Do domu, daleko od dzieci.

Do domu, daleko od dzieci.

Zaczyna się wieczór. Pociąg sunie leniwie wśród pokrytych gruba warstwą śniegu pagórków Przedgórza Sudeckiego. Udało mi się kupić bilet na sypialny więc siedzę w zamkniętym przedziale i piszę kolejny rozdział bloga.   Zdołowany jestem. Zawsze jestem, gdy wracam od dzieciaków, albo gdy one odjeżdżają ode mnie. Nastrój tym bardziej podły im fajniej było nam razem. I nie zmącił go nawet zły humor mojej eks, która przygotowała mielone do usmażenia, a my ich nie usmażyliśmy, tylko poszliśmy na pizzę. Ba! Tylko…

Read More Read More

PKP wita

PKP wita

Słowo sie rzekło, kobyłka u płota… Dziś trochę o PKP. Kiedy siedziałem na lotnisku w Wilmington, robiony w bambuko przez tamtejsze linie lotnicze, zaryzykowałem tezę, że zbyt pochopnie oceniamy (negatywnie) nasze koleje. I byłbym zapewne tkwił w błogiej nieświadomości, gdyby nie konieczność skorzystania z ich usług. W czwartek dojechałem do Szczecina. Miło było, ale obowiązki wzywały na piątek do Gdyni. Nie przejmowałem się tym zbytnio, wiedząc, że pociąg odjeżdża o 20:50 i ma być w Gdyni około drugiej w nocy. To było optymalne rozwiązanie, pozwalajace…

Read More Read More

Nie zadzwonił…

Nie zadzwonił…

Przekręcałem się właśnie na drugi bok gdy w przebłysku świadomości zerknąłem na zegarek. Włosy (he, he, włosy!) stanęły mi dęba, w czaszce coś eksplodowało i jak z katapulty wyskoczyłem z łóżka. Myjąc zęby i goląc się (jak to cholernie długo trwa) próbowałem jeszcze na wpół nieprzytomny zrozumieć co się stało. Przecież ustawiałem budzik w komórce na 07:15! Co prawda, kładłem się spać o 06:00 (nocna podróż ze Szczecina do Gdyni) więc ryzyko było duże, ale spać prawie do dziewiatej??? Po wyjściu z…

Read More Read More

Orwell i kawa o poranku.

Orwell i kawa o poranku.

Nie pisałem jeszcze bloga dziesięć tysięcy metrów nad ziemią. Lecę z Orlando do Waszyngtonu. Tam będę mieć przesiadkę na samolot do Frankfurtu. Ranek był taki, jak sobie zaplanowałem. Najpierw o 07.15 zadzwonił budzik komórki, a o 07.20 powtórzył alarm zegarek na ręce. To podwójne zabezpieczenie oczywiście na wypadek gdybym chciał jeszcze trochę poleżeć, co zazwyczaj prowadzi do nieuchronnego przespania właściwej pory. A spać tradycyjnie chciało mi sie bardzo. Najpierw więc, w ramach rozbudzania sprawdziłem na CNN prognozę pogody. Na północy…

Read More Read More

A po pracy plaża.

A po pracy plaża.

Księżyc w pełni odbijał się tysiącami srebrnych refleksów na powierzchni zmarszczonego oceanu. W tej poświacie przesuwał się ciemny kadłub „Merita", który dopiero co opuścił Port Canaveral. Wkrótce zniknął zasłonięty drewnianą budką nieczynnego baru na końcu mola. Dopiłem kawę, zapłaciłem rachunek za kolację i opuściłem gościnną knajpkę. Statek popłynął do Tampy, a ja wróciłem do hotelu. Jutro czeka mnie lot powrotny. Miły odpoczynek po pięciodniowej inspekcji. Mister Singh nie potraktował nas źle. Być może dlatego, że to już trzeci statek w…

Read More Read More

Chyba już nic się nie zdarzy.

Chyba już nic się nie zdarzy.

Dochodzi północ. Przed chwilą zacumowalismy w Port Canaveral. Ogrzewanie wyłączone, więc siedzę w kabinie w polarze. Ktoby pomyślał, że to Floryda? Przez cały dzień wiał silny i zimny wiatr. W połączeniu z ciepłym Golfstromem doprowadził do ciekawego zjawiska, zwanego dymieniem morza. Wzburzona powierzchnia oceanu parowała jak okiem sięgnąć, jakby podgrzewana od spodu jakąś niewidzialną grzałką. Dzień minął na kontynuowaniu inspekcji. Jedynie elegancko podany obiad, z czerwonym winem oraz kolacja przy świecach (szkoda, że tylko w męskim towarzystwie) przypominały nam, że…

Read More Read More

Podróż w stronę nieba.

Podróż w stronę nieba.

Zaczęło kiwać, więc to znaczy, że wyszliśmy już na ocean. Zasięg w komórce się skończył i od tej pory będzie mi ona służyć jedynie jako budzik. Tylko do jutra do wieczora. Jesli pogoda pozwoli, o dwudziestej powinniśmy dopłynąć do Port Canaveral. I tym razem również nie znajdę czasu by odwiedzić ośrodek lotów kosmicznych NASA. Inspekcja po inspekcji, Coast Guard, klasyfikator, ubezpieczyciel, krok po kroku posuwamy się do przodu. Jak dobrze pójdzie, to we wtorek w południe bedzie po wszystkim i…

Read More Read More

Cały dzień czekania.

Cały dzień czekania.

Lotnisko w Atlancie. Już od 27 godzin jestem w podróży, a czeka mnie jeszcze ostatni odcinek. Wszystko przez opóznienie wylotu z Rio de Janeiro. Nie zdążylismy na czas do Miami i w efekcie posypaly mi się następne połączenia. Pomyślałem sobie, że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. Kupiłem coś do jedzenia na śniadanie, dużą kawę, wyciagnałem laptopa i przynajmniej zacząłem nadrabiać zaległości w służbowej korespondencji. Spokojnie, bez pospiechu, między jednym łykiem kawy a drugim, obserwując przez szybę…

Read More Read More

Skradzione wspomnienia

Skradzione wspomnienia

Drugi dzień w Recife. No, nie powiem, przyjemnie jest. Głównie za sprawą hotelu – blekitnego wiezowca. Nazywa się Atlante Plaza, ma pięć gwiazdek i znajduje się przy samej plaży. Mieszkam na dwunastym piętrze i mam niezły widok na brzeg morza. Oczywiście skorzystałem z okazji i wykapałem się. Woda ciepła jak zupa, i tak jak zupa za słona. Ale pływało się bosko chociaż niedaleko. Niedaleko, bo za rafami, odległymi jakieś 30-50 metrów od brzegu, rozpoczynało się królestwo rekinów. Ostrzegają przed tym…

Read More Read More

Jak można siedzieć na kamieniu i być smutnym?

Jak można siedzieć na kamieniu i być smutnym?

  Ostani dzień w Vitorii. Dziś w koncu musiałem troche popracować, wszak po to tu przyjechałem. Skonczyłem jednak na tyle wcześnie, że jeszcze zdążyłem się wykąpać w cieplutkim morzu, póść na piwo do ulubionego ogródka przy promenadzie (a termometr z wielkim, elektronicznym wyświetlaczem wskazywał właśnie +36C) i załapać się na finałowe mecze plażowego futbolu. Moi faworyci, którym kibicowałem wczoraj w półfinale, bo braki techniczne nadrabiali wolą walki i pokonali lepszych 3:1, dziś już po kilku minutach przegrywali 0:4 i dopiero…

Read More Read More