Niezbadane są ścieżki miłości i niezbadane są meandry kobiecej wrażliwości.

Ciężko mi sie skupić bo piszę o filmie w przerwach między jednym telefonem na statek a drugim. Wydazrzyła sie im poważna awaria prądnicy i złapali mnie zaraz po filmie (na seansie na szczęście nie bo wyłączyłem komórke). Zamiast się więc skupić na tekście, koordynuję akcję serwisową. Może to i lepiej, bo po takim filmie to dół psychiczny na cały wieczór murowany.

Gdynia, 14.09.2006; 23:05 LT

Komentarze