Od misji do misji

W Port Canaveral postawiłem nogę na lądzie. Symbolicznie, ale zawsze. Udało mi się wpaść na chwilę do Seamen’s Clubu – jedengo z całej sieci rozsianej po świecie, a prowadzonej przez rozmaitych chrześcijańskich misjonarzy. Mieli komputer z dostępem do internetu, więc mogłem hurtem wrzucić wpisy do bloga za ostatnie kilka dni. Niestety, zaraz potem musiałem wracać na statek, bo mieliśmy płynąć dalej. Na odchodnem dostałem polskojęzyczną wersję Nowego Testamentu. Mam więc znów co czytać.

W coraz bardziej uprzemysłowionym świecie, gdy wielkie porty leżą daleko od miast, odgrodzone od normalnego świata węzłami autostrad i linii kolejowych, całkowicie nieprzyjazne wobec przybysza pozbawionego samochodu, misje ulokowane w okolicy terminali są jedynym miejscem, gdzie można skorzystać z telefonu lub internetu, poczytać coś, zagrać w bilarda, wysłać list, zrobić podstawowe zakupy. Dla chętnych odprawiane są tam msze. Przed świętami Bożego Narodzenia misjonarze odwiedzają statki i obdarowują załogi drobnymi upominkami przygotowanymi przez parafian. Taki miły gest, żeby marynarze nie czuli się samotni i zapomniani w obcym porcie. Swego czasu dość długo korespondowałem z pastorem z Liverpool, a zaczęło się właśnie od takich paczek. Były w nich przeważnie jakieś papeterie, długopis, czasem batonik albo jednorazowa maszynka do golenia i czapka zrobiona na drutach. Zawsze dostawało się tę czapkę i to był podstawowy upominek. Widać idea była taka, że przede wszystkim parafianie (a raczej parafianki, bo który z facetów umie robić na drutach?) musieli coś zrobić samemu, a nie pójść na łatwiznę zakupu jakiegoś drobiazgu w sklepie. Pastor prosił o jakiś znak dla parafian, żeby poczuli, że ich akcja ma jakiś sens. Wysłałem im kartkę z życzeniami oraz list z podziękowaniem od załogi. Potem on mi odpisał i tak ciągnęło się przez kilka lat, podczas których zawsze zapraszał mnie w odwiedziny gdyby jakis rejs powiódł mnie ku ujściu rzeki Mersey. Niestety, nie udało się, a z czasem wymiana e-maili umarła smiercią naturalną.

Pokładowy ładunek drewna udało się wyładować szczęsliwie i bez strat.

Dziś w nocy dotrzemy do Wilmington. Półtorej doby postoju. Całkiem sporo jak na obecną podróż. Tam też jest domek Misji. Mają tam fajnego kota. Pieszczoch. Siedziałem w fotelu czytając jakieś czasopismo o historii USA, a kocur bezceremonialnie wlazł na stół i mruczał z zadowolenia gdy go drapałem za uchem.

Potem już tylko Savannah, teoretycznie ostatni port. Teoretycznie. Dostałem bowiem wiadomość, że zmówiony nurek niewiele będzie mógł zdziałać w zamulonej i wartko płynącej rzece. Zaproponowali, by statek w drodze o Panamy zatrzymał się na redzie Miami. Ponieważ będzie już odprawiony więc naprawa pod wodą będzie możliwa, ale nikt nie będzie mieć prawa wejść na pokład statku. W związku z tym mam zmustrować w Savannah, do Miami polecieć samolotem, a potem dołączyć do ekipy nurków i obserwować wszystko z ich łodzi. Hm, znów spojrzałem w kalendarz i na kolejny weekend, 20-22 maja. Jeszcze jest czas, jeszcze drobny zapas został, ale rezerwa się kurczy. Poza tym do wybrzeży USA niebezpiecznie zbliża się podążający od strony Japonii inny „mój” statek. 19 maja mają być w San Francisco. Jeszcze trochę i dyrekcja gotowa wpaść na pomysł, ze skoro już jestem w Ameryce, to mógłbym zobaczyć co słychać u tamtych. Tym bardziej, że polityka jest taka, zeby raz na trzy miesiące wpaść na statek z gospodarską wizytą. Tfu, tfu, tfu, trzy razy przez lewe ramię…

Atlantyk, 10.05.2005

Komentarze