BLIŹNIAKI

Spotkanie z Renatą Dąbrowską, autorką projektu „Ja, Renata Dąbrowska” zwierającego sto fotografii kobiet nazywających się tak samo jak ona odbywało się o godzinie osiemnastej w Gdańskiej Galerii Fotografii. Od Sopotu jest to kawałek drogi, a ponieważ tradycyjnie drzwi biura zamknęliśmy za sobą z opóźnieniem, nie zdołaliśmy dotrzeć na czas. Na szczęście całkiem spory fragment pokazu zaliczyliśmy.

Jak zwykle, najważniejszy jest pomysł. Wydawałoby się, ze nic bardziej banalnego niż zbiór takich portretów, a jednak… Nikt wcześniej na to nie wpadł, nikt nie przeszukał internetu, nie wysyłał tysięcy e-maili, nie przemierzył dwudziestu pięciu tysięcy kilometrów by spotkać te sto kobiet. Najbardziej jednak ujęło mnie to, że Renata Dąbrowska, jak powiedziała, rozpoczęła rzecz całą wyłącznie z własnej ciekawości i dla siebie jedynie. Dopiero z czasem projekt stał się głośny, a jesienią młoda, gdańska pani fotograf otrzymała swoje pięć minut. Bo chociaż zauważona i nagradzana była już wcześniej to jednak dopiero owe sto portretów odbiło się szerokim echem w całej Polsce, trafiając na łamy czasopism, portali internetowych czy telewizji.

Album zawiera prawie same fotografie oraz garść lakonicznych informacji o przedstawionych w nim osobach. Przyznam, że mi brakuje w nim tekstu, paru słów o poszczególnych spotkaniach, w jakich okolicznościach do nich doszło oraz kim na codzień są fotografowane panie. Bardzo fajnie to wyszło na owym spotkaniu. Opowieść autorki wciągnęła nie tylko mnie, lecz także wielu innych uczestników. Niestety, jak powiedziała, ją interesuje przede wszystkim fotografia. Przez fotografie wyraża swoje myśli i uczucia, a pisanie pozostawia tym, którym wychodzi to lepiej niż jej.

Oczywiście na zakończenie spotkania kupiliśmy ten album. Kupiliśmy, ponieważ oprócz zwykłej ciekawości bylismy w pewnym sensie emocjonalnie związani z projektem. Kiedy w sierpniowy piątek przed naszym sobotnim ślubem rozglądaliśmy się za fotografem na te okazję, otrzymaliśmy między innymi taką odpowiedź: „Szczerze przyznam że nigdy jeszcze nikt nie pytał mnie o sfotografowanie ślubu dzień przed tym ślubem :)”. Odpowiedzieliśmy w ciemno, a ponieważ na samą ceremonię też nieznacznie się spóźniliśmy, Panią Fotograf spotkaliśmy i pierwszy raz ujrzeliśmy dopiero gdy wchodziliśmy po schodach w USC. Robiła nam zdjęcia, a dopiero potem mieliśmy okazję zamienić parę słów i bliżej się poznać. Już po ślubie i po imprezie, kiedy rozmawialiśmy o rozmaitych innych sprawach, opowiadała nam o swoim projekcie, który wtedy był na ukończeniu.

Nie mogliśmy tak po prostu przejść obok, kiedy już ujrzał światło dzienne.

Jesteśmy bardzo dumni, że zupełnie przypadkiem trafiła nam się sesja w wykonaniu kogoś, kto w artystycznym światku w Polsce stał się sławny. Dowodzi to raz jeszcze naszej życiowej dewizy, że warto życie brać jakim jest, z dnia na dzień i skupiać się na jego smakowaniu zamiast zamartwiać się problemami i kreować fakty na siłę. Istniała realna groźba, że nie zorganizowawszy zawczasu fotograficznego serwisu, zostaniemy zdani na zdjęcia pstrykane po prostu przez gości. I pewnie wielkiej tragedii by nie było, przeżylibyśmy to jakoś. A jednak zachowując spokój i ufając naszej szczęśliwej gwieździe trafiliśmy na kogoś wyjątkowego. Te ślubne zdjęcia będą dla nas niczym płótna Malczewskiego w galeriach kolekcjonerów.

To tyle o zdjęciach. Winien jeszcze jestem moim czytelnikom kilka słów odpowiedzi, co postanowiłem w związku z blogiem i planowaną zmianą jego adresu. Temat pozornie odległy od projektu Renaty Dąbrowskiej lecz dotykający podobnej sprawy: wspólnych, bliźniaczych imion. Kiedy osiem lat rozpoczynałem pisanie bloga, była to spontaniczna decyzja. Słomiany zapał – myślałem, wiec równie szybko jak płomień słomę trawi, wymyślałem ad hoc nazwę. „Moja Szuflada” – tylko to wtedy przyszło mi do głowy. Dziś, kiedy po latach blog spoważniał i dorobił się jakiejś pozycji pomyślałem, że warto by coś ulepszyć, a przede wszystkim nadać mu bardziej niepowtarzalne imię. Zadałem Wam kilka pytań. I co? Nikt, powtarzam, nikt nie uznał tego pomysłu za dobry. Wszyscy, którzy odpisali, uważali, że powinienem zostać przy starej nazwie i nie bawić się w rewolucje. To było dla mnie zaskoczenie. Wasz głos jest dla mnie decydujący, wiec nawet pod nowym, własnym adresem Szuflada pozostanie „Moją Szufladą”. Kto wie, może kiedyś niczym Renata Dąbrowska ludzi, odszukam tak samo nazywające się blogi. Szybkie przeczesanie wyszukiwarek już przy pierwszym zaciągu przyniosło mi obiecujące rezultaty:

MOJA SZUFLADA                      http://szufladadany.blogspot.com/

MOJA SZUFLADA                      http://mojaszuflada.wordpress.com/

MOJA_SZUFLADA BLOG                 http://moja-szuflada.blog.pl/

MOJA SZUFLADA                      http://szufladamarzeny.blogspot.com/

Z MOJEJ SZUFLADY                   http://z-mojej-szuflady.blog.onet.pl/

Z MOJEJ SZUFLADY                   http://zmojejszuflady.blogspot.com/

SZUFLADA-MOJA                      http://szuflada-moja.blogspot.com/

W MOJEJ SZUFLADZIE                 http://szuflada-margaretki.blogspot.com/

MOJA SZUFLADA NA MIARĘ XXI WIEKU   http://mydrawer.blog.onet.pl/

SZUFLADA                           http://szuflada-szuflada.blogspot.com/

DECO-SZUFLADA                      http://deco-szuflada.blogspot.com/

SZUFLADA LILIANY                   http://szufladaliliany.blogspot.com/

SZUFLADA Z ŻYCIEM                  http://mojaszuflada.blog.onet.pl/

Pozdrawiam wszystkich szufladowych autorów 🙂 

Gdańsk, 05.02.2013; 01:00 LT