KOSTERNACJA POD KONSTELACJĄ CZYLI KOLEJNE EX-NIEMCOWSKIE SPOTKANIE W STRZELCACH OPOLSKICH

Gawędziarze, gawędziarze, odgrzebują stare sprawy,
Przy ognisku i przy kawie
Nieciekawie i ciekawie….
Sobotnie popoludnie. Po kąpieli w basenie czas na popołudniową kawę. Na stole lądują domowe wypieki oraz tarta z tiramisu zrobiona tego poranka. No i lody oczywiście, Jak Krystian policzył lodów na potrzeby spotkania zakupiono aż sześć litrów.
– Na Niemcowej tego nie było…
– Bo nie było szybkiego, ktoby wniósł lody na górę zanim się roztopią,
– Było za to mnóstwo innych ciekawych produktów, które ludzie zwozili do jedzenia.
– A pamiętacie torty lodowe zimą? – pyta Gonia. I tu następuje opowieść o produkcji lodów w grudniowy wieczór. Lodów praktycznie z niczego, albo z jakichś substytutów, które dostępne były za komuny.
Słuchamy, a po chwili, ktoś rozpoczyna nowy wątek…

Już zapomniałem o nocnej podróży z Gdańska do Wrocławia. Nad Polską przetaczały się nawałnice i pewnie dlatego pociąg miał blisko trzy godziny opóźnienia. Trochę pogmatwało to planowaną przesiadkę, ale z drugiej strony przynajmniej się wyspałem. Wagon sypialny, jakis nowy nabytek PKP wyglądał bardzo dobrze. Czysty, wygodny, z LED-owymi lampkami przy łóżkach i przede wszystkim z wyraźnie nową pościelą. Z takimi wagonami nasz przewoźnik nie musi mieć kompleksów. Ech, tylko kiedy jakikolwiek nowoczesny tabor trafi na trasę Gdańsk – Szczecin? Tyle lat tamtędy jeżdżę i wciąż te same, rozklekotane wagony z czasów chyba jeszcze głębokiej komuny.
– A pamiętacie tę historię z zegarkiem w latrynie? – ktoś wyrywa mnie z rozmyślania…
– Łysy szukał zegrka…
– To nie był Łysy. Ja sikałem to wiem…
– Belmondo mówił, że Łysy..
– U Belmonda wszystkie historie nabierają nowych kolorów i dodatkowych wątków z każdym rokiem. Tylko prawdy w nich coraz mniej.
– Bo nieważne jak było dokładnie. Ważne jak się o tym opowiada – zwraca naszą uwaggę Hrabia.
– No to jak było?
– Wchodzę do latryny… – opowiada Hrabia – zaczynam sikać z poglądam w otchłań dołu a tam ludzka głowa…
– Odcięta?
– Nie, ale ja widziałem tylko głowę. Ktoś czegoś szukał tam na dole.
– Obsikałeś go?
– No może trochę, ale tak się poczułem zażenowany całą tą sytuacją, że przerwałem natychmiast i wyszedłem. Nie chcaiłem nawiązać kontaktu wzrokowego z tą osobą, by oszczędzić mu stresu. Postanowiłem nikomu nic nie mówić, by człowiekowi nie było wstyd. Dopiero po kilku dniach przezczytałem w księdze pamiątkowej wpis o „prysznicu” i zrozumiałem, że to był ten człowiek.
– Pamiętam jak staliśmy z Belmondem koło chałupy i zauważyliśmy jak Hrabia wyszedł z Fantazji jakiś taki zdenerwowany. Minął nas bez słowa – wtraćił swoją uwagę Łysy.
– No widzisz. Stałeś z Belmondem przed chatką. To jeszcze jeden dowód na to, że tam w dole to nie mogłeś być Ty!
– A Belmodo mówił, że Łysemu wpadł do dołu zegarek i zszedł na dół by go odnaleźć. A potem przyszedł Hrabia za potrzebą i Łysy klepnął go w pośladek, by przestał.
– No i cały Belmondo…
– Belmondo mówił, że Łysy nie potwierdzał tej historii, bo był wysokiej rangi urzędnikiem państwowym i nie wypadało mu się przyznawać do takich rzeczy.
– Łysy nie mógłby dotknąć pośladków Hrabiego bo dół miał co najmniej sześć metrów głębokości.
– Pamiętam – potwierdził Łysy – Przyszedł jakiś facet z różdżką i powiedział, że tu pod ziemią jest woda. Postanowiliśmy więc kopać, by nie trzeba było chodzić do źródełka. Kopaliśmy z Belmondem i z Małym. Wykopaliśmy dół na ponad sześć metrów aż natknęliśmy się na litą skałę. Wody oczywiście nie było. By robota nie poszła na marne, postanowiliśmy wykorzystać go jako dół do latryny i przenieśliśmy Fantazję w to miejsce.
– Może komuś innemu wpadł zegarek do latryny gdy była bardziej napełniona?
– Ciągle zegarek i zegarek… Skąd wiecie, jak nie wiadomo kto to? No bo to musiało być coś cennego i co łatwo może wpaść do takiego dołu.
– No tak, dziś to na pewno byłby smartfon, ale wtedy komórek jeszcze nie było…
Słońce wyjątkowo szybko przestaje świecić. Robi się chłodno. Nad wieżą barokowego kościoła przysłoniła niebo wielka, ciemna chmura. Wokół jednak niebo czyste, co zapowiada dobrą pogodę na następne godziny.
Pod gwiazdami zasiadamy do ogniska. Ogień ma moc magiczną. Otwiera ludzkie dusze. Wystarczy spojrzeć na zapatrzonego gdzieś pond płomienie Krystiana, by to zrozumieć. Niejeden raz to właśnie kubek gorącej herbaty przy ogniu rozświetlającym ciemność nocy, takiej nocy jaka możliwa jest tylko w górach, albo na otwartym oceanie, był katalizatorem długich nocnych dyskusji.

