DO SZCZECINA

Po blisko dwóch miesiącach znów dotarłem do Szczecina.

Jazda samochodem miała być wyzwaniem. Musiałem być w Szczecinie w godzinach pracy urzędów, ponieważ zebrało się do załatwienia kilka spraw. Zakładałem, że wyjadę wcześnie rano, aby dotrzec na miejsce około południa.

Wziąłem na tę okolicznośc dzień wolny, ale jak to zwykle bywa, stwierdziłem, że po całyum tygodniu w biurze zaległości zamiast się zmniejszyć to urosły, a piątkowa absencja tylko to pogorszy.

Zostałem więc dłużej. Odprowadziłem Anioła do domu, pożegnaliśmy się, a sam wróciłem do raportów i e-maili. Zeszło mi prawie do dwudziestej trzeciej. Głodny dotarłem do domu pół godziny przed północą i zabrałem się za smażenie jajecznicy na kiełbasie z zakupionych wcześniej na ten cel świezych półproduktów. Nie zdążyłem dobrze pozmywać, gdy nadszedł sms od Tomka, że ich autokar już wjechał w granice Trójmiasta. Wracali ze szkolnej wycieczki. Wychowawczynie prosiły o odbiór młodzieży z autokaru sprzed szkoły, by sami nie wałęsali się po nocy. Z mojej strony dodatkowym bodźcem był fakt, że nagły wrześniowy wyjazd uniemożliwił mi jakikolwiek kontakt z nauczycielami. Była więc okazja, by się poznać i by panie wychowaczynie wiedziały, że ojciec jest i czuwa mimo wszystko.

Dojechali na miejsce dwadzieścia po pierwszej. Zanim wróciliśmy do domu i zanim sam się spakowałem do wyjazdu, zrobiła się trzecia. Nastawiłem budzik na piątą i pełen niepokoju oczekiwałem przebudzenia. Na dodatek prognoza pogody nie była najlepsza. Deszcz i mgły. Obawiałem się, poważnych problemów z sennościa.

Spięty wyskoczyłem z łóżka jak tylko zadzwoniło. O 05:40 w ciemnościach spowijających Gdynię ruszałem w drogę. Na dobry początek puściłem sobie płytę Macieja Zembatego i przy radosnych piosenkach opowiadających, że „w prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem” albo, że „nic tak nie śmierdzi jak moje onuce”, przeplatanych jego wykonaniami ballad Cohena dziarsko mknąłem przez pustawe jeszcze ulice. Plan minimum zakładał dotarcie do Słupska, gdzie miałem zatrzymac się na śniadanie i krótką drzemkę.

Ku mojemu zdumieniu jednak, adrenalina spowodowana obawą przed niewyspaniem zrobiła swoje. W dobrej formie dojechałem do Słupska, więc pomimo depresji oszukanego żołądka, który nastawił się na kawę i jedzonko w tym mieście, nie zatrzymywałem się i postanowiłem zrobic popas dopiero w Koszalinie. To był dobry pomysł. Dojechałem w sam raz, gdy ziewanie zaczynało być coraz częstsze. Zjadłem kanapkę, wypiłem dużą kawę, poczytałem gazetę, po czym opuściłem oparcie fotela i usiłowałem zasnąć. Po kilku minutach jednak coś walnęło tak, że poderwałem się gwałtownie. A to tylko pani z samochodu, który własnie zaparkował obok, zapomniała, że nie tylko jej auto tutaj stoi i otworzyła z rozmachem drzwi na całą szerokość. Wysiadłem by obejrzeć, ewentualne zniszczenia, ale na szczęście huk był większy niż spowodowany efekt. A może to dlatego, że głowę trzymałem przy tylnych drzwiach akurat. Tych, które dostały.

Wydzielona w ten sposób kolejna dawka adrenaliny spowodowała, że zrezygnowałem z dalszej drzemki i ruszyłem dalej. Na tej dawce osiągnąłem Płoty, a potem Żabowo lecz czułem, ze zaczynam jechać na „rezerwie”. Zaraz za Żabowem zjechałem na najbliższy parking i tam zaliczyłem czterdzieści minut porządnej drzemki. Wystarczyło by spokojnie i bez problemów dojechać do Szczecina.  A zapowiadany deszcz jak nie padał, tak nie padał. Całą trasę zaliczyłem na suchej nawierzchni.

Los mi sprzyjał także w urzędach. Wyjątkowo sprawnie, prawie bez kolejek wszystko załatwiałem. Odwiedziłem potem tatę, zjedliśmy z nim i z bratem obiad, a potem ruszyłem do domu. Jedno pranie, drugie pranie, komputer, ale przede wszystkim wyjęcie wreszcoie z pudełka i „odpalenie” nowego aparatu. Ten niedawno zakupiony w Chinach niestety nie wytrzymał zbyt długo. Od końca września bazuję tylko na aparacie w komórce. Kiedy w końcu w niedzielę zdecydowałem się na zakup dobrego sprzętu, to z braku czasu przeleżał on nierozpakowany aż do dzisiaj.

Nie moge jednak szaleć zbyt długo bo o wpół do szóstej rano muszę byc na dworcu PKS po Paulinę. Nie widzieliśmy się od sierpniowego, wakacyjnego wyjazdu. Kończę więc pisanie i szybciutko do łóżka, żeby nie zaspać i być w formie w sobotę.

Szczecin, 23.10.2009; 22:45 LT