DWA I PÓŁ TYSIĄCA KILOMETRÓW PO DROGACH KALIFORNI (10) – BROADWAY, TAM GDZIE CHARLIE CHAPLIN WSPARŁ BUDOWĘ KINA PRZYSZŁEGO BANKRUTA.

DWA I PÓŁ TYSIĄCA KILOMETRÓW PO DROGACH KALIFORNI (10) – BROADWAY, TAM GDZIE CHARLIE CHAPLIN WSPARŁ BUDOWĘ KINA PRZYSZŁEGO BANKRUTA.

Podróż autostradą po jakimś czasie zaczyna nużyc monotonią. Obserwowaliśmy drogowskazy i odliczaliśmy mile, które oczywiście ubywały zbyt wolno. LA 314

Zapadał zmierzch, kiedy dojechaliśmy do pajęczyny autostrad oplatających Los Angeles. Wkrótce pojawiło się charakterystyczne zgrupowanie wieżowców centrum tego miasta. To był cel tego odcinka naszej podróży.

LA 315

Trzeba było być bardzo skupionym, by wśród wielu zjazdów wybierać te właściwe, które doprowadzą nas do downtown. Udało się i wkrótce zaparkowaliśmy przy czwartej ulicy, nieopodal Broadwayu.

Broadway w Los Angeles, a Broadway w Nowym Jorku to dwa różne światy, chociaż na początku łączyło je wiele. Ten w Los Angeles jest świadkiem niesamowitego rozwoju miasta, które odcisnęło piętno na ulicy najpierw w postaci eksplozji aktywności nocnego życia, a potem stopniowego jej upadku. To trzecie pod względem bogactwa miasto na świecie, które ma obecnie około cztery miliony mieszkańców, a wliczając satelickie miasta jak Long Beach czy Santa Ana, trzynaście milionów, dwieście lat temu liczyło zaledwie około siedmiuset mieszkańców. Mniej niż tysiąc! Sto lat temu, na początku XX wielu mieszkało tu już trzysta tysięcy osób. I właśnie wtedy następuje eksplozja Broadwayu. Pomiędzy skrzyżowaniami z trzecią i dziewiątą ulicą (a więc na przestrzeni zaledwie sześciu kwartałów)  od 1910 do 1931 roku pobudowano aż dwanaście kin. Była to największa koncentracja kin na świecie. Broadway skrzył się wieczorami kolorowymi neonami. Tutaj odbywały się premiery najsłynniejszych filmów. Jednym z pierwszych kin, otwartym już w 1911 roku. Jego widownia mogła pomieścić ponad dwa tysiące osób na trzech piętrach, a fasada wzorowała się na renesansowym Pałacu Rucellai z Florencji.

LA 304

W 1931 roku otwarto wybudowane z barokowym przepychem kino „Los Angeles”. Oprócz Sali kinowej zawierało restaurację, salę zabaw dla dzieci, palarnię z wbudowanymi na stałe zapalniczkami, pełne luster miejsca do makijażu dla pań, toalety wykładane marmurem, salon z dodatkowym ekranem, na który obraz z sali kinowej docierał za pomocą systemu pryzmatów i.t.p. Był to prawdziwy pałac. Jego otwarcie miało się zbiec z premierą filmu Charliego Chaplina „Światła wielkiego miasta”. Ponoć sam Chaplin wsparł finansowo projekt, by kino mogło być otwarte na czas. I było. „City lights”, oceniany jako najlepsze dzieło artysty miał swoją premierę właśnie w Los Angeles theatre.

LA 302

Pamiętajmy, że to był rok 1931, czasy wielkiego kryzysu. Zaledwie trzy miesiące od hucznej premiery właściciel kina zmuszony był ogłosić bankructwo. To nie były czasy na pałace jak z bajki. W tym samym, 1931 roku kino zostało definitywnie zamknięte. Odrodziło się ponownie jak i cały Broadway w czasach II wojny światowej, chociaż nie grano tam już premier. Przemysł pracował pełną parą na potrzeby wojny, a pracownicy zakładów szukali rozrywki. Seanse odbywały się przez cały wieczór, noc, a kończyły nierzadko o szóstej nad ranem. W lata pięćdziesiąte Los Angeles i Broadway weszły rozwijając się dynamicznie.

