3 MOLA 2012

Wypiłem już theraflu, possałem strepsils, a teraz zaliczam kolejną gorącą herbatę z cytryną. Dawno tak nie zmarzłem jak podczas dzisiejszego maratonu. Gorąca zupa na mecie była chyba najsmaczniejszą, jaką zdarzyło mi się jeść. Po nawrotce w Brzeźnie i gradobiciu ze szkwałami w Jelitkowie do Gdyni płynąłem niemal całkowicie przemoczony. Chińska kurtka z gore-texu chyba z prawdziym gore-texem miała chyba tylko wspólną nazwę. Dobrze, że są telefony komórkowe. Zadzwoniłem do Mojego Anioła i krótko po dodtarciu na metę dowiozła mi komplet suchych ciuchów. I pomyśleć, że niedawno w Pieninach maszerowałem jedynie w t-shircie pomimo podobnie niskiej temperatury. Woda i wiatr robią jednak swoje. Nie zazdroszczę jednemu z uczestników, który podczas owego sztormowego odcinka zaliczył wywrotkę. W takiej wodzie nawet kwadrans to sporo.

– Tempeartura w Gdańsku do dwunatsu stopni. Opady deszczu nawet do piętnastu litrów na metr kwadratowy. Wiatr w porywach do 60 km/h. Na Bałtyku sztorm do 8°B. – informowała rano prognoza pogody. Nie wyglądało to najlepiej jak na dzień, w którym miały się odbyć zawody kajakowe oraz festyn na plaży.

Na szczęście rano wiatr wiał z północnego zachodu, a to oznaczało, że od lądu, więc nie powinno byc większych problemów z falowaniem. I rzeczywiście. Pomijając zimno, na plaży w Gdyni woda w Bałtyku była wyjątkowo spokojna.

3 mola 2012  (02)

Tegoroczny maraton kajakowy odbył się w nieco innej formule niż rok temu. Przede wszystkim trasa została wydłużona do 28 kilometrów. Start i metę przeniesiono do Gdyni. Dalej było podobnie. Trzeba było zameldować się na punktach kontrolnych ustyuowanych na molach w Orłowie, Sopocie i Brzeźnie oraz wrócić tą samą trasą. 

W zeszłym roku najbardziej doskwierała mi niestabilność morskiego kajaka. Grzebiąc w plecaku aby wyjąć aparat fotograficzny, musiałem przez cały czas mieć napiętą uwagę, żeby nie wykonać jednego fałszywego ruchu, bo natychmiast nastepowało gwałtowne fiknięcie i tylko szybki balans ciałem zapobiegał wywrotce. Tym razem poprosiłem o coś bardziej stabilnego. Ścigać się o medale i tak nie miałem szans, więc niuanse co do osiąganych prędkosci nie miały większego znaczenia. Miałem natomiast komfort na wodzie. Mój „Traper” był szerszy i krótszy od morskich kajaków. Wygladał przy nich trochę jak balia.

3 mola 2012  (05)

Krótko przed jedenastą zajęlismy miejsca na starcie.

3 mola 2012  (03)

Punktualnie o 11:00 sędzia dał sygnał do startu.

I ruszylismy. Liczyłem na to, że numer startowy 17 przyniesie mi odrobinę szczęścia na trasie by dojechać i wrócić bez szczególnych przygód, być może nie na ostatnim miejscu.

3 mola 2012  (06)

Szybko okazało się jednak, że mój pękaty kajak w połaczeniu z umiejętnościami niedzielnego kajakarza swojego dowódcy będzie się po wodach zatoki bardziej poruszać dostojnie jak wieloryb niż śmigać niczym delfin. Ci najlepsi szybko odskoczyli daleko do przodu. 

3 mola 2012  (07)

Powtarzałem sobie: „ płyń swoim tempem, nie ścigaj się”, ale widok oddalającej się czołówki mimo wszystko działa demobilizująco. Kiedy więc po kilkunastominutowym mocniejszym wiosłowaniu już na końcu gdyńskiego bulwaru poczułem „krótki oddech”, przyszło zwątpienie. „Na co się porywasz człowieku? Kiedy wrócisz, meta będzie już dawno zamknięta”. I paradoksalnie, kiedy ci najlepsi już prawie zniknęli mi z oczu, zaczęło się płynąć zdecydowanie spokojniej. Gdzieś na wysokości redłowskiego klifu wreszcie złapałem swój rytm i zacząłem płynąć normalnie. Pięknie wyglądało od strony wody urwiste wybrzeże, z osuwiskami, które pociągnęły za sobą kolejne drzewa porastającego górną część brzegu lasu, oraz z głazami sterczącymi wprost z morza. Nie chciałem jednak odpinać holdera, i wyciągać aparatu bo znów wypadłbym z rytmu. Poza tym pojawiły się pierwsze fale, ale to chyba był bardziej przybój niż wiatr. Tym bardziej, że kiedy minęłiśmy cypel, znów zrobiło się spokojniej. Pierwsze molo, w Orłowie, było już całkiem blisko. Spojrzałem w dal. Oświetlone przedierającymi się przez chmury refleksami słońca molo  w Sopocie było dobrze widoczne, ale to był dobry kawałek drogi. Mola w Brzeźnie natomiast zupełnie nie mogłem odszukać. W końcu dostrzegłem białą plamkę. Pamiętałem, że na molo ustawiony był długi, biały namiot. To musiało być to. Cholera, daleko.

Kiedy zameldowałem się sędziom na molo w  Orłowie, spojrzałem na zegarek. Od startu minęło trzydzieści osiem minut. Z zeszłego roku pamietałem, że czeka mnie teraz okolo czterdziestu pięciu minut machania wiosłami do mola w Sopocie. Zanim tam jednak dotarłem rozpoczęły się silne podmuchy wiatru. Niebo nad Sopotem i Gdańskiem pociemniało. Od strony otwartej zatoki nadchodził coraz większy rozkołys, a od brzegu wiało silnie, woda szybko się pomarszczyła i pojawiły się pierwsze grzywacze. O 12:20 zameldowałem się sędziemu na falochronie sopockiej mariny i ruszyłem dalej. Fala wzrastała, od lądu tez wiało coraz silniej więc postanowiłem nie płynąć do Brzeźna „na krechę”, po cięciwie łuku wybrzeża zatoki, lecz trzymać się blisko plaży. Dłuższa droga, lecz spodziewałem się mniej komplikacji z falami. Te zaś rosły coraz bardziej. Szkwały też pojawiały się coraz częściej. To, że kajak był krótki pozwalało mi spokojnie spływać w dolinę fali i w miarę łagodnie wznosić się na kolejnej. Bywało, że większe fale niosły mnie jak surfera. Zastanawiałem się tylko co będzie w drodze powrotnej. Będzie wszak trzeba wiosłować pod wiatr i falę. A te ciągle rosły. Myślę, że istotne także było to, że Gdańsk był najbardziej odsłonięty na północno-zachodni kierunek wiatru. Stąd to systematyczne pogarszanie się warunków. 

Koło mola w Brzeźnie był zakotwiczony jacht. Tam należało się zameldować, opłynąć go i ruszyć w drogę powrotną. Pozycja jachtu znajdowała się niemal dokładnie na wysokości mola, oczywiście bardziej w kierunku otwartego morza. Stamtąd też nacierały spienione fale. Żałuję, że nie zrobiłem żadnego zdjęcia, ale w tych warunkach szukanie aparatu zamiast skupienia na wiosłowaniu to byłaby lekka przesada. Podobnego zdania byli chyba sędziowie na jachcie, którzy odpuścili konieczność jego opływania.

– Nie trzeba opływać! Warunki są jakie widać! Zawracajcie i powodzenia w drodze powrotnej!

Ruszyłem dziarsko. Kajak pokonywał kolejne grzbiety fal, zapadał się w doliny, a wiatr zacinał bryzgami wody niemal prosto w twarz. Po kilku minutach wiosłowania obejrzałem się za siebie i… ujrzałem niedaleko molo przy którym robiliśmy nawrotkę. Pokonałem dystans zupełnie nieadekwatny do włożonego wysiłku. Uznałem, że nie ma sensu kopać się z koniem i wziałem kurs w kierunku plaży. Zakładałem że płynąc przy samym brzegu szybciej zostanę osłonięty od wiatru i fal gdy ten zacznie powoli wyginać ku północy. Musiałem jedynie uważać by nie dostać się w strefę przyboju, gdzie fale załamywały się w białej kipieli.

Mozolnie posuwałem się naprzód. Z tej perspektywy mogłem oglądać tablice z numerami wejść na plażę i odhaczać w myślach kolejne z nich. Dawno straciłem z oczu pozostałe kajaki, a pamiętam, że na nawrotce przy jachcie oprócz mojego znalazły się co najmniej trzy inne. Takie samotne płynięcie, monotonne mahanie wiosłami  pozwala swobodnie płynąć myślom i powoli zatraca się poczucie czasu. Tego bardzo brakuje mi na codzień więc traktowałem ów stan jako rodzaj bonusa za podjęte wyzwanie. 

Gdzieś przed dziobem coś wynurzało się z wody regularnie. Mewa? Wytężyłem wzrok. Nie! Człowiek! Ktoś w samych tylko kąpielówkach i okularkach na oczach płynął crawlem w kierunku brzegu! Jezu! Ja już miałem zgrabiałe z zimna ręce, ktoś kto miał wywrotkę (o czym dowiedziałem się dopiero na mecie),  wyłowiony po kwadransie został odwieziony do szpitala, a tu jakiś mors delektuje się pływaniem w taką pogodę. Pewnie żałuje, że nie ma już wokół lodowej kry. Zatrzymałem się na chwilę by przepuścić przed dziobem pływaka. Ten również na chwilę przestał machać rękami, spojrzał na mnie jak na jakieś dziwadło i po sekundzie ruszył dalej w kierunku brzegu. Brzegu, znad którego nadciągała teraz jeszcze ciemniejsza chmura. Widzialność w tamtym kierunku gwałtownie się pogarszała, co mogło oznaczać tylko opady. Po chwili zerwał się kolejny szkwał. Ciekawy widok. Spienione fale atakowały brzeg, a tymczasem szkwał zrywał grzbiety grzywaczy i gnał pył dokładnie w przeciwnym kierunku, ku morzu. Jeszcze chwila i… sypnęło gradem. Darmowy peeling lodowymi bryłkami ciskanymi wiatrem w twarz. Jedyna pozytywna strona owego gradobicia, które z czasem zmieniło się w ulewę to ta, że opad momentalnie stłumił fale. Stały się łagodniejsze. Poczułem jednak, jak strużki wody zaczynają cieknąć mi po plecach. Kurtka okazała się nieprzemakalna tylko z nazwy.

Zacząłem jednak płynąć szybciej. Na trawersie znalazła się bryła wieżowca Novotelu na granicy Gdańska i Sopotu. To dodało mi otuchy. Sopockie molo wciąż wydawało się odległe lecz kiedy deszcz ustał, ukazało się w całej ostrości zupełnie blisko. Wraz z deszczem ustał i wiatr. Warunki polepszały się z każdą minutą. Katem oka zauważyłem, że ku molo płyną z otwartego morza trzy kajaki. Znajdowały się za mną. Nie byłą zła więc ta decyzja by trzymać się brzegu. Był kwadrans  po drugiej gdy zameldowałem się na punkcie kontrolnym w Sopocie i ruszyłem w kierunku Orłowa. Trasę Sopot – Gdańsk pokonałem w czerdzieści pięć minut. Powrotna, pod wiatr i falę zajęła mi godzinę i pietnaście minut.

Za Sopotem znów przyszła kolejna ulewa i szkwał, ale był to już chyba ostatni atak złej pogody. Woda wygładziła się zupełnie. Łagodny rozkołys był miłym urozmaiceniem żeglugi. Trzy kajaki, które płynęły za mną, zbliżały się coraz bardziej. Jeden minął mnie krótko przed dotraciem do mola w Orłowie. Zanim dopłynęliśmy do Cypla Redłowskiego wyprzedziły mnie pozostałe dwa. Przez parę minut próbowałem jeszcze zwiększyć tempo, utrzymac się razem i być może powalczyć o lepszą lokatę na mecie, ale nie było już jak wykrzesać tej dodatkowej energii. Trudno, będę ostatni, ale przepłynąłem.

Plaża w Gdyni była już w zasięgu wzroku. Jeszcze tylko minąć Polankę Redłowską, przepłynąć wzdłuż bulwaru. Front atmosferyczny odpłynął gdzieś na wschódi Gdynia witała nas słońcem. Tyle tylko, że nie dawało ono ciepła. A może ja go nie czułem w przemoczonych ciuchach. Już widać plażę i upragniony napis „meta”. Jeszcze tylko parę machnięć wiosłem i brzeg.

3 mola 2012  (04)

Sędziowie mierzą czas. Czetry godziny czterdzieści cztery minuty i ileś tam sekund. Zwycięzca pokonał tę trasę w trzy godziny i siedem minut. Lądował wGdyni kiedy ja dopiero mijałem molo w Sopocie. Najbardziej jednak zaskoczony byłem, kiedy okazało się, że sędziowie wypatrują przez lornetkę jeszcze dwóch kajaków. Nie byłem więc ostatni! Trzeci od końca, a jeśli liczyć tego nieszczęśnika, który zamiast na mecie wylądował w szpitalu, to nawet czwarty

Gdańsk; 02.06.2012; 23:45 LT

Komentarze