MAŁA MOSKWA

  

Po powrocie, jężeli miałem coś obejrzec w kinie to oczywiście laureata ostatniego Festowalu Polskich Filmów Fablarnych w Gdyni. Tak się bowiem złożylo, że kilka dni wcześniej na ekrany weszła „Mała Moskwa” Waldemara Krzystka.

Melodramaty nigdy nie aspirowały do salonów sztuki. Zapewne z tej przyczyny werdykt wrześniowego festiwalu uznano za wielce kontrowersyjny. Oprócz „Rysy” nie widziałem żadnego z prezentowanych wtedy filmów, więc nie powinienem zabierać głosu w tej sprawie.

Co zaś się tyczy melodramatów… „Przeminęło z wiatrem”, „Titanic”, „Love Story” przeszły do historii kina, mimo ze ten ostatni to był najzwyklejszy wyciskacz łez nie oferujący nic poza tytułową opowieścia o miłości. Opowieść o miłości, zwłaszcza ta nakręcona dobrze zazwyczaj sprzedaje się dobrze i wbrew obiegowej opinii na łaskawość jurorów liczyc może także.

„Mała Moskwa” ma wiele atutów. Przede wszystkim opowiada o miłosci zakazanej przez prawo, a takie płomienne uczucie nie zważające na zakazy tworzone przez potęzne siły rzadzące danym srodowiskiem to temat samograj.

Miłość polskiego żołnierza i Rosjanki, która do Polski przyjechała z mężem od poczatku musiała byc skazana na kłopoty. Komunistyczne władze, mimo naboznej czci oddawanej internacjonalizmowi tak naprawdę bardzo niechętnie przyjmowały zagraniczne znajomosci swoich obywateli. Historii podobnych do tej było bardzo wiele. Sam słuchałem kiedyś w Hajfongu opowieści pewnego Wietnamczyka nazywanego „Starym Polakiem”. Który orzed laty studiował w naszym kraju. Opowiadał jak został przez wietnamskie władze wezwany do ojczyzny, kiedy zakochał się w Polce i łaczące ich uczucie przestało byc tajemnicą. Dziewczyna ponoć stała na torach i nie chciała przepuścić pociągu, którym miał odjechać. Nawet jeśli „Stary Polak” podrasował nieco tę opowieść, by wyglądała bardziej widowiskowo, to przecież wiemy że tak bywało naprawdę.

Drugim interesjącym watkiem filmu była Legnica, zwana wtedy małą Moskwą. Miałem okazję wielokrotnie przejeżdżać przez to miasto, lecz już po wycofaniu wojsk radzieckich z Polski. Nie doświadczyłem więc owej specyficznej atmosfery. Atmosfery polsko-radzieckiej przyjaźni manifestowanej w oficjalnych okolicznościach oraz nieufnosci a czasami wręcz niechęci na codzień. O ile sama „love story” poprowadzona została bardzo sprawnie, to wątek legnicki budziłe we mnie pewein niedosyt. Owszem, trafiały się ciekawe ujęcia, jak to pokazujace przyjazd kolejnej grupy radzieckich żołnierzy (bramy, płoty, szlabany, szczelnie odseparowujące tamto wojsko od obywateli sojuszniczego przecież kraju), potajemny chrzest dziecka przywodzący na myśl nie tak dawne jeszcze szmuglowanie Żydów podczas niemieckiej okupacji, wspólna egzystencja Polaków, nowych gospodarzy tego miasta, nielicznych Niemców, którzy po woojnie tu pozostali i walczących o pokój Rosjan, atakujących pobliską Czechosłowację i z charakterystyczną dla biorących łup zwyciężców nutką pogardy traktujących mieszkańców.To wszystko mogły być historie same w sobie, a w filmie ledwie liźnięte przez pojedyńcze sceny.

Idąc na ten film obawiałem się bardzo schematycznego przedstawienia głównych bohaterów. Ściślej – obawiałem się, ze Rosjanie dostaną role schwarzcharakterów. Na szczęscie tak się nie stało. Jurij, który miał prawo znienawidzić Polaków, kiedy jeden z nich uwiódł mu żonę, daleki jest od nienawiści. Jego miłość do żony przetrwała zresztą i tę trudną próbę jej słabości.. Stąd upokarzające lecz i w jakiś sposób męskie zarazem zaopiekowanie się kobietą, która chociaż niby jego, wychodziła ze szpitala z owocem innego zwiazku na rękach. Stad wizyta na jej grobie po latach.

Małzeństwo w głebokiej tajemnicy chrzczące swoje dziecko to ku zdumieniu przyzwyczajonych do stereotypów widzów nie zadne komunistyczne potwory bez sumienia, lecz zwykli ludzie wbrew ich woli wplątani w szaleńczą wizję budowy nowego społeczeństwa.

Reakcja radzieckich władz na niewygodną miłość głównych bohaterów, była taką, jaką starsze pokolenie doskonale pamięta z wielu innych przypadków, a więc typowa.

Reakcja rodem z „Roku 1984” Orwella. Jednostka musi się podporządkować dziwacznym regułom stworzonym gdzieś za biurkami partyjnych dygnitarzy. Zbuntowani kochankowie niczym ci u Orwella próbują przetrwać w tym świecie pełnym świdrujących spojrzeń i podsłuchów. Próbują walczyć o godność, lecz to co im wydaje się kolejnym kroczkiem do zwycięstwa, jest jedynie efektem pobłażliwego, laskawego traktowania przez władze. Pobłażliwego tak długo, dopóki nie stanie się to niewygodne. Jeśli wbrew ostrzeżeniom nadal są krnąbrni, przychodzi czas na rozwiazanie ostatetczne.

Reasumując, myślę że dość liczna krytyka filmu jest nieco przesadzona. Mozliwe, że nie będą to Lwy Lwów – laureat festiwalu wciąż wspominany po latach, ale na pewno dobry film i uniwersalny, zrozumiały bez specjalnego przygotowania na całym świecie.

 

Gdynia, 10.12.2008; 01:05 LT

Komentarze