LOTNISKO W HONG KONGU

Kiedy nie ma się tyle czasu, by wyjść poza obręb lotniska, a stanowczo za wiele na zwykłą przesiadkę, można spokojniej poobserwować co dzieje się dookoła.

Uwielbiam atmosferę dworców, przystani i lotnisk. Wodzą na pokuszenie by rzucić kiedyś wszystko pójść, pojechać, popłynąć, polecieć hen daleko przed siebie, bez wyraźnie określonego celu. Bez zegarka i planu podróży w kieszeni… Każda podróż, nawet ta najbliższa, to obietnica przygody, bo właśnie tam za rogiem następnej ulicy, za rogatkami miasta może zdarzyć się coś niezwykłego. Kto wie, może właśnie tam pewnego dnia ku totalnemu zaskoczeniu, na naszych oczach wyląduje UFO? A może właśnie zobaczymy tajemniczego Banksy’ego, malującego anonimowo na murach nie szpetne bazgroły, lecz prawdziwe dzieła sztuki? Pisał o nim Newsweek w numerze 9/2010. Cały świat rad by się dowiedzieć co to za artysta, którego „rozdawane” anonimowo dieła osiągają wartości dziesiątek tysięcy dolarów. Nie wiedzieli o tym pewni państwo, którzy oburzeni malunkiem, jaki pojawił się w nocy na murze ich domu, szybko usunęli dzieło mistrza, tracąc szansę na pokaźną gotówkę. Nigdy nie wiemy kiedy wybije nasze pięć minut. Ci państwo nawet nie musieli wychodzić z domu. Przygoda przyszła do nich sama.

Moją przygodą na lotnisku w Hong Kongu było pierwsze w życiu ujrzenie na żywo największego samolotu świata – airbusa A380.

A380   01

O ile dobrze pamiętam, pierwszy, seryjny egzemplarz trafił do Singapore Airlines. I właśnie samolot tych linii zatrzymał się przy jednej z bramek terminala, na którym się znajdowałem.

Same jego silniki wyglądają potężnie w zestawieniu z sylwetką człowieka.

A380   02

Gdy tylko pasażerowie opuścili samolot rozpoczęło się jego opróznianie, sprżatanie i zaopatrywanie na następną podróż. Obsłużyć takiego kolosa to też jest logistyczne wyzwanie. Przecież aby zarabiać, musi czym prędzej polecieć w następną podróż. Nie może czekać pół dnia.

A380   03

A380   04

Na lotniskach są nie tylko bramki i sklepy. Czasem można trafić na koncert albo wystawę… W Hong Kongu firma Omega zorganizowała w ramach autoreklamy niewielką ekspozycję poświęconą pomiarom czasu na zimowych igrzyskach olimpijskich.

Omega 04

Można tam było obejrzec specjalne walizeczki z komputerami, które dokonywały stosownych pomiarów. Dzięki eksponatom i fotografiom można było prześledzić rozwój tej niezwykle ważnej dla sportu dziedziny, której rozwój przez lata był sciśle związany z logo firmy, będącym po prostu grecką literą omega. Z nich dowiedziałem się na przykład, że po raz pierwszy taki komputer połączono z wielką tablicą świetlną podczas igrzysk w Innsbrucku.

Omega 03

Dzięki niej widzowie mogli na bieżąco obserwować upływ czasu i porównywac go z najlepszymi rezultatami. To była zupełnie nowa jakość w odbiorze rywalizacji. Przedtem przez cały bieg albo zjazd tylko koneserzy wyposażeni w stopery byli w stanie zorientowac się czy dany zawoednik jest lepszy, czy gorszy od prowadzącego. Pozostali musieli czekać do końca, aż oficjalnie ogłoszono zmierzony czas.

No dobrze, to na stadionie. A w telewizji? Telewizja dopiero raczkowała. Pierwsze transmisje z olimpiady pojawiły się w Polsce w 1968 roku. Na pewno były to relacje z letnich igrzysk w Meksyku. Nie wiem czy pokazywano coś z zimowej rywalizacji w Grenoble.

Niektóre kraje jednak transmitowały już te o cztery lata wcześniejsze zawody. Z myślą o nich, już w 1962 roku wprowadzono technologię wyświetlania numeru zawodnika, aktualnego czasu i mozliwości porównywania go z innymi.

