CHARLESTON

W oczekiwaniu na statek jedno popołudnie spędziłem na poznawaniu Charleston. To miasto bardzo mi przypomina Savannah, a obydwa są symbolami Południa. Walki Konfederatów podczas Wojny Secesyjnej to temat niejednego filmu czy powieści. Zresztą bohater jednej z najsłynniejszych, „Przeminęło z wiatrem”, niejaki Rett Butler pochodził chyba z Charleston właśnie.

Charleston to zniekształcona nazwa Charles Town, czyli miasta, które swą nazwę wzięło o imienia brytyjskiego monarchy, Karola, albo inaczej Charlesa. Od niego pochodzi też zresztą nazwa stanu: Karolina. Ściślej, Południowa Karolina. Po ogłoszeniu niepodległości USA i zerwaniu więzów z Wielką Brytanią niszczono rozmaite elemnty mogące budzic wrażenie jedności z metropolią. Stąd i urzędowa zmiana nazwy.

Południowa Karolina, to ten stan, który pierwszy spełnił swoją groźbę, że w przypadku wyboru Abrahama Lincolna na prezydenta USA, opuści Unię. Po ogłoszeniu wyników wyborów, władze tego stanu już w grudniu 1860 roku uchwalają wyjście z Unii. Po Bożym Narodzeniu, na początku 1861 roku w ich ślady idą następni i tworzą Skonfederowane Stany Ameryki (CSA). Nowy prezydent wzywa do opamiętania i grozi, że nie będzie przygladać się rozbijaniu jedności USA. Tymczasem garnizon wojsk Północy stacjonujący w Forcie Sumter, w ujściu rzeki, nad którą położony jest Charleston został wezwany przez władze Południa do opuszczenia go. Nie zastosowanie się do wezwania skutkuje ostrzałem fortu i odebraniem go siłą. Była to iskra, która spowodowała wybuch. Rozpoczęła się trwająca cztery lata Wojna Secesyjna, która pochłonęła sześćset tysięcy ofiar. Wojna zakończona klęską Konfederatów. To zaważyło na na zmianie oblicza południowych stanów, zniesieniu niewolnictwa, chociaż musiało minąć ponad sto lat, by afro-amerykańska ludność tego kraju mogła doświadczyć pełnej równości, a blisko półtora wieku, by spełnił się sen o czarnoskórym prezydencie.

Tak się rozpisałem o historii, bo Charleston jest właśnie jednym z najważniejszych miejsc na historycznej mapie USA.. Do miasta ciągną pielgrzymki turystów, a że niepowtarzalna, stara architektura została w dużej częsci zachowana, wycieczki takie dostarczają wielu pozytywnych wrażeń. Firm organizujących zwiedzanie jest bez liku. Wystarczy sięgnąć po liczne broszurki albo ulotki dostępne w hotelach czy na lotnisku. Ja pojechałem do Visitors Center, obok którego miały swoje przystanki autobusy niemal wszystkich ważniejszych firm. Wystarczyło, że zgłosiłem w tamtejszym biurze chęć udziału w wycieczce, a już zostałem zapisany na jedną z nich. Autobus odjeżdżał za kilkanaście minut.

Kiedy już się zapakowaliśmy, okazało się, że jest nas raptem sześć osób. Kierowca i przewodnik zarazem po przywitaniu się z nami poprosił o kilka słów od każdego na temat swojej osoby. W Amerykanach ujmowała mnie zawsze pogoda ducha i swoboda z jaką podchodzą do kontaktów z innymi ludźmi. Nawet w trakcie wymiany kilku słów z przypadkowo napotkaną osobą rozmowa sprawia wrażenie, jakby to byli dobrzy znajomi. Podobnie i w tym autobusie. Jakaś staruszka opowiadała, że przyjechała z Pennsylwanii. Para siedząca z tyłu przedstawiła się jako małżeństwo realizujące właśnie swoją podróz w jakąś okrągłą rocznicę ich slubu. Okągłą rocznicę celebrują tak naprawdę z rocznym opóźnieniem, ale przedem nie mogli, a teraz dzeci wypchnęły ich „na siłę” organizując wyjazd do Charleston. Przewodnik stwierdził, że Charleston to doskonały wybór na taką romantyczną podróż.

