LINCOLN

Oglądając „Django” ostrzyłem sobie zęby na „Lincolna”. To miał być swoisty ciąg dalszy opowieści o schyłku niewolnictwa w USA. Polityczne intrygi w Kongresie, zakulisowe zdobywanie głosów. Smakowity kąsek kina akcji. Jeżeli do tego dodać nazwisko reżysera: Steven Spielberg, mistrza takiego właśnie kina, bilety można kupować w ciemno.

Zdziwiłem się, że na niedzielny, wieczorny seans w sopockim Multikinie tylko nieliczne bilety były sprzedane. Bez trudu otrzymalismy nasze zwyczajowe miejsca.

Wojna secesyjna powoli dobiega końca. Szala zwycięstwa coraz wyraźniej przechyla się na korzyść Północy. Jeszcze parę dni, a padnie Wilmington – ostatni morski port w rękach Konfederatów. Prezydent Abraham Lincoln próbuje drogą prawną osiagnąć to, o co od kilku lat toczyły się walki. Wierzy, że jeśli parlament uchwali ustawę znosząca niewolnictwo, wynik wojny zarazem przesądzi o losie współczesnych oraz przyszłych pokoleń czarnoskórych mieszkańców na całym obszarze ponownie zjednoczonego kraju. Wierzy, że ów akt osłabi morale przeciwnika i przyczyni się do symbolicznego, ale jednak skrócenia wojny. Z drugiej strony jego polityczni przeciwnicy niechętni rewolucyjnej idei uwolnienia  „gorszej” rasy usiłują udowodnić, że polityczna rozgrywka nie jest konieczna. Domagają się natychmiastowego podjęcia rozmów z przybywającą delegacją Południa i zakończenia wojny. Debatę o zniesieniu niewolnictwa chcą odłożyc na później. Prezydent zdaje sobie sprawę, że w pokojowych warunkach o radykalne zmiany będzie zdecydowanie trudniej. Zresztą w okresie, w którym toczy się akcja filmu, tez łatwo nie jest. Parlamentarna arytmetyka jest nieubłagana. Głosów brakuje. Trzeba je zdobyć. Do akcji ruszają współpracownicy Lincolna.

Zwycięstwo w tej rozgrywce wydaje się niemożliwe. Prezydent mógłby odpuścić. Jest bożyszczem tłumów. Zwycięska wojna przyniosła mu ogromną popularność. Mimo to, stawia wszystko na jedną kartę. Chce doprowadzic do końca swój polityczny program. Nawet ryzykując całym swoim autrytetem i grożącym odejściem w niesławie.

A jednak z każdą minutą oczy kleiły mi się coraz bardziej. Zachwycała mnie scenografia, wiernie odtworzone wnętrza, półmrok gabinetów oświetlanych świecami, lecz to wszystko tylko pogłębiało mój stan. Jeszcze chwila i głowa opadła mi po raz pierwszy.

Co się dzieje? Przecież to Spielberg i film, który tak bardzo chciałem zobaczyć. Wkrótce odpowiedziałem sam sobie. Niby temat samograj, a jednak zabrakło dramaturgii. Przypominał mi lekcję historii z podstawówki. Historyczne książki popularnonaukowe, artykuły w czasopismach czy dokumentalne filmy na kanałach „Historia”, które zdarzyło mi się czytać lub oglądać już w dorosłym życiu wciągały niczym najlepsza powieść. Z lekcji oraz szkolnych podręczników wiało nudą wkuwanych dat i kalejdoskopu faktów, które układało się na osi czasu bez większej znajomości związków przyczynowo-skutkowych.

Teraz czułem się podobnie. Spielberg być może włożył całą swoją wiedzę i reżyserski talent, by stworzyć dzieło ilustrujące ostatnie miesiące rządów szesnastego prezydenta. Zrobił to w sposób godny najlepszych dokumentalistów lecz mnie, człowieka wychowanego na innym kontynencie nie porwał swoją opowieścią. W toczących się podczas statycznych scen długich dialogach brakowało napięcia. Tylko z owych dialogów dowiadywałem się o postępie akcji. Trochę jak w niskobudżetowej produkcji, kiedy prawdziwą inscenizację zastępuje się gadulstwem.

Charakterystyczne, że nie owe polityczne gierki wybudziły mnie z letargu, lecz jego potyczka z żoną. Kiedy ich syn wbrew woli rodziców zaciąga się na wojnę, oszalała ze strachu matka i prezydentowa wytacza najcięzszą broń przeciwko swojemu mężowi. Zarzuca mu, niczym parlamentarna opozycja, że zamiast na rozmowach pokojowych z Południem i zaprzestaniu rozlewu krwi, skupia się na prawach niewolników przedłużając wojenne cierpienia. Teraz, kiedy każdego dnia zbłąkana kula może zabić na froncie ich dziecko, uchwalenie ustawy oznaczające skrócenie wojny jest sprawą ratowania mu życia.

– Zdobędziesz te głosy, albo…!!!  – rzuca mu w twarz tonem nie znoszącym sprzeciwu gdy już nawet on zaczyna wątpić w możliwość przechylenia przysłowiowego języczka u wagi. Należałoby przekonać jeszcze tylko kilka osób, lecz po tamtej stronie wydaje się być ściana, monolit nieczuły na jakiekolwiek propozycje Lincolna. Jednak jeśli mu się nie uda, a synowi stanie się coś złego, zona nigdy mu nie wybaczy.

To już nie jest polityczna walka. Teraz na szalę położono całe jego prywatne życie. Nagle film nabrał tempa, dramaturgii i trzymał w napięciu prawie do samego końca. Prawie, bo po uchwaleniu XIII Poprawki do Konstytucji, z akcji znów uchodzi powietrze. Tak jakby reżyser chciał pokazać, że adrenalina opadła, a prezydent jest zmęczony. Znów prawdziwą, filmową inscenizację zastępuje gadulstwo. Zamiast pokazywać, aktorzy opowiadają co się dzieje. Łącznie ze sceną finałową.

Pomimo siedmiu nominacji do Złotych Globów oraz aż tuzina do Oscarów, film był wielkim przegranym tej pierwszej gali. Zaledwie jedna statuetka (dla odtwórcy tytułowej roli, Daniela Dey-Lewisa) to grubo poniżej oczekiwań. Po obejrzeniu filmu nie jest to jednak dla mnie niespodzianką, chociaż ciekawi mnie, czy rozdanie Oscarów stanie się równie ponowną klapą dla twórców i producentów, czy może odwrotnie: wielkim powrotem w chwale po przegranej pierwszej bitwie?

Gdańsk, 06.02,2013; 23:50 LT