JESIENNY CITY BREAK WE FRANCJI (3) – AVIGNON

Pociąg TGV ruszył i początkowo jego prędkość nie robiła wielkiego wrażenia ponieważ znajdowaliśmy się w aglomeracji Lyon. Przyspieszył na dobre dopiero poza granicami miasta, lecz i wtedy nie odczuwało się tego w jakiś szczególny sposób. Potwierdzała ten fakt jedynie jazda na odcinkach równoległych do autostrady. Wiadomo, że prędkość mknących autostradą samochodów przekraczała, czasem nawet bardzo, sto kilometrów na godzinę, a jednak bez najmniejszego problemu wyprzedzaliśmy je wszystkie.

Wszystkie TGV (ponad 460 składów) w sieci liczącej blisko dwa tysiące kilometrów poruszają się z prędkością eksploatacyjną 300 km/h, a na niektórych odcinkach nawet 320 km/h. Mają tym samym znaczącą przewagę nad ich głównym rywalem, japońskim Shinkansenem, którego tylko kilkanaście najnowszych składów osiąga prędkość eksploatacyjną 300 km/h, a pozostałe poruszają się w granicach 260 – 285 km/h. Wspominam o tym, by nie potępiać w czambuł Pendolino, który u nas osiągać będzie prędkości rzędu 200 km/h. Przepaść między nim a Shinkansenem wcale nie byłaby aż tak ogromna. Jak widać co innego maksymalne osiągi na testach, a co innego codzienność Tymczasem najszybszym pociągiem na świecie pozostaje TGV, który oprócz największej sieci oraz prędkości eksploatacyjnych, posiada również światowy rekord prędkości pociągu na testach:  574,8 km/h.

Ile może kosztować przejazd takim cudem? Oczywiście szukaliśmy promocji i znaleźliśmy. Dziesięć euro za przejazd dwustutrzydziestokilometrowego odcinka z Lyonu do Avignon. Tu muszę powiedzieć, że nasze lenistwo, a raczej zmęczenie wzięło górę. Promocja była bowiem dla rannych ptaszków (tak zresztą się nazywała) i dotyczyła pociągu odjeżdżającego parę minut po szóstej rano. Wyceniliśmy możliwość dłuższego snu jako wartą piątaka i pojechaliśmy o rozsądnej dla nas porze za piętnaście euro.

Av 43

Av 02

Godzina jazdy. Tyle mniej więcej potrzebował pociąg, aby pokonać owe dwieście trzydzieści kilometrów, wliczając niezbyt szybki przejazd przez Lyon. Wkrótce wysiedliśmy na dworcu w Avignon.

Av 25

Oczywiście linie TGV, podobnie jak to się ma z autostradami, na ogół omijają miejscowości i przede wszystkim, są oddzielnymi liniami. Dlatego nie wysiedliśmy na tradycyjnym dworcu kolejowym usytuowanym tuż obok murów starego miasta, lecz na stacji Avignon TGV, znajdującej się na peryferiach. Przyjazdy pociągów są jednak skorelowane z odjazdami miejskich autobusów (a przynajmniej nasz był). Za 1,30 euro od osoby autobusem linii 10 w dwadzieścia minut dojechaliśmy w okolice owego starego dworca. Niedaleko mieliśmy zarezerwowany nocleg w „Novotelu” sieci Accors, z której coraz przyjemniej nam się korzysta. Komfort hotelu był na bardzo wysokim poziomie. Designerski, nowoczesny wystrój oraz rozchodząca się wokół woń kwiatów robiły wrażenie, a niezwykle uprzejma obsługa sprawiała, że klient czuł się naprawdę wyjątkowo.

– To są nasze paszporty – poinformowałem recepcjonistę, kiedy odszukał naszą rezerwację.

– Och, nie trzeba, nie jesteśmy na policji – odpowiedział pan.

Zostawiliśmy w pokoju walizki i po chwili ruszyliśmy na zwiedzanie.

Było pięknie. Pomimo końcówki października dzień był słoneczny i tak ciepły, że zdjąłem bluzę i spacerowałem w samym t-shircie.

Mury miejskie znajdowały się po przeciwnej stronie ulicy niż nasz hotel. Niezwykłe, że do dzisiejszych czasów zachowały się w całości. Dwustupięćdziesięciotysięczne miasto rozwijało się, lecz na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, by ten rozwój ułatwić poprzez wyburzenie otaczającej starszą zabudowę konstrukcji.