Półtorej godziny minęło błyskawicznie, ale potem raz jeszcze zrobiłem spacer podobną trasą pieszo, by przyjrzeć się wszystkiemu dokładniej i dłużej, posiadając już wiedzę przyswojoną podczas wycieczki.

Najpiekniejsza jest oczywiście najstarsza dzielnica z zachowanymi drewnianymi rezydencjami w charakterystycznym stylu, którego głównym elementem są ciagnące się wzdłuż całego budynku przeestronne balkony, zwane tutaj „piazas”

  

Te najokazalsze rezydencje mają zazwyczaj zakręcane schody prowadzące symetrycznie z dwóch stron na taras przed drzwiami wejściowymi. Podobnie jak na widocznym poniżej miejskim ratuszu.

Charakterystyczne są też domy z czerwonej cegły (wypalanej przez niewolników), a wśród nich hybrydy łaczące taką odmienną konstrukcję z tradycyjnymi piazas drewnianych budowli.

Nie moglibyśmy byc może oglądać tego miasta w obecnym kształcie gdyby nie podjęty kiedyś ogromny wysiłek zapleńców, którzy chcieli ocalić podupadające budynki, chroniąc zarazem centrum przed zalewem nowoczesnej architektury na gruzach tej starej, zbyt kłopotliwej w utrzymaniu. Zawiązali towarzystwo, które wspierało ochronę zabytkowych domów. Jednym z przejawów ich działalności było coroczne przynawanie nagród „Carolopolis” w rozmaitych kategoriach. Nagrodzone domy (a raczej ich właściciele) mogli z dumą prezentować niewielkie okrągłe tabliczki przytwierdzone do elewacji.

Mnogość kategorii w połączeniu z długim czasem trwania akcji sprawiła, że w historycznym centrumi większość domów takie tabliczki posiada. Nasuwa się więć refleksja, że taka hojność spowodowała raczej dewaluację owych nagród. Być może, lecz misja została spełniona. Budynki zostały uratowane. Może o to chodziło, by niemal każdy przy odrobinie wysiłku mógł sięgnąć po nagrodę? Kosmicznie wyśrubowane wymagania mogłyby przynieść prestiż nielicznym, lecz zniechęcić pozostałych. Być może dzięki nagrodom Carolopolis można podziwiać nie tylko wspaniałe rezydencje, lecz także spacerować po zaułkach, z których każdy pyszni się wypieszczonymi detalami.

Nie tylko czas i wojny ostrzyły sobie zęby na zabudowę miasta. W 1886 roku silne trzęsienie ziemi dotknęło Charleston. Te domy, które nie zostały zburzone, w większości zostały uszkodzone. Aby je ratować, w mury wbudowano specjalne, wzmacniające kotwice, których okrągłe stalowe płyty od tej pory stały się powszechnym elementem tutejszych elewacji.

Trzęsienie ziemi upamietniono także w inskrypcjach.

Ponieważ jedną z głównych róznic między Północą a Południem był stosunek do niewolnictwa, a sam Charleston przez lata był głównym portem, do którego dostarczano nieszczęśników z Afryki., szukałem śladów tej przeszłości. Dlatego właśnie trafiłem do muzeum mieszczącego się w miejscu dawnego targu niewolników.

Brama wejściowa nie zmieniła się od tamtych czasów, poza faktem, że zniknęły ponure więzienne drzwi oraz kraty.

Nie zmienił się tez bruk ulicy wybudowanej z kamieni z całego świata, jakie w formie balastu (do balastowania nie uzywano wtedy wody) dotarły do miejscowego portu na licznych żaglowcach.

Wizyta w tym przybytku rozczarowała mnie jednak. Prawdziwe eksponaty można byłoby policzyć na palcach. Reszta to głównie postery z reprodukcjami. Równie dobrze, a może nawet z lepszym efektem mógłbym przeczytać jakąś ilustrowaną książkę. Byłem zaskoczony jak niewiele (niechlubnych) dokumentów zachowało się od tamtych nie tak odległych przeciez czasów. A może są eksponowane gdzie indziej?

Charleston, 12.10.2009; 07:30 LT

Komentarze