Omega 05

Czterdzieści osiem lat. Gdy porównuje się z uśmiechem na ten zabytkowy telewizor z niewielkim ekranem i dość topornymi napisami z dzisiejszymi płaskimi wielkogabarytowymi odbiornikami HD z kolorowym ekranem LCD, widać jak wielką drogę przeszliśmy. Ciekawe jak wygladac media za nastepne czterdzieści lat, bo co do tego że nasze dzisiejsze cuda techniki będą wzbudzać wtedy uśmiech politowania, nie mam watpliwości.

Przy okazji tej wystawy mogłem po raz pierwszy z bliska zobaczyć najprawdziwszy bobslej.

Omega 01

Taki bobslej, na który cztery latat temu nie było stać naszej reprezentacji i musiała na przejazd pożyczać go od Rosjan albo Duńczyków.

Z ciekawością zajrzałęm do środka.

Omega 02

Hm, no nie wiem…. Rozczarowanie to mało. Jeżeli to jest prawdziwy bobslej, a nie atrapa, to doprawdy nie wiem dlaczego kosztuje aż czterdzieści tysięcy dolarów.

Z tymi wątpliwościami poszedłem w kierunku mojej bramki, ponieważ zbliżał się już termin boardingu.

Na wielkich lotniskach trzeba stale być czujnym i najlepiej nie zastanawiać się w którym rejonie portu znajduje się dana bramka, lecz po prostu szukać prowadzących do niego strzałek. Szukanie „na czuja” to najprostsza droga by zabłądzić. Ja miałem zgłosić się do bramki 524, więc udałem się schodami w dół.

Hk 01

Dopiero wtedy zorientowałem się, że pode mną rozpościera się prawdziwa studnia. Zdawało mi się, że jestem dość nisko, a tymczasem zjeżdżałem z szóstej kondygnacji.

Hk 02

Zawsze jestem pełen podziwu nad sprawnością, z jaką kierowane sa ogromne potoki ludzkie w takich molochach. Wielotysięczne tłumy każdego dnia i wszyscy przemieszczaja się głównymi arteriami, rozdzielaja na mniejsze, trafiaja do właściwych bramek, odlatują, z innych bramek wysypuja się nowi… Dopiero gdy w tym logistycznym łańcuchu zerwie się jakieś ogniwo – załamanie pogody, awaria komputerów, wymuszone drobiazgowe kontrole – wtedy w telewizji ogląda się te same tłumy koczujące bezradnie w zastygłych w bezruchu terminalach.

Tak rozmyślając przemieszczałem się po strzałkach między poszczególnymi poziomami niczym nie mająca wpływu na swój los zaadresowana przesyłka. Należało mieć tylko kartę pokładową i paszport w pogotowiu. Tak zostałem z bramki 524 skierowany do odpowiedniego autobusu, który z kolei dowiózł mnie na peryferia lotniska, gdzie czekał maleńki embraer linii China Southern

Hk 03

Jakieś dwadzieścia minut później wzbijaliśmy się już w powietrze.

Hk 04

Hk 05

Kiedy chmury przesłoniły ziemię i widoki się skończyły, zdrzemnąłem się trochę, ponieważ minęła już dwudziesta piąta godzina mojej podróży i czułem się lekko zmęczony. Podróż z Hong Kongu do Zhanjiang trwała jednak tylko pięćdziesiąt pięć minut, więc siłą rzeczy nie był to przesadnie długi odpoczynek. Tym bardziej, że przez ostatnie dziesięć minut oglądałem już krajobrazy Chin kontynentalnych i oczywiście miasta, w którym lądowaliśmy. Widać było całe „jeszcze ciepłe” nowe dzielnice, powstające w szczerym polu. Domy świeże, ulice i chodniki wytyczone, ale trawa nie zdążyła jeszcze urosnąć.

Zhanjiang 01

Po paru chwilach kołowaliśmy już po pasie miejscowego lotniska.

Zhanjiang 03

Agent czekał i stosunkowo szybko dowiózł mnie na statek. Po drodze odprawił mnie na podróż morską i od tej pory nawet gdybym chciał, nie nie mogłem już wychodzić do miasta. Ale nie chciałem. Po pierwsze, było dość daleko, po drugie od razu wpadłem w wir stoczniowych przygotowań, a po trzecie mieliśmy odpływać następnego dnia.

Przesunęło się to potem o blisko dobę z powodu mgły. Kiedy troszeczkę odpuściła wypłynęliśmy na otwarte morze ku wschodzącemu własnie księżycowi.

Zhanjiang 04

Wkrótce po mgle nie było już w ogóle śladu.i płynęłiśmy dalej pod rozgwieżdżonym niebem.

Zhanjiang 06

Rzeka Jangcy, 05.03.2010; 23:40 LT