LA 303

Niestety, rozwój, który przysłużył się miastu, zupełnie odwrotnie zadziałał wobec kin. Filmowe premiery już na dobre przeniosły się do Hollywood. Przeciętni Amerykanie zachłysnęli się telewizją, która odebrała część widzów. Na dodatek szybkie rozrastanie się miasta spowodowało, że mało komu chciało się jechać wiele kilometrów do centrum. Wolał obejrzeć film w kinie w pobliżu miejsca swojego zamieszkania, chociażby w jednym z kin samochodowych, które stały się modne odkąd niemal każda amerykańska rodzina miała swój samochód. No i wreszcie pojawiły się multipleksy, których sieć stała się gwoździem do trumny tradycyjnych kin. W 1994 roku w „Los Angeles” odbył się ostatni seans, po czym kino zamknięto. Od czasu do czasu sala jest wynajmowana na pojedyncze pokazy. W 2008 roku miasto przeznaczyło czterdzieści milionów dolarów na rewitalizację Broadwayu. Trudno mi oceniać efekty, ale wrażenie było takie, jakby ten rejon miasta żył jedynie w godzinach urzędowania biur. Neony, wieczorny gwar, otwarte kina i bary, ruch samochodów – to wszystko odeszło w przeszłość. Spacerowaliśmy w pogrążonych w półmroku ulicach, napotykając pojedynczych ludzi, albo śpiącego na chodniku kloszarda.

LA 305

LA 306

Rzuciliśmy raz jeszcze okiem na drapacze chmur obecne na niemal każdej widokówce z Los Angeles i ruszyliśmy w kierunku parkingu.

LA 308

Ach, byłbym zapomniał…

Zanim dotarliśmy na Broadway, zaraz po zaparkowaniu natknęliśmy się na czynny jeszcze pasaż, w którym rozlokowały się rozmaite stoiska serwujące jedzenie. Różnorodność ogromna – od kuchni regionalnych po tematyczne.

LA 300

Było to chyba najbardziej zaludnione miejsce w okolicy o tej porze. My też zdążyliśmy już zgłodnieć, a że pasaż wyraźnie szykował się do zamknięcia, postanowiliśmy czym prędzej skorzystać z okazji. Wkrótce przed nami stały miski (z papieru pochodzącego z recyclingu) z owocami morza oraz z ryżem.

LA 301

Kiedy ponownie wsiedliśmy do samochodu było już dość późno. Plany były takie, aby dostać się w pobliże Bakersfield, albo i dalej, by móc potem mieć dość blisko do Parku Narodowego Sekwoi, ale nie wydawało się to w tej chwili wykonalne. Postanowiliśmy więc przede wszystkim wydostać się z Los Angeles, a po znalezieniu się na autostradzie nr 5, Anioł miał zacząć szukać noclegu przez Hotels.com. To była pierwsza zaleta kupionej w San Diego karty sim. Mieliśmy internet przez cały czas.

Tak też uczyniliśmy. Wjechaliśmy w pierwsze pasmo górskie, które rozciąga się na północ od Los Angeles. Zakrętów było dużo, ruch też niemały, a ja czułem się coraz bardziej senny. Nie lubię tej sytuacji, kiedy czuję, że nie mogę jechać szybciej, ponieważ refleks po całym dniu już nie ten, a z tyłu inni poganiają migając światłami.

– Masz coś? – zapytałem Anioła pogrążonego w lekturze ofert pojawiających się na wyświetlaczu smartfona.

– Są cztery albo pięć, które mogą nam się spodobać.

– Czytaj

Dyskutujemy chwilę nad nimi.

– Ok, niech będzie „Motel 6” w Lebec. Rezerwuj.

