KOCHANICE KRÓLA

  

Dawno nie byłem w kinie. Tym razem też ledwo zdążyliśmy, a właściwie nie zdążyliśmy, bo kiedy prosto z pracy dotarliśmy do kina, seans zdąży już się zacząć. Nie było jednak wyboru. Po weekendzie film mógł w ogóle wylecieć z repertuaru, albo pozostać w niesprzyjających godzinach, więc postanowiliśmy przeboleć te kilku minut.

Warto było, bo akcja wciągnęła nas natychmiast i były to dwie wybornie spędzone godziny.

Nie znam na tyle historii Anglii, by móc stwierdzić na ile film "Kochanice Króla" trzyma się faktów. Jeśli jest im wierny, to tym większa jego wartość. Jeśli zaś opowieść snuta na ekranie z historii przez duże H zaczerpnęła jedynie podstawowe wydarzenia, nie umniejsza to wcale jego dramaturgii i dobrej, reżyserskiej roboty.

Moja wiedza na temat burzliwych rządów Henryka VIII, obsesyjnie pragnącego doczekać męskiego potomka ukształtowała się głównie na podstawie słynnego serialu BBC "Sześć żon Henryka VIII", który z zapartym tchem śledziłem jako uczeń podstawówki. Pamiętałem z niego przede wszystkim nieszczęsne kobiety, które jedna po drugiej oddawane katu padały ofiarą szaleńca, który dla osiągnięcia swojgo celu poszedł nawet na wojnę z papieżem, zakładając odrębny, anglikański kościół, który zezwalał mu na kolejne małżeństwa.

"Kochanice Króla" tę wiedzę nieco przemieszały. Oczywiście nadal zafascynowany byłem siłą namiętności, która sama z siebie potrafi doprowadzać do tak wielkich wstrząsów historycznych jak właśnie ów rozbrat Anglii z Rzymem. Ileż to wydarzeń na najwyższych szczeblach mogłoby potoczyć się inaczej gdyby ich tłem nie były mniej lub bardziej jawne romanse, namiętności i związane z nimi intrygi. Od starożytności, by wspomnieć bodaj najbardziej słynne obiekty pożądania jak Helena Trojańska czy Kleopatra, po dzień dzisiejszy, kiedy prezydentura Clintona zawisła na włosku za sprawą Moniki Lewinsky, a śmierć księżnej Diany zatrzęsła (na krótko) autorytetem samej królowej. A przecież najsmaczniejsze kąski i najprzebieglejsze intrygi toczą się zdala od reflektorów, w zaciszach alkowy i dopiero po latach odkrywane są (albo nie) przez dociekliwych i cierpliwych historyków.

Film przedstawia taką właśnie historię. Anna Boleyn nie jest w nim wcale taką bezbronną ofiarą okrutnego monarchy. Możnaby powiedzieć, że po trosze sama sobie zgotowała tragiczny los. W swym pędzie do zaszczytów, perfekcyjnie grając na seksualnych żądzach porywczego króla, za pomocą intryg doprowadza do usunięcia (jak to eufemistycznie w filmie pokazano) Katarzyny Aragońskiej, prawowitej małżonki króla i popycha go pomimo groźby ekskomuniki do zerwania z religia katolicką i założenia nowego kościoła, by móc poślubić tę, która da mu upragnionego syna. Otworzyła mu te możliwości, które potem pozwolą skazać ją samą, by król mógł poślubić małżonkę numer trzy.

Przebiegłość Anny nie byłaby może niczym niezwykłym (historia przecież zna wiele podobnych przypadków), gdyby nie została przeciwstawiona… rodzonej siostrze. Z filmu dowiedziałem się bowiem, że istniała i niemałą rolę odegrała Maria Boleyn. To ona w pewnym momencie zauroczyła króla do tego stopnia, że musiała poniekąd wbrew swojej woli znaleźć się na dworze i za cichą zgodą swojego meża (uzyskał rozmaite tytuły i przywileje) oraz ojca (to samo) stać się kochanką władcy. Wstrząsające z dzisiejszego punktu widzenia były sceny swoistego przesłuchania młodej kobiety wracającej z królewskiej sypialni, która musiała ojcu i wujowi dokładnie opowiedzieć, czy kochała się z królem, ile razy i czy był on z tej nocy zadowolony. Nikt nie zwracał uwagi na jej uczucia, ponieważ tamta noc dla głów rodu była tylko jednym z elementów gry mającej na celu wzmocnienie pozycji rodziny.

Co ciekawe, ten związek Henryka VIII ze szlachetną Marią, jak przedstawiono to w filmie miał podstawy uczuciowe. Maria pomimo całej skomplikowanej sytuacji pokochała go, a i sam król wydawał się być pod jej urokiem. Wszystko skończyło się za sprawą Anny i rodzinnych intryg kiedy Maria zaszła w ciążę i z powodu powikłań dla dobra zdrowia królewskiego potomka nie mogła aż do rozwiązania wstawać z łóżka. Aby znudzony król nie poszukał sobie jakiejś innej niewiasty, głowy rodu ustaliły, że tymczasowo zajmie go swoją osobą Anna. Nie spodziewali się jednak, że sytuacja wymknie się spod kontroli i przebiegła siostra drugi raz zesłanej przez los szansy nie zmarnuje. Pozbyła się nie tylko Katarzyny Aragońskiej, lecz wymusiła na Henryku VIII, by nie przyszedł nawet do Marii, która własnie powiła mu syna. Ta wraz z dzieckiem odesłana została z królewskiego dworu na wieś.

Jak różne były związki Henryka z Marią oraz Anną pokazują właśnie sceny z alkowy (pięknie zresztą sfilmowane – nie ma prawie wcale wszechobecnej dziś golizny a zdjęcia mówią same za siebie). Pełna czułości noc z Marią i właściwie gwałt na Annie, kiedy spełnione zostały jej żądania, lecz próbowała zgarać na napietej do granic, zwierzęcej niemal żądzy króla raz jeszcze.

Pomimo doznanych upokorzeń Maria próbuje przebłagać króla, który kiedyś okrutnie ją zdradził, by zechciał darować życie skazanej na szafot siostrze, która z powodu tego mężczyzny kiedyś ją wypędziła. Boleynowie są już w niełasce. Taka wizyta to niemal samobójstwo. Król zdziwiony jest jej odwagą. Mógłby ją także skazać na śmierć. Czym jest jej życie w rękach rozgniewanego majestatu? Nie posłucha jej prośby o ułskawienie siostry, a jej każe nigdy więcej nie pojawiać się na zamku bo nie wie czy stać go będzie raz jeszcze by puścić ją żywą.

Maria zabiera ze sobą córkę ściętej Anny i wyrusza ponownie na wieś. I słychac gdzieś w tle tak dobrze znany od wieków chichot historii. To właśnie owa córka, zamiast syna, którego Henryk VIII do szaleństwa pragnął, i z braku którego ściął jej matkę, zabrana i wychowana przez odepchniętą Marię stała się wkrótce jedną z największych koronowanych głów w historii Anglii – królową Ęlżbietą.

Niesamowity, pięknie nakręcony film. Polecam wszystkim jeśli jeszcze upolują go w którymś z kin.

Szczecin, 05.07.2008, 20:45 LT