LAZUROWE WYBRZEŻE (1) – MUZEUM RENOIRA

Ponoć Vincent van Gogh sprzedał za swojego życia tylko jeden obraz. Ten, którego obrazy budzą dziś największe pożądanie, i do którego muzeum w Amsterdamie stoją pokornie ogromne kolejki turystów, żył w ubóstwie i dawał sobie radę głównie dzięki mniej lub bardziej dyskretnej opiece swojego brata Theo. Mozart, geniusz muzyki został pochowany w bezimiennym zbiorowym grobie, o czym opowiada przemująca finałowa scena filmu „Amadeusz” Milosa Formana. August Renoir w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku, czyli gdzieś przed trzydziestką nie miał pieniędzy na farby. Nie wiem czy, a jesli tak to ile sprzedał wówczas obrazów, lecz nie było to zajęcie, z którego mógł godnie się utrzymać. Jest to zawsze jakaś nadzieja dla dzisiejszych artystów, ktorzy nieodkryci wciąż czekają na swoje pięć minut. Życzę im, by stało się to jeszcze za ich życia.
Renoir miał takie szczęście. Jego obrazy zostały przyjete na wystawę i znaleźli się chetni, aby je kupić. Potem już poszło trochę efektem kostek domina. Być może wpływ na poprawiającą się błyskawicznie kondycję finansową malarza miało także jego zamiłowanie do portetów. Malował wiele kobiet, dzieci, scenek rodzajowych… Pejzaże znajdowały się gdzieś w dalszej kolejnści jego zainteresowań.
Jeden z moich ulubionych obrazów artysty to „Bal w Moulin de Galette”.

To dla niego w Paryżu wybrałem się w tamto miejsce, położone zresztą niezbyt daleko od słynnego „Moulin Rouge”. Obraz pochodzi z najlepszego okresu twórczości malarza, czyli z lat sedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku. Być może to właśnie coraz lepsza kondycja finansowa sprawiła, że znalazł się w tym czasie u szczytu swoich możliwości, a może na odwrót: to coraz lepszy warsztat przekładał się na pieniądze. Te zaś okazały się niezbędne w późniejszym okresie ponieważ na przełomie stuleci prekursorowi impresjonizmu zaczął coraz boleśniej dawać o sobie znać reumatyzm. By złagodzić objawy artysta musiał szukać cieplejszego klimatu i w 1907 roku kupił posiadłość Les Collettes w miejscowości Cagnes sur Mer. Tu mieszkał i tworzył aż do śmierci. Reumatyzm i choroba zwyrodnieniowa stawów nasilały się. Na fotografiach z ostatnich lat życia widać zdeformowane palce.

Pomimo cierpienia, artysta nie zaprzestał malowania. Nawet wtedy, gdy nie był w stanie już odpowiednio utrzymać pędzla i przywiązywał go do ręki. W latach sześćdziesiątych XX wieku miasteczko Cagnes sur Mer wykupiło posiadłość, by urządzić tam muzeum Renoira.

My mieszkaliśmy właśnie w Cagnes sur Mer, przy plaży, niedaleko lotniska, więc do muzeum mieliśmy bardzo blisko. Samochodem zajęło nam to mniej niż dziesięć minut i w pewne deszczowe popołudnie zajeżdżaliśmy do parku położonego na jednym ze wzgórz.

Dom artysty znajdował się nieco wyżej, natomiast przy wjeździe i kameralnym parkingu urządzono niewielki pawilon wejściowy, w który oprócz kas biletowych i szafek na podręczne bagaże (plecaki, torby i.t.p.) znajdował się tez niewielki, muzelany sklepik. Wszystko zaaranżowane tak, by pawilon w żaden sposób nie próbował zdominować oryginalnej architektury.

Alejką parkową w górę dotarliśmy do dwupiętrowego budynku w typowo śródziemnomorskich barwach znanych od Hiszpanii po Wlochy, czyli wszelkie odcienie beżu no i nieśmiertelne okiennice tak uwielbiane przez Mojego Anioła. Wózek musieliśmy zostawić pod dachem przed wejściem i z Frankiem na rękch ruszyliśmy na górę.

Pogoda była o tyle dobra do zwiedzania, że muzeum stanowiło naturalne schronienie przed deszczem, więc jedyne co nas limitowało, to godziny otwarcia. Był marzec, więc muzeum otwarte tylko do siedemnastej. W kwietniu i aż do jesieni godziny są wydłużone do osiemnastej.

Jesli ktoś ma taką mozliwość, to zaoszczędzi na biletach wybierając się do muzeum w pierwszą niedzielę miesiąca. Wtedy wstęp jest bezpłatny. Za darmo wchodzi też młodzież i to aż do 26 roku życia. Bardzo mi się ten system we Francji podoba. Trudno o lepszą zachętę do poznawania świata i poszerzania swojej wiedzy oraz zainteresowań niż darmowy wstęp do takich przybytków kultury, dla tej grupy wiekowej, która z oczywistych względów ma bardzo ograniczone fundusze. Już nie muszą wybierać, czy iść z przyjaciółmi na pizzę, czy do muzeum.

W domu Renoira zachowało się wiele z oryginalnego wyposażenia tamtejszych wnętrz. Zwiedzanie jest więc swoistą podróżą w czasie również dla tych, którzy z jakichś względów malarstwem się nie interesują.



Czasem można odkryć coś ciekawego, jak na przykład kafelek za bidetem. Nie wiem, czy dekoracja jest autorstwa samego mistrza, czy też wykonał ją ktos inny.

Na pierwszysm piętrze mieściła się pracownia artysty.

Dzięki obrazom Alberta Andre, który przyjaźnił się z Renoirem aż do jego śmierci, możemy wyobrazić sobie mistrza przy pracy.


Na parterze znajduje się galeria rzeźb, ponieważ w ostatnich latach życia, pomimo choroby stawów i późniejszego przykucia do wózka inwalidzkiego, malarz próbował realizować się także w tej dziedzinie sztuki. Dochodziła już jednak siedemnasta, więc tylko pobieżnie rzuciliśmy na nią okiem. Zresztą zdecydowanie wolę obrazy mistrza.
Akurat przestało padać, więc mogliśmy jeszcze przejść się po parku pomimo dyskretnego zerkania na zegarek personelu muzeum, które dawało nam do zrozumienia, że park także już zamykają, ale jednocześnie był na tyle uprzejmy i wyrozumiały, że pozwolił nam na kilka minut spaceru przed domem i wśród niesamowicie powyginanych starych drzew.



Pomimo, że Renoir malował pejzaże znacznie rzadziej niż inni impresjoniści, nazbierało się ich jednak trochę, w tym także te z posiadłości Les Collettes. Reprodukcje umieszczono w parku tak, by można było je porównać z oryginalnym widokiem (jeżeli za oryginał można uznać widok o ponad sto lat późniejszy).


Jako ostatni opuściliśmy muzeum, żegnani przez kilkoro pracowników czekających przy bramie. W żaden sposób nie dali poznać po sobie, że są niezadowoleni, iż musieli zostać przez nas w pracy o kilkanaście minut dłużej. Uśmiechali się i machali rękami na do widzenia. Dziękujemy im za to.
Gdańsk, 25.03.2017; 15:55 LT