Chwila klikania, a ja pokonuję kolejne zakręty i odliczam powoli ubywające mile.

– Podaje mi, że ponieważ jest już po dwudziestej drugiej, nie mogą przyjąć rezerwacji on-line na dziś. Piszą, żeby skontaktować się z centralą.

– Ok, dzwoń.

Anioł rozmawia, podaje dane, dokonuje przedpłaty i po chwili mamy już gdzie spać. Zatrzymamy się w Lebec, już przed samym zjazdem z gór. Jeszcze tylko trochę wytrzymać.

Zaczyna pojawiać się mgła, a potem deszcz. Wyraźnie się ochłodziło. Oczy pieką suche i zmęczone, ale wreszcie jest Lebec. Zjeżdżamy z autostrady i po chwili zatrzymujemy auto na parkingu motelu. Ach jaka ulga! Jest już po północy.

– Nie ma miejsc. Nie mam dla was rezerwacji odpowiada pan w recepcji niezadowolony, że zakłóciliśmy mu nocny spokój.

– Proszę, oto numer. Dokonaliśmy jej godzinę temu przez telefon.

– Ja nic nie mam.

Recepcjonista stał niewzruszony niczym strażnik mający za zadanie nie wpuszczać nikogo do jego ukochanego hotelu. Nie i basta!

– Ale my już mamy zrobioną przedpłatę. Może Pan zadzwoni do centrali i sprawdzi?

Pan zaczął fukać i coś mamrotać, ale w końcu wykręcił jakiś numer.

– Nikt nie odpowiada.

Anioł wykręcił numer telefonu, jaki mieliśmy na rezerwacji. Po rozmowie z kimś w centrali oddaje telefon recepcjoniście. Ten broni się jeszcze, ale w końcu ulega. Dostajemy na klucze, a na odchodne pan jeszcze się pożalił celem ocieplenia atmosfery.

– Oni nie przysyłają rezerwacji, a potem mają pretensje!

Wrzuciliśmy rzeczy do pokoju i chwilę potem spaliśmy jak zabici.

Rano, kiedy wyszedłem zanieść część rzeczy do samochodu, było chłodno, w powietrzu wyczuwało się wilgoć, a chmury wciąż zakrywały okoliczne szczyty.

LA 310

Po spakowaniu się, poszliśmy do sąsiedniego sklepiku kupić coś na śniadanie. Przy okazji wzięliśmy kawę. Do wyboru było ich mnóstwo. Wybrałem cappuccino, żeby nie kombinować.

LA 317

Już mamy ruszać, kawa w holderach w samochodzie. Jeszcze tylko łyk przed przekręceniem kluczyka…

– Tfu!

– Co się stało? – pyta Anioł.

– Tfu, nie da się tego pić! To syrop! Aż gęste od cukru.

Anioł nie dowierza, próbuje łyk…

– O Boże! Jak oni mogą to pić?

Odnoszę wrażenie, że co najmniej jedna czwarta zawartości kubka to jakiś syrop kukurydziany albo inny. Idę do sprzedawczyni.

– Przepraszam, ale tego nie da się pić mogę gdzieś wylać połowę i dopełnić po prostu czarną kawą?

– Oczywiście, bierz ile chcesz.

Z tym zawsze kojarzą mi się Stany. Z hektolitrami kawy do śniadania. Nikt nikomu nie wydziela. Dolewają do oporu.

Po wymianie połowy zawartości kubka za czarną, wreszcie mieszanka była możliwa do wypicia.

Ruszamy.

LA 318

Jedziemy cały czas w dół, ku rozległej równinie, która ma się zacząć zaraz za tymi górami.

LA 320

Jeszcze jedna serpentyna, ale już w dole widać prostą, jak narysowaną od linijki nitkę szosy, ginącą gdzieś we mgle na widnokręgu. To znaczy, że zaczyna się równina.

LA 321

A zaraz za górami drogowskaz na outlet. Mnóstwo sklepów tak po prostu na pustkowiu, zupełnym odludziu. Kobieca natura Anioