KAZIMIERZ

  

O Kazimierzu dotychczas tylko słyszałem. W przeszłości ilekroć bywałem w Krakowie, trasy moich spacerów wiodły badziej tradycyjnymi ściezkami. Później przeczytałem lub usłyszałem tu i ówdzie o prawdziwym renesansie tej dzielnicy, o swoistej modzie na to miejsce. Skoro więc przyjechałem znów do Krakowa, warto było wreszcie tam się wybrać.

Spodziewałem się, że zobaczę pięknie odrestaurowane budynki oraz ulice. Tymczasem renowacja objęła zaledwie niewielki fragment tej częsci miasta. Lawina juz jednak ruszyła. Wysyp knajpek, które zdają się być największym bogactwem dzielnicy nie powstrzyma już inwestorów. Tradycyjnie ludzie głosuja nogami, a tam gdzie tłumy odwiedzających, tam zostają spore pieniądze. Te zaś nie lubią leżeć bezczynnie, a kolejne inwestycje będą przyciągać następne. Chyba, że pewnego dnia moda się odwróci.

Byłem więc lekko zawiedziony gdy dowiedziałem się, że to co zobaczyłem najpierw, ulica Szeroka, tak niepozorna z wyglądu, to właściwie wizytówka „tego” Kazimierza. Tylko tyle? Potem jednak spacerując jej lewą stroną spojrzałem pod słońce w kierunku niewielkiej ulicznej pompy. Dwóch małych chłopców zawzięcie machało jej dźwignią. Najpierw jeden pił wodę, a potem jego kolega obmywał ręce i twarz. Gdzieś wokół nich kręcił się pies. Ten prześwietlony słońcem obrazek trwał kilka sekund, podczas których wyobraziłem sobie te samą pompę stojącą tu być może przed wojną i korzystających z niej ówczesnych, żydowskich mieszkańców pobliskich kamienic. Od tej chwili przestały być dla mnie ważne odnowione fasady kamienic, a bardziej to, co zostało z tamtego, przedwojennego świata.

Oczywiście nie mogło obejść sie bez wizyty w Starej Bożnicy, której bryła zamyka ulicę Szeroką od południa.

Mieści się tam obecnie muzeum historii Żydów krakowskich, ale muszę przyznać, że tu znów się rozczarowałem. Spodziewałem się ekspozycji obrazującej dzieje tej społeczności w Krakowie, a tymczasem znalazłem sie na wystawie obrazów żydowskich artystów związanych mniej lub bardziej z tym miastem. W centralnej sali, urządzonej tak, by nie pozbawiac jej pierwotnego charakteru zebrano zaś rozmaite przedmioty charakterystyczne dla religii, obrzędów oraz drobiazgów codziennego użytku dawnych tutejszych mieszkańców. Oglądając to muzeum uświadomiłem sobie jak niewiele wiem o tych ludziach, jak mało znane jest mi przeznaczenie wielu tych przedmiotów oraz ich genealogia. I właśnie brak chociażby krótkiego objaśnienia był dla mnie minusem tej wystawy.

Po wyjściu z boznicy, wróciliśmy kawałek drugą stroną ulicy Szerokiej aby wejść na stary Cmentarz Remu. Swoja nazwę, podobnie jak przylegająca doń inna bożnica zawdzięczają wybitnemu rabinowi, Mojżeszowi Isserlesie, zwanemu w skrócie Remu, który żył w latach 1525-1572 i w owej bożnicy, wzniesionej zresztą staraniem swojego ojca, żarliwie się modlił. Cmentarz został założony w 1552 roku i był czynny do roku 1800.  Z hebrajskich inskrypcji niewiele mogłem się dowiedzieć. Już jednak sama wędrówka w tak odległy zarówno kulturowo jak i czasowo świat była niezwykłym przeżyciem.

I już na samym jej początku uwagę moją zwróciły… kamienie. Leżały na wiekszości nagrobków. Zastanawiałem się, jaka jest ich rola.

– To symbol pamięci – odpowiedział nam sprzedający bilety w boznicy mężczyzna.

– Tak jak u nas świece?