– Fajnie, że nie zmarnowaliśmy tamtych lat – zaczął Hrabia – Niemcowskie wieczory miały coś z atmosfery wieczorów wigilijnych. Nasze długie, nocne rozmowy, wspólnie organizowane spektakle, praca na rzecz chatki i wspólne posiłki niezależnie o tego ile osób było w bazie. Nawet darmowa herbata dla turystów nie była zwykłą darmową herbatą dla gościa, lecz okazją do porozmawiania z nim. Wieczorami tak jak w wigilię dzieliliśmy się niewidzialnym bogactwem. Są dwa bogactwa na świecie – przyjaźń i miłość. Tam się przeplatały. Zapracowaliśmy na nasze wspomnienia. Nie ma nas na Niemcowej, ale Niemcowa to nie miejsce na mapie lecz reguły gry. I te są tutaj…
Chwila ciszy przerwana zaraz intonacją „Janicka” przez Łysego i Krystiana. Dołączamy wszyscy i niesie się pieśń o zbójniku gdzieś nad Strzelcami…
– Mamy wieczór, jest Marzena, to może wreszcie z pierwszej ręki dowiemy się jak to było z tym widzeniem? – zapytałem.
– Mogę opowiedzieć – Marzena nie dala się długo prosić – Bałam się tych seansów spirytystycznych i jak pamiętacie nie chciałam w nich brać udziału. Byłam wtedy ze swoim ówczesnym chłopakiem, Pawłem i zajęliśmy sami miejsca do spania na strychu. Poszłam więc spać na strych, a Paweł został z Wami. Nie wiedziałam jak wyglądał ten seans. Kiedy Paweł wrócił, nie chciałam o tym rozmawiać, by się nie bać. Za jakiś czas nagle w kącie pokoju pojawiła się jasna poświata, a w niej ciemna postać kobiety.
– Widziałaś ją dokładnie?
– Była rozmyta, ale widziałam jej zmasakrowaną twarz. Możecie sobie wyobrazić co czułam. Byłam nakryta śpiworem po czubek głowy, przerażona tym widokiem. Paweł siedział na łóżku i rozmawiał z nią. Nie słyszałam jej głosu, ale słyszałam co mówił Paweł. Ona dawała mu jakiś pakunek, sweter zawinięty w papier. On nie chciał wziąć, pytał po co to, a ona chyba odpowiedziała mu, że może dać go komuś innemu. Wtedy on skierował się do mnie, jakby chciał dać go mnie, ale potem się zawahał i cofnął. Potem jeszcze raz jakby chciał dać go mi i znów cofnął. W końcu położył go na pryczy. Byłam wciąż nakryta po czubek głowy i z przerażeniem myślałam „jak długo jeszcze?”. Zaczynało świtać i w pewnym momencie strych lekko rozświetlił pierwszy brzask. Wtedy postać zaczęła się wycofywać. Płynęła w powietrzu i przeniknęła przez skośny dach.
– Pamiętam jak chcieliście natychmiast uciekać z Niemcowej i jak przekonywałem Was, byście zostali aby wyjaśnić tę sprawę podczas następnego seansu w kolejną noc – rzekł Hrabia – Następnej nocy zahipnotyzowałem Pawła. Widział wypadek, któremu uległa ta kobieta. Wiozła ten sweter by oddać go komuś. Chyba siostrze. Padał deszcz. Był wieczór i słaba widzialność. Nagle jej samochód wpadł na tył ciężarówki przewożącej jakieś długie, cienkie rurki. Te przebiły szybę a następnie jej twarz. Nie miała szans. Zapytałem Pawła, o co chodziło z przekazaniem tego swetra i on odpowiedzial, jakoś tak, że ten kto by go wziął, doświadczyłby podobnej historii. Wtedy Marzena zaczęła krzyczęć z przerażenia i musieliśmy przerwać seans. A potem było to pamiętne głosowanie zakazujące dalszych eksperymentów tego typu.
Może to nie był najlepszy moment na pójście spać, ale minęła północ i zaczęła nam doskwierać senność. Drewno się dopalało, więc wystarczyło po prostu nie dokładać nowego.
Poranek był rześki, ale zarazem słoneczny. Śniadanie w ogrodzie znów pełne domowych specjałów.
– A pamiętacie jak Łysy sypiał w Mirkoklimacie?
– Tak, nie tylko sypiał. Często opowiadał dziewczynom o gwiazdach i konstelacjach.
– Nie tylko opowiadał zasłynął też z pewnych niezbyt wyszukanych manier. Kiedyś, gdy zachciało mu się siku, to ponoć jedną ręką pokazywał gwiazdy, a drugą otworzył rozporek by się załatwić nie przerywając wykładu.
– No nie, dajcie spokój…
– Belmondo tak opowiadał.
– Oczywiście, znów opowieści Belmonda.
– Belmondo mówił, że Łysy nie mógł tego potwierdzić bo jako wysokiemu rangą urzędnikowi państwowemu nie wypadało się przyznawać do takich rzeczy w przeszłości.
– A co na to te dziewczyny?
– Nie wiem, pewnie stały skonsternowane.
– Konsternacja pod konstelacjami.

