DRUGI ETAP PODRÓŻY DOOKOŁA ŚWIATA

Spod Hali Zebrań Ludowych skierowałem się ku bramieprowadzącej do Zakazanego Miasta. Wielki Brat w osobie przewodniczącego Mao czujnie i z miłością spoglądał z portretu na przygotowania do Olimpiady.

Ciekawe, czy wprowadzając w życie swoje urojenia wyobrażał sobie kiedyś takie Chiny? Dziś zamiast karnie w jednakowych mundurkach, dobrze ubrane rodziny spokojnie spacerują i fotografują się przed portretem.

Chociaż oczywiście trudno mówić o swobodzie pamiętając niezaleczone rany z roku 1989. Akurat w dniu kiedy „w Polsce skończył się komunizm”, tutaj czołgi rozjechały namiotowe miasteczko demonstrujących studentów. Zastanawiałem się ile determinacji musiało byc w tych młodych ludziach by postawić takie miasteczko i demonstrować w samym mateczniku komuny, mając obydwa monumentalne gmachy opisane przeze mnie w poprzednim wpisie po bokach, z przodu portret Mao na murach Zakazanego Miasta, a z tyłu równie wielki gmach mauzoleum z zabalsamowanymi zwłokami przewodniczącego. Już sama architektura tego miejsca zniewala cyrankiewiczowskim przypomnieniem, że „rękę podniesioną na władzę ta władza odrąbie”.

Zakazane Miasto otwierano dla zwiedzających o 08:30. Sądząc po siedzących grupkach ludzi, niektórzy chyba już zaczynali oczekiwanie. Ja niestety najpóźniej o dziewiątej musiałem byc z powrotem w hotelu, by zabrać rzeczy i jechać na lotnisko. Szkoda. Chętnie też odwiedziłbym owo mauzoleum Mao, lecz i ono było otwierane dopiero o 08:30. Popatrzyłem wiec tylko z daleka przez bramę pod portretem i poszedłem do metra, aby pojechać zobaczyć Niebiańską Światynię. Niebiańska Świątynia (Temple of Heaven) jest bowiem po Zakazanym Mieście jednym z najważniejszych zabytków stolicy Chin.

Muszę przyznać, że pekińskie metro trochę mnie rozczarowało. Stare linie wcale nie wyglądają zbyt schludnie, a te nowe sprawiają wrażenie budowanych oszczędnie. Niewiele jest na przykład ruchomych schodów, co przy pokonywaniu różnic wysokości między poziomami ulicy i tunei, w przypadku przesiadek nawet kilkakrotnie, w tym klimacie staje się szczególnie uciążliwe. Nie wiem jak dają sobie radę niepełnosprawni, ale widziałem złorzeczących Chińczyków, którzy z cieżkimi walizami pokonywali zwykłe schody prowadzace na stację Airport Express – otwartej niedawno szybkiej kolei łączącej miasto z lotniskiem.

Wyszedłem z metra niemal prosto do wejścia do parku, w którym znajdowała się świątynia. I tu zaczęły się kolejne problemy. Wstęp 38 juanów (około 11 złotych). Ja jednak prawie wszystkie chińskie pieniądze wydałem na taksówkę. Zostało mi piętnaście juanów. Miałem karty do bankomatów, parę dolarów. Może się uda…

Nie udało się. Zapłaty kartą nie przyjmują, a dolarami tym bardziej. Udałem się więc na poszukiwania bankomatu. Poszedłem w lewo, potem w prawo, w jedną uliczkę, w drugą, na stację metra. Nic z tego. Być może mieli jakiś w pobliskim domu towarowym, ale ten o wpół do ósmej rano był jeszcze zamknięty. I tak nie zobaczyłem światyni. Czas już też był, aby wracać do hotelu. Nawet nie tyle owej świątyni mi było szkoda, co starconego czasu na dojazd i na poszukiwanie bankomatu. Mogłem w tym czasie obejrzeć coś innego.

Dojechałem metrem do stacji Dongzhimen, skąd brała początek linia Airport Express. O ile bilet na metro kosztuje dwa juany, to na kolejkę na lotnisko już dwadzieścia pięć. I znów nie można zapłacic kartą. Tym razem jednak miałem więcej szczęścia. Przy wejściu na stację stał bowiem budynek banku i tam mogłem skorzystać z bankomatu. Stacja tej kolejki na Terminalu 3, prykryta ogromną szklaną kopułą ustawioną wprost na trawiastym wydawałoby się nasypie to kolejna perełka architektury.

Podobnie zresztą jak i sam budynek terminalu – ogromny i lekki zarazem.

Z lotniska pojechałem do hotelu, wziąłem prysznic i wkrótce zjawiłem się tam ponownie, już z walizkami. Na lotnisku pełno jest stoisk, przy których zaopatrzeni w rozmaite broszury dyżurują wolontariusze. Wielu ich także spacerujących po halach portu, gotowych do pomocy w każdej sprawie. Muszę przyznać, że bardzo dobrze to wygląda. Pomoc i życzliwosć oferowana niemal na każdym kroku.

Od takich wolontariuszy wcześniej otrzymałem bezpłatnie mapy i przewodniki.

Wzmożone zasady bezpieczeństwa sprawiły, że zanim przeszedłem wszystkie bramki minęła prawie godzina. I tak nie było się po co spieszyć, bo okazało się, że samolot jest opóźniony. I to aż o cztery godziny. Szkoda, że nie wiedziałem tego wczesniej – mógłbym nie wracać tak szybko z miasta.

Z lotniska zapamiętam jeszcze smoki, przy których wszyscy chetnie się fotografowali.

A potem było juz tylko senne oczekiwanie. Podróż dookoła świata potrafi rozregulować organizm dokumentnie. Jeszcze nie przestawiłem się całkiem na czas chiński (prawdę mówiąc, zegarków w ogóle nie przestawiałem od wyjazdu z Polski, mając różnicę „w pamięci”, a teraz kolejny skok. Według rozkładu miałem wylecieć z Pekinu o 12:00 w niedzielę 27 lipca, by po ponad jedenastu godzinach lotu dolecić do San Francisco tego samego dnia o 08:29 rano. Krótko mówiąc przylecę wcześniej niż wyleciałem. To efekt przekraczania linii zmiany daty. Długi dzień się szykuje. Niemal dwa razy niedziela bez nocy pomiędzy nimi, a do tego symbolicznie przespana noc sobotnia. Mam cichą nadzieję, że po przyjeździe na statek, żadne pilne sprawy czekać na mnie nie będą i dzieki temu będę mógł odespać pierwszy szok. Oby.

A póki co jeszcze dwie godziny lotu przede mną…

Nad Pacyfikiem, na południe od Alaski, 27.07.2008, 10:45 LT