Av 41

Za murami, na deptaku, posililiśmy się naleśnikami i ruszyliśmy w stronę Pałacu Papieskiego.

Szedłem i rozmyślałem nad realizacją marzeń. Paulo Coelho w „Alchemiku” pisał, że jeżeli bardzo się czegoś pragnie to cały wszechświat pomaga w realizacji tego celu. Myślałem o podróżach i o tym jak bardzo nierealne wydawało mi się kiedyś, że zobaczę Mone Lisę, egipskie piramidy, że dotrę do Machu Picchu albo na Corcovado, Aleję Gwiazd w Hollywood czy Plac Tiananmen. Lata mijały i jakimś cudem kolejne te magiczne miejsca udawało się zobaczyć. Jednym z takich cichych, niespełnionych marzeń pozostawał Avignon. Jest tyle innych, piękniejszych miejsc, lecz kiedy słucha się piosenki o tańczących panach i paniach na moście w Awinion, chciałoby się być przez chwilę jednym z nich. Niewiele jest mostów na świecie, o którym śpiewano by tak powszechnie. A na dodatek my mamy naszą niepowtarzalną wizję ubraną w słowa Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, a na wiele sposobów interpretowaną przez artystów z Ewą Demarczyk na czele, chociaż brali się za ten tekst również i tak odlegli od poezji śpiewanej wykonawcy jak chociażby Budka Suflera

Ten wiersz jest żyłką słoneczną na ścianie

jak fotografia wszystkich wiosen.

Kantyczki deszczu wam przyniosę –

wyblakłe nutki w nieba dzwon

jak wody wiatrem oddychanie.

Tańczą panowie niewidzialni

„na moście w Awinion”.

Zielone, staroświeckie granie

jak anemiczne pączki ciszy.

Odetchnij drzewem, to usłyszysz

jak promień – naprężony ton,

jak na najcieńszej wiatru gamie

tańczą liściaste suknie panien

„na moście w Awinion”.

W drzewach, w zielonych okien ramie

przez widma miast – srebrzysty gotyk.

Wirują ptaki płowozłote

jak lutnie, co uciekły z rąk.

W lasach zielonych – białe łanie

uchodzą w coraz cichszy taniec.

Tańczą panowie, tańczą panie

„na moście w Awinion”.

 

Krzysztof Kamil Baczyński

szpital, kwiecień 1941

 

Teraz to marzenie miało się spełnić, ale most zostawał na deser. Najpierw Pałac Papieski, który własnie wyłonił się zamykając jeden bok ogromnego placu u wylotu wąskiej uliczki.

Av 04

Ogromna, wznoszona na zlecenie kilku kolejnych papieży budowla, wpisana na listę światowego dziedzictwa ludzkości UNESCO, jako najcenniejszy zabytek gotyckiej architektury pałacowej na świecie.

Potęga kościoła w średniowieczu była nierozerwalnie związana z polityką. To papieże wydawali zgodę na koronacje królów i to oni dzielili odkrywane lądy pomiędzy ówczesne mocarstwa. Władza i chęć jej posiadania od zarania dziejów rodziła intrygi i nie był od nich wolny także kler. Do tego stopnia, że jeden z kolejnych papieży, Benedykt XI, wskutek „niepokojów społecznych” musiał opuścić Rzym i przenióśł się do Perugii. Kiedy po jego śmierci kolejnym następcą Świętego Piotra wybrano Francuza, Klemensa V, ten w obawie o swoje bezpieczeństwo przeniósł się w 1309 r. do Avignon. Zapoczatkował tym samym t.zw. „Niewolę Awiniońską” papieży. Urzędowało ich tam w sumie siedmiu, z czego trzech można uznać za budowniczych pałacu. Potem w Awinionie urzędowali jeszcze dwaj antypapieże. Portrety całej dziewiątki jak również trzech najważniejszych dla pałacu można obejrzeć zwiedzając gotyckie wnętrza.