– Nasza dyskusja znów niebezpiecznie sięga fekaliów. Smacznego.
Antidotum okazały się zdjęcia. Fistach przywiózł kilka kopert dawnych czarno-białych odbitek. Krystian wyciągnął slajdy.

Rozpoczęło się oglądanie, zgrywanie plików z memory sticków na laptopy i obietnice wymiany dopiero co wykonanymi fotografiami. Boże, jakie stare te zdjęcia. Uświadomiłem sobie, że w przyszłym roku minie 40 lat od mojej pierwszej wizyty na Niemcowej.

– Chciałbym Ci pokazać moją nową książkę. „Opus magnum C++11” – zagadnął Hrabia kiedy przez chwilę rozmawialiśmy we dwójkę. Trzy tomy, tysiąc siedemset stron. Dla mnie, laika jeśli chodzi o programowanie to jednak tylko fajna okładka. Trudno powiedzieć cokolwiek, gdy ma się kilka minut, a zawartość jest czarną magią.

– Przeczytaj wstęp i posłowie.

I rzeczywiście wstęp wprowadził mnie w świat Hrabiego, jakiego znam, a przede wszystkim przyniósł wiarę, że gdybym tylko chciał, to po przebrnięciu przez te setki stron dałbym radę. O to w sumie chodzi we wstępie. Zachęcić, a nie zniechęcić. Zasiać wiarę, a nie zwątpienie.

– Niedługo jadę do Poznania odebrać nagrodę za najlepszą książkę informatyczną roku.

W ciemno mogę przyznać, że się Hrabiemu należała. Gratuluję.

W niedzielę tak już zawsze jest, że po śniadaniu zaczyna się odliczanie czasu do wyjazdu pierwszych ludzi. Tym razem pierwszy miałem być ja. Jeszcze zdążyliśmy się wykąpać, jeszcze zjedliśmy lunch, ale to już była końcówka i pozostało tylko zrobienie zdjęcia pożegnalnego.
Dzięki, Arab, za gościnę po raz kolejny. Fajnie było się spotkać. Do następnego razu. Gdziekolwiek to będzie. Bo przecież Niemcowa to nie miejsce, ale my.
W pociągu Katowice – Gdańsk, 12.08.2018, 19:35 LT