I TU, I TAM…

  

Heineken Open’er Festival, który tydzień temu zakończył sie w Gdyni, w piatkowe popołudnie przyczynił się do dużych korków w mieście. Ponieważ zaś ja zaplanowałem sobie jazdę do Szczecina samochodem, wyjechałem nieco wcześniej i trafiłem na kulminację piątkowego szczytu powrotów z pracy, wyjazdów weekendowych oraz najazdu fanów muzyki na lotnisko w Babich Dołach. Najpierw stwierdziłem, że nie ma sensu jechać z Sopotu w kierunku centrum Gdyni. Skręciłem więc w kierunku obwodnicy. Ponieważ tam sytuacja wyglądała tylko nieznacznie lepiej, postanowiłem, jak to czyniłem już nieraz, zamiast ryzykowac korek na wylocie obwodnicy w Chylonii, jazdę bocznymi drogami od razu do Wejherowa. Korek na rondzie w Chwaszczynie pokazał, że to była błędna decyzja. Błędne decyzje mają zaś do siebie to, że generują kolejne błędy. Postanowiłem zrobić jeszcze większy skrót i skoczyć przez Kartuzy od razu aż pod Słupsk. W ten sposób wylądowałem na rondzie w Żukowie, gdzie kolejny korek przytrzymałe mnie kolejne kilkadziesiąt minut.

W ten sposób wyjechawszy z pracy o siedemnastej trzydzieści, Żukowo, położone niemal tuż za rogatkami Trójmiasta opuściłem po dwudziestej. Wiedziałem, że nie mam już szans na szybki przyjazd do Szczecina, więc postanowiłem nie spieszyc się dalej i potraktować trasę jako turystyczną i zahaczając o Bytów oraz Miastko pojechać inną niż zazwyczaj drogą aż do Koszalina.

Szczególnie ciekawy byłem Bytowa, gdzie nigdy nie byłem. I myślę, że trasa spełniła oczekiwania, ponieważ dzięki temu jeszcze [przed zachodem słońca zwiedziłem sobie tamtejszy zamek.

Ta zbudowana przez Krzyżaków warownia, przebudowywana wielokrotnie, odrestaurowywana po ostatniej wojnie, prezentuje się okazale, chociaż tak na prawdę, to wolę oglądać ją z zewnątrz niż od strony dziedzińca.

Korki, zwiedzanie, postój na kawę w Koszalinie oraz okrężna (nadłożyłem około 40 km) droga sprawiły, że do Szczecina doarłem dopiero za kwadrans druga w nocy.

Dobrze, że pojechałem i dobrze, że pojechałem samochodem. Wyglądało na to, ze tato czuł się trochę gorzej i dzięki samochodowi moglismy wjechać na przepustkę na teren cmentarza by odwiedzic grób mamy. Nie musiał chodzić zbyt wiele.

Szczeciński, ogromny cmentarz słynie z bogactwa (jak na miejskie warunki) zwierząt. Tym razem natrafiliśmy na wiewiórkę, która chociaż trzymała się od nas na dystans, pozwoliła się fotografować

W domu drobna niespodzianka. Na klatce schodowej nowe skrzynki na listy. Listów  wsrodku kilka, ale ja oczywiście nie mam kluczyka. Telefon do administratora. Ma kluczyk, ale będzie dopiero we wtorek. Nie pozostało mi więc nic innego jak [róbowac dostac się do skrzynki przez otwór wrzutowy. Palacami nie dałem rady dosięgnąć. Poszedłem więc po narzędzia. „Żeby tylko nikt nie widział” – pomyslałem sobie. Bo będzie głupio. Nikt z dorosłych nie przechodził, zlae zainteresowało się dwóch pięcioletnich na oko chłopczyków. Byli akurat na klatce i z dużą uwagą przyglądali się zza moich pleców podejmowanym przeze mnie próbom.

Jeden list…. Udało się. Dobieram się powoli do nastepnego, chwytam i jest także. Wtedy szłyszę głośny, niemal teatralny szept jednego z dzieciaków.

– To nie jego listy!

– Moje! – odpowiedziałem odwaracając się do nich – Moje, ale ja nie mam kluczyka.

– Te kluczyki roznosili juz kilka dni temu. – odparł rezolutnie chłopczyk.

– Wiem, ale mnie w tedy nie było i nie mogłem odebrać.

Zabawnie musiało wyglądać to swoiste przesłuchanie przyłapanego na gorącym uczynku dorosłego przez dwóch malców. Uważałem jednak, że należy im się pełna informacja w zamian za ich jak najbardziej obywatelską postawę J

 

Tato obiecał mi, że na początku tygodnia pójdzie do kardiologa. Poszedł we wtorek i zadzwonił do mnie już ze szpitala. Lekarz po zrobieniu EKG nie chciał go nawet puścić do domu. Następnego dnia trzecia już w ciągu ostatniego roku koronarografia.

W weekend miałem jechać do Krakowa. Zmiana planów. Od spraw do załatwienia w Krakowie nie ucieknę, ale najpierw powinienem sprawdzic co z tatą. Tym razem samochód zostawiłem w Gdyni i pojechałem nocnym pociągiem. Czas do wyjazdu spędziłem w Sopocie z Aniołem.  Po kolacji poszliśmy na plażę, gdzie w zapadających ciemnościach fotografowałem wyciągnięte na brzeg kutry. Gdzies daleko za nimi rozciągał się sznureczek świateł gdańskiego portu.

Sopot pięknieje z miesiąca na miesiąc. Oprócz wielkich inwestycji w samym centrum, uwage przykuwają liczne pensjonaty i lokale rozlokowane wzdłuż promenady.

Do Szczecina dojechałem na śniadanie, odebrałem w końcu kluczyk od skrzynki i pojechałem odwiedzić tatę. Zdążył już wrócic do domu.Trudno powiedzieć na ile skuteczny okaże się ten trzeci zabieg. Mamy nadzieję, że na dłuzej. Wieczorem wsiadłem w pociąg do Krakowa. Zanim wsiadłem, rzutem na taśmę sprawdziłem co słychac w katedrze.

Iglica na wieży wygląda coraz bardziej imponująco. Zwłaszcza te szklane wycięcia, podświetlone wieczorami powinny tworzyc niesamowity efekt. I już nie mogę sie doczekać kiedy zostanie udostępniony taras widokowy na górze.

W niedzielę rano wysiadłem w Krakowie. Zanim w poniedziałek zajmiemy się sprawami urzędowymi, niedzielę poświęcilismy na zwiedzanie. Padło na Wieliczkę oraz Kazimierz, ale o tym już w następnym wpisie.

 

Kraków, 13.07.2008; 22:30 LT