KOLEJNE INSPEKCJE

Spokojnymi dziś wodami Morza Wschodniochińskiego podążamy w kierunku Lianyungang. Ten port, położony niemal w połowie drogi pomiędzy Szanghajem i Qingdao jest ostatnim celem podczas mojej wizyty na obecnym statku. Dotrzemy tam w piątek rano. W niedzielę zaś polecę na statek nastepny. Do niedzieli jednak jeszcze sporo czasu.

Tymczasem od poprzedniego piątku zajęty jestem praca tutaj. Znów, jak za każdym razem sprawdzanie dokumentów. Cały ten biurokratyczny balast pączkujacy każdego dnia za sprawą kolejnych międzynarodowych konferencji, rezolucji, konwencji, regulacji… Załogi przeklinają mnie, że czepiam się kazdego papierka, tak jakby to był mój wymysł i moja przyjemność. A ja tylko robię za tego, który ma ewentualne niescisłości wyłapać wczesniej i odpowiednio je skorygować zanim zrobia to odpowiednie służby. Wszystko zaś po to, by przede wszystkim zapewnic bezpeiczeństwo tym, którzy są kontrolowani. No, może nie tylko.

– Kompresor, do napełniania butli aparatów oddechowych. Macie na niego certyfikat?

– Jaki certyfikat?

– Że powietrze jest dobrej jakości.

– Powietrze?

– No dobra. Musimy wezwac ekipę w następnym porcie. Wezmą próbki powietrza z tego kompresora, zabiorą do laboratorium do analizy i na jej podstawie wystawią odpowiedni certyfikat. Będzie ważny przez rok.

Garbage Book….

– Kiedy ostatni raz zdawaliscie smieci na ląd? Jest na to kwit?

– Tak, tu z tyłu, przypiety do okładki.

– A jeszcze wczesniej?

– O ten, tu.

– Aha.

– A pomiędzy portami spalacie? Ile popiołu zdaliście?

– Tu jest, na tym kwicie.

– Spalarka nie jest przystowana do spalania plastików. Gdzie są plastikowe butelki?

– W pojemniku na rufie. Ale ostatnio zdawaliśmy na ląd. Też są wymienione na kwicie, o, tutaj.

W przerwie miedzy papierami ide na obchód. Jednego dnia zbiorniki, innego szalupy i dźwigi, jeszcze innego maszynownia. Jedno popołudnie poświęcilismy na odnowienie pięcioletnich certyfikatów dźwigów zaopatrzeniowych. Przyjechał inspektor Det Norske Veritas oraz firma zajmująca się przeprowadzaniem t.zw. load testów. Najpierw inspektor sprawdzał stan techniczny testowanych urządzeń, a potem przystąpilismy do prób obciążenia. Każdy dźwig musiał wytrzymać manewry z ciężarem przekraczającym o 25% jego dopuszczalne obciążenie robocze. Suwnica w garażu ma udźwig 12 ton.

Podczepiamy dwa stalowe bloki. Jeden pięcio- a drugi dziesięciotonowy. Wszyscy odsuwają się na bezpieczną odległość. Wszystko aż drży, liny trzeszczą napięte do granic, ale suwnica posłusznie wykonuje nakazywane przez inspektora manewry. W bok, do przodu, do tyłu, podciąganie do góry, gwałtowne opuszczenie i stop. Hamulce wytrzymują. Test zaliczony. Mozna iść do nastepnego dźwigu.

Krok po kroku zaliczamy wszystkie.

Potem znów idę do maszynowni. Sprawdzam sondaże paliwa i olejów. Zaglądam w każdy zakamarek i chyba przesadzam, a może to sprawa wtorku, mojego pechowego dnia tygodnia, bo w końcu zahaczam noga o jakąś wystającą węzłówkę i jak długi ląduję na podłodze pod agregatem. Łokieć trafił na krawędź wanienki przeciwrozlewowej, drugą ręka próbowałem rozpaczliwie się podeprzeć, ale nie udało się i w końcu twarz spotyka się z podłogą. Czuję w ustach smak krwi z rozcietej zębami wargi. I te zęby bolą bo przecież warga nie zamortyzowała zbytnio uderzenia. Odruchowo językiem sprawdzam czy są całe. Chyba tak. Trzynascie lat temu w podobnych okolicznościach wybiłem sobie zęby na pokładzie. Stalismy wtedy na redzie jednego z brazylijskich portów. W Brazylii ataki piratów na zakotwiczone statki nie należą do rzadkości. Po wieczornej wachcie postanowiłem więc jeszcze zrobić rundę dookoła, żeby przyjrzeć się pływającym nieopodal rybackim łodziom. I tak się zapatrzyłem, że nie zauważyłem wystającej pokrywy zbiornika. Dwa dni później, po zacumowaniu, pojechałem do dentysty. Ten coś tam kleił, coś budował, utwardzał (trwało to tyle, że z trudem broniłem się przed drzemką) aż w końcu powiedział.

– Sorry, zrobiłem tyle, ile się dało. Powinny wytrzymac do twojego powrotu do Polski , a potem sobie poprawisz.

Wytrzymały i do powrotu, i przez następne trzynaście lat, a teraz nawet wytrzymały to uderzenie o podłogę. Jesli ktoś chce sobie dobrze zrobić zęby, to niech jedzie do Brazylii J

Najbardziej ucierpiała jednak noga, która zawadziła o tę feralna węzłówkę. Piszczelem, walnąłem w nią na tyle mocno, ze teraz mój biały kombinezon zaczął robić się czerwony. Kiedy jednak o własnych siłach wygramoliłem się spod agregatu i odprowadzany przez mechanika wachtowego wyszedłem z siłowni, wiedziałem już, że jest ok. Poza ogólnymi potłuczeniami wszystko całe i to jest najważniejsze. Tyle tylko, że tamtego dnia nie chciało mi się już kontynuować żadnej pracy. Zreszta nie było potrzeby, bo rzecz przytrafiła mi się grubo w nadgodzinach, gdzieś po dziewiętnastej. W sam raz, żeby po prysznicu od razu położyc się do łóżka.

To było dwa dni temu.

Kolejny wieczór. Właśnie skończyłem papierkową robote na dziś i mogę zajmowac się przyjemnościami, czyli na przykład pisać bloga. Popijam zimną colę prosto z chińskich wytwórni i z, jakżeby inaczej, jakimś olimpijskim ornamentem na puszce.

Ornament jest tak skomplikowany, że jego studiowanie trwa znacznie dłużej niż wypicie puszki napoju. Jak dla mnie to za duzo tam wszystkiego naćpane. Groch z kapustą. Ale może chodzi o to, żeby sięgnąć po nastepną puszkę i odnajdywać kolejne symbole?

Zrobiło się już zupełnie ciemno. Delikatna wibracja i monotonny szum pracującego kilka pieter niżej silnika przypominają, że płyniemy, bo morze potraktowało nas dziś wyjatkowo komfortowo. Statkiem ani nie kiwnie. Pozostawiamy za sobą spienioną smugę kilwateru oświetlanego blado rufowym swiatłem nawigacyjnym. Ta bladość jest pozorna. Światło bowiem widać co najmniej na sześć mil. Jeśli więc płynął za nami jakis statek to mógł nas widziec juz w odległości dziesięciu kilometrów. Chociaż może nie dziś. Jakoś mglisto było i widnokrąg niezbyt ostry. Przez tę wilgoć i brak wiatru.

Morze Wschodniochińskie, 24.07.2008; 22:25 LT