Av 27

Av 28

Oczywiście rezydowanie w Awinionie wiązało się z „opieką” francuskich królów. Te powiązania były o tyle istotne, że wszyscy rezydujący tam papieże byli Francuzami. Jak skomplikowane to były czasy i jak bardzo walka o władzę wzięła górę nad duchowym posłannictwem świadczyć może choćby t.zw. Wielka Schizma Zachodnia. Doprowadziła do tego, że awinioński pałac będący siedzibą jedynie uznawanego „legalnego” papieża, od 1378 roku stał się rezydencją antypapieża. Po śmierci (w Rzymie) urzędującego w Avignon papieża Grzegorza XI, na stolicę piotrową wybrano w 1378 roku arcybuiskupa Bari, który przyjął imię Urbana VI. Jego kontrowersyjne rządy jak i nie do końca przekonujący wybór doprowadziły do buntu części kardynałów. Niecałe dwa miesiące po wyborze zwołano nowe konklawe. Wybrało ono na papieża niejakiego Roberta z Genewy, który przybrał imię Klemensa VII. Klemens VII ekskomunikował Urbana VI, lecz ten nie podporządkował się jego woli, a sam Klemens VII nie zdołał zdobyć Rzymu, więc osiadł w Avignon. Tak doszło do rozłamu w kościele. Wraz z kościołem podzieliła się Europa. Niektóre kraje uznawały papieża z Rzymu, inne zaś z Awinionu.

Trzeba oddać, że kardynałowie i biskupi czynili wysiłki by ponownie zjednoczyć kościół. Dlatego w przypadku śmierci czy to papieża, czy też antypapieża próbowano nie dopuścić do wyboru nowego, lecz ponieważ zwolenników dobrej woli było mniej, zobowiązywano jedynie następcę do czynienia wysiłków na rzecz ponownego zjednoczenia nawet kosztem abdykacji, gdyby sytuacja tego wymagała. Oczywiście nowo wybrany papież zazwyczaj o abdykacji ani myślał.

W 1409 roku zebrał się w Pizie sobór ponad 300 biskupów zirytowanych brakiem porozumienia zwierzchników kościoła rezydujących w Rzymie (Grzegorz XII) i Awinionie (Benedykt XIII). Sobór uznał obydwu za heretyków i wybrał nowego, jedynie legalnego papieża Aleksandra V. Różnica była taka, że teraz woli częsci biskupów i kardynałów nie chciał podporządkować się żaden z „heretyków”. Od tej pory więc jeden rządził w Rzymie, drugi w Avignon, a trzeci w Pizie. Z drobną zmianą, że Aleksander V niedługo umarł, a zastąpił go Jan XXIII. Nie, to nie pomyłka. Jan XXIII. Tyle tylko, że to nie ten Jan XXIII, którego wyniesienie na ołtarze świętowaliśmy kilka miesięcy temu. Schizma skomplikowała numerację, bo o ile wybrany kilkadziesiąt lat po ponownym zjednoczeniu rzymski papież przyjął imię Aleksandra VI (uznając jakby tym samym prawo do imienia Aleksandra Piątego jednego z antypapieży z Pizy), to już wybrany w 1958 Angelo Giuseppe Roncalli przyjął imię Jana XXIII, ignorując w ten sposób następcę owego Aleksandra V.

Uff! Strasznie to skomplikowane i przyznam się, że musiałem kilkakrotnie wracać do tekstów analizując kto po kim, gdzie rezydował i czy legalnie, czy też nie, by chociaż w części zrozumieć całą chronologię tamtych wydarzeń oraz numerację imion.

