Nocny Maraton Blogerów (4) NARESZCIE BEZ POZCUCIA WINY

Właściwie to planowałem, że zacznę pisać własnie od tego tesktu. Jest to jeden z tych niewielu wieczorów, kiedy piszę bloga bez nawet minimalnego poczucia winy. Cierpiąc na notoryczny brak czasu ilekroć zasiadam przed kompem tak po prostu dla przyjemności, mój Anioł Stróż (nie mylic z Aniołem) zdziela mnie rózgą po grzbiecie, patrzy z wyrzutem, i nie musi nic mówić. Jego oczy są niemym komunikatem:

– Znów nic nie robisz. Biurowe raporty czekają. W takim tempie nigdy ich nie skończysz. Mieszkanie pokrywa coraz większa warstwa kurzu, okna od dawna proszą się o wymianę, rzeczy zamiast w szafie (niezmontowanej jeszcze, walają się upychane po kątach, wiśniowa nalewka wciąż nie przelana ze słoja do butelek! Człowieku! A ty bloga piszesz?

I już, już gotów jestem przełączać sie na serwer biurowy, chwycić w międzyczasie za odkurzacz (zanim za siódmym podejściem uda się połaczyć z vpn), porzucić pisanie do nastania lepszych czasów, gdy wtedy diabeł stróż zaczyna szeptać:

– Biuro i sprzątanie nie uciekną. Może nalewki trochę szkoda, ale przeciez możesz ją pić ze słoja, a pestki wypluwać. Pisz jak masz ochotę, nie łam się.

No i zawsze tak jakos mnie omami, że wydaje mi się, że zdąże i z blogiem i z czym innym. Kiedy jednak stawiam ostatnią kropkę, to już prawie śpię na klawiaturze. I znów mi przykro, że nic pożytecznego nie zrobiłem.

A dziś? Specjalnie do Warszawy przyjechałem, żeby od osiemnastej do szóstej niczym innym sobie głowy nie zawracać. Jaka ulga! Obydwa stróże mają do rana wolne.

Warszawa, 17.10.2009, 20:35