– Nie! Świece palą się także i u nas. To tak jak u was kwiaty. Z tym, że kwiaty za kilka dni zwiędną, a kamień trwa wiecznie.

Pod tymi kamieniami, gdzieniegdzie można było zobaczyć zapisane karteczki. Pomyślałem, ze byc może są to takie same karteczki jakie składa się w nadziei między kamieniami jerozolimskiej Ściany Płaczu.

Po wizycie na cmentarzu obejrzelismy wnętrze bożnicy, która nadal pełni swój religijny charakter. Jest taka niewielka, a jest ponoć głównym miejscem judaistycznego życia religijnego w Krakowie.

Stamtąd wąskimi uliczkami przeszlismy na plac Nowy. I to juz jest zupełnie inny świat, pomimo, że dzielnica i historia ta sama. Ulica Szeroka była jakby jednym wielkim skansenem. Wszystko co przyniej się znajdoowało, związane było z żydowskim charakterem tego miejsca. Wszystkie restauracje znajdujace się wzdłuz niej urządzone były w żydowskim stylu i oferowały mniej lub bardziej żydowskie menu. Tymczasem plac Nowy i okolice opanowany został przez bohemę. Żydowskie kamienice użyczyły im tylko miejsca, czasem charakterystycznej nazwy ulicy, lecz charakter tych przybytków jest zupełnie odmienny. Ulica Szeroka jest dla turystów szukających żydowskich korzeni. Plac Nowy dla wszystkich pozostałych, ze szczególnym uwzględnieniem studentów. I znów – trudno doszukać się architektonicznej urody. Kiedy spojrzeć w górę, większość kamienic wciąż „straszy” odrapanymi murami. Ale ta atmosfera parterów, gdzie nie ostał sie już chyba ani jeden metr kwadratowy nie zajęty przez pub, kawiarnię czy inną knajpkę.

Tu, przy ulicy Estery 10 mieszczą się „Kolory”  ( www.kolorycafe.pl ). Utrzymana w stylu francuskim kawiarnia prowadzona przez moja koleżanke poznaną kiedyś na Niemcowej. Ach ta Niemcowa! Kiedys z Niemcowej pojechaliśmy cała grupą na spływ Krutynią. Pamiętam jej brawurowe wykonanie wierszyka o marynarzu podczas wieczornego biesiadowania przy ognisku:

Zuch marynarz, chłopak młody,

Rumbaj dija, rumbaj da

Nie boi sie słonej wody,

Rumbaj dija, rumbaj da,

A zdumiona morska rybka,

Rumbaj dija, rumbaj da,

Wytrzeszcza na niego ślipka

Rumbaj dija, rumbaj da.

Końcówka wyleciała mi zgłowy, ale kończyło się patetycznym „Niech nam żyją marynarze” J.

Nie widzieliśmy się od tamtej pory. Dostałem ten adres dzień wcześniej od innej uczestniczki tamtego spływu, z którą utrzymujemy kontakty do dziś. A spływ ów (niech mi obydwie uczestniczki wybaczą) miał miejsce równe dwadzieścia pięć lat temu.

– Przepraszam, czy ty jesteś Baba? – zapytałem – Bo ja jestem Stéve

Dalej już nie pamiętam dokładnie bo musieliśmy natychmiast całą piątką t.zn. ja, Paulina, Tomek, moja Eks oraz jej obecny mężczyzna usiąść i pozwolić się ugościć niesamowitej włascicielce lokalu.

Jak opowiedzieć ćwierć wieku w pietnaście minut? Mieliśmy maksymalnie pół godziny, bo zbliżał się czas odjazdu mojego pociągu do Gdyni. Kilka zdawkowych opowieści, kilka wspomnień, parę pytań o znajomych i już trzeba dopijać kawę i wychodzić

Dziwny jest spacer po Kazimierzu. Wychodzi się roześmianym, rozmawia głośno spacerując całą szerokością ulicy, by po chwili zatrzymac sie przed taką tablicą.

Gdzieś dalej ostały się jeszcze na murze gwiazdy Dawida i szyld pamietający tamte straszne czasy, tych co przyszli zniszczyć ten świat i tych, dla których nie było ocalenia.

Nanjing, 20.07.2008; 00:25 LT