Jako ciekawostkę uznać należy, że to ów nieuznawany przez dzisiejszy kościół Jan XXIII zwołał w 1414 roku sobór w Konstancji, który miał zakończyć Wielką Schizmę. Sobór zobowiązał wszystkich trzech papieży do abdykacji i ponownego wyboru tego jedynego. Sam Jan XXIII obiecał podporządkować się woli biskupów, lecz kilkanaście dni później nieoczekiwanie opuścił Konstancję. Oczyma wyobraźni widziałem już jak sobór wybiera kolejnego „jedynego” papieża, wskutek czego ich liczba wzrosłaby do czterech. Schwytany jednak i przymuszony, Jan XXIII zrzekł się tronu. Teraz należało przekonać pozostałych. Urzędujący wówczas w Rzymie Grzegorz XII nawet gdyby chciał, nie mógł podporządkowac się woli soboru, zwołanego przecież przez papieża, którego on nie uznawał. Znalazł jednak iście salomonowe wyjście, a mianowicie wydał dekret zwołujący… sobór w Konstancji. Ten sam, który juz od wielu miesięcy obradował. Następnie przyjął jego wcześniejsze ustalenia i ogłosił zamiar abdykacji. Sobór w rewanżu uznał jako ważne dekrety rzymskiego papieża i abdykacja mogła stać się faktem. Tymczasem urzędujący w Avignon Benedykt XIII postanowień soboru nie uznał i o abdykacji ani myślał. Pomimo to wybrano nowego papieża, Marcina V, który stanął na czele ponownie zjednoczonego kościoła rzymsko-katolickiego w miejsce dotychczasowych papieży z Rzymu i Pizy. Ten w Avignon urzędował aż do śmierci, lecz jego rola została zupełnie zmarginalizowana poprzez wycofywane poparcie kolejnych krajów.

Ciekawe, czy poważnie naruszone zębem czasu drzwi wiodące na dziedziniec pamiętają tamte wydarzenia?

Av 06

Dziedziniec sprawia ponure wrażenie. Sam pałac bowiem po okresie swojej świetności zaczął niszczeć, a w okresie rewolucji francuskiej został kompletnie ograbiony. Na obrazch z przełomu XVIII i XIX wieku jest już raczej tylko ruiną. Czas jakiś służył jako koszary. Dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku przystąpiono do jego odbudowy, która trwa do dzisiaj.

Av 07

W poprzednim wpisie pisałem o rzymskich zabytkach w Lyonie i o tym, że widzimy gołe kamienie, pozbawiając naszej wyobraźni wrażenia gładkich, malowanych tynków. Oglądając pałac papieski chciałbym też móc zobaczyć go takim, jakim był w czasach świetności, a nie smutne mury. Jakim był świadczą nieliczne zachowane w dawnym stylu komnaty, jak choćby bogato zdobiona freskami kaplica Św. Jana.

Av 09

Wchodzi się do niej z t.z. Sali Konsystorzowej (Consistoire), gdzie m.in. przyjmowano posłów i monarchów z różnych stron świata. W tej sali m.in. papież wydał zgodę na koronację Władysława Łokietka. Dziś oglądać tu można jedynie muzealne eksponaty, w tym makietę pałacu z czasów świetności.

Av 08

Av 10

Ślady fresków zachowały się także w innych komnatach.  Może doczekają się odnowienia?

Av 11

W jednej z wież znajdował się skarbiec, do którego wstęp mieli trzej najważniejsi ludzie dworu, w tym oczywiście sam papież. W narożniakach niewielkiej sali pod kamiennymi płytami kryło się coś w rodzaju ogromnych sejfów. Ileż tam musiało być złota, srebra, kamieni szlachetnych i pieniędzy!

Av 12

Wyszliśmy na mniejszy dziedziniec, by po schodach wejść na pierwsze pietro.

Av 13

Tam szczególną uwagę przykuwała ogromna Sala Audiencyjna, gdzie obradował m.in. trybunał papieski.

Av 14

Okna! Zapewne nieoryginalne, ale wykonane w technice z tamtych czasów. Przez niewielkie, grube szkiełka Avignon wydwawał się jak zdjęty z płócien impresjonistów.

Av 15

Wspominałem o ścianach i freskach, lecz nie było ani słowa o podłogach. W jednej z sal obejrzeć można zebrane płytki z posadzek.

Av 16

Av 18

Wyeksponowane w takiej formie nie robią wielkiego wrażenia. Jest jednak jedna sala (nie wolno w niej robić zdjęć, więc na poniższej fotce wykonannej z sąsiedniego pomieszczenia widać jedynie fragment ściany), w której zachowały się zarówno freski jak i oryginalna posadzka. I muszę przyznać, że dopiero to wszystko razem pozwala wyobrazić sobie panujący tutaj przed wiekami przepych.

Av 17

W pałacu papieskim odbywała się akurat wystawa Stefana Szczesnego.

Av 20

Myślałem, że to polski artysta, lecz okazuje się, że urodził się w 1951 roku w Niemczech i takie ma też obywatelstwo.

