OWSIAK BEZ GŁOSU


Po przyjeździe do Gdyni późnym wieczorem tradycyjnie już oglądałem transmitowane ostatnie minuty kolejnej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Struny głosowe Jerzego Owsiaka odmówiły posłuszeństwa i wydawało się, że Wielki Dyrygent nie będzie w stanie doprowadzić programu do końca o własnych (głosowych) siłach.

Wytrwał jednak, a Orkiestra biła kolejne rekordy.

– Nie o rekordy chodzi, lecz o to, że byliśmy razem – powiedział pod koniec programu jego lider.


Myślę, że to jedno zdanie mogłoby wystarczyć za całą charakterystykę owego polskiego fenomenu. Byliśmy razem. Starzy i młodzi, wierzący i niewierzący, lewicowi i prawicowi, milionerzy i bezrobotni. My, naród.

Oczywiście gdzieś tam zawsze dochodzą pomruki, że to wszystko nie tak, że ciemne interesy… Bywa, że szczególnie głośno ujadają ci, którzy sami miewają kłopoty z rozliczeniem zebranych przy innych okazjach środków. Bez tego jednak nie byłoby polskiego piekiełka. Ot taki nasz folklor, na szczęście również jako skansenowa osobliwość traktowany.

Niewiele mamy ludzi o tak wielkiej charyzmie jak Jerzy Owsiak. Facet, który pokazał, że jak się bardzo chce, to można wszystko. Jeden z niewielu, który łączy zamiast dzielić. Ile ludzi zawdzięcza mu życie? Nikt tego pewnie nie liczył bo też i szacować trudno. Przecież nie tylko o zakupiony sprzęt chodzi.A akcje edukacyjne? Ile ludzi własnie dzięki WOŚP dowiedziało się na czym polega udzielanie pierwszej pomocy i wykorzystało to w krytycznych momentach?


Orkiestra zagrała po raz osiemnasty. W takim wieku można już bez nadużycia mówić o tradycji. Pięknie się więc wpisuje w bożonarodzeniową tradycję. Najpierw jesteśmy razem na święta, w Wigilię, potem wszyscy składamy sobie życzenia szczęśliwego nowego roku, a niedługo później znów jesteśmy razem, w znacznie szerszym pojęciu, by w nastroju karnawałowej zabawy zrobić coś dobrego dla nieznajomych, dla sąsiadów, a być może nawet i dla siebie.

Niech gra Orkiestra do końca świata i jeden dzień dłużej, ale przede wszystkim niech nam żyje Jerzy Owsiak i jak najdłużej uczy nas by „miłować bliźniego swego jak siebie samego”. Jego działanie sprowadza się w dużej mierze do tego właśnie drugiego przykazania miłości. Osiemnaście lat minęło, a ja wciaż nie mogę się nadziwić, że mimo to z dużą rezerwą, by nie powiedzieć chłodem owo szlachetne granie jest przyjmowane przez Kościół mający w gruncie rzeczy podbną (choć oczywiście znacznie szerszą) misję.

Gdynia, 11.01.2010; 01:10 LT

Komentarze