Jego malarstwo może niezupełnie nawiązuje do religijnej przeszłości tego miejsca, lecz nie nam decydować o tym co ma wisieć na ścianach w Avignon.

Av 21

Wyszliśmy na górę, skąd oglądać mogliśmy mury pałacu oraz złoconą figurę Madonny na szczycie wieży kościoła Notre Dame des Doms – najstarszej świątyni miasta, która kryje m.in. groby papieży Jana XXII i Benedykta XII.

Av 47

Av 24

Duże wrażenie robi widoczny na powyższej fotografii, położony po przeciwnej stronie Rodanu fort Św. Andrzeja. To już Villeneuve, a nie Avignon i Langwedocja, a nie Prowansja. W tamte właśnie okolice prowadził słynny most.

Av 23

Zmierzchało kiedy opusczaliśmy Palais des Papes. Wyszliśmy na zewnątrz murów miasta, nad brzeg Rodanu.

Av 30

Wokół muru prowadzi miejska obwodnica, pełna samochodów. Nad nią zauważyliśmy fragment słynnego mostu.

Av 32

Zeszliśmy zupełnie nad brzeg rzeki. Ukazał się w całej okazałości.

Av 31

Do dziś zachowały się jedynie cztery przęsła, lecz oryginalnie miał ich aż dwadzieścia dwa i z drugim brzegiem łączył się w miejscu gdzie do dziś pozostała jedynie samotna baszta.

Av 40

Most nosi imię Świętego Benezeta, którego grób zresztą znajduje się w krypcie na jednym z ocalałych filarów.

Av 34

Benezet nigdy świętym nie został, ale ponoć miał otrzymać polecenie z niebios nakazujące wybudować w tym miejscu most. Potrafił przekonać do tego biskupa, a za sprawą cudu, którego dokonał przekonał też mieszkańców miasta, by założyli „Bractwo Mostowe” i ze składek zbudowali przeprawę. W ciągu ośmiu lat (1177-1185) długi na dziewięćset metrów most wubudowano. Czapki z głów jeżeli weźmie się pod uwagę ówczesną technikę oraz kapryśną, wielką rzekę.

Po tej tronie Rodanu na most równiez wchodzi się przez basztę, w której zresztą sprzedawane i kontrolowane są bilety. My korzystaliśmy z tego zakupionego „na dwie atrakcje” już w pałacu papieskim. Z pierwszego przęsła oglądaliśmy jeszcze ruchliwą ulicę.

Av 33

A potem poszliśmy w stronę gdzie trakt się urywał.

Av 36

Z tamtej okolicy pieknie prezentowała się panorama miasta z pałacem na czele. Żeby zrobić zdjęcie, trzeba było odczekać swoje, bowiem wieczorem zwiedzających było nawet jakby więcej.

Av 35

Ktoś tańczył salsę, więc na koniec postanowiliśmy tradycji uczynić zadość i my, wykonujac cha-chę, nie zważając, że niezbyt pasuje ona do średniowiecznego otoczenia. Zatańczyliśmy na moście w Awinion i to się liczyło! A potem zeszliśmy jeszcze poniżej krypty z sarkofagiem Św. Benezeta, by obejrzeć most z innej perspektywy.

Av 38

Av 37

Przez basztę wróciliśmy na brzeg.

Av 39

Ponieważ zrobiło się juz zupełnie ciemno przeszliśmy kawałek w dół rzeki, by obejrzeć most w całości w wieczornej iluminacji. Wyglądał efektownej niż w dzień.

Av 26

Teraz właściwie mogliśmy już wracać do hotelu. Po drodze trafiliśmy raz jeszcze na plac przed Pałacem Papieskim i również ten obiekt mogliśmy obejrzeć w efektownym oświetleniu.

Av 42

Nazajutrz rano bez pospiechu zjedliśmy śniadanie i znanym już autobusem,  „dziesiątką”, pojechaliśmy na dworzec TGV. Ostatnie fotki przed wejściem do nowoczesnego budynku, a potem już schodami na peron.

Av 46

Av 45

Znów czekała nas godzina jazdy, a później ostatni dzień w Lyonie. Opisałem już go jednak w pierwszej notce. To był ciekawy wypad. Intensywny, różnorodny, a na dodatek niemalże letni, chociaż jesienny.

Gdańsk; 08.11.2014; 23:45 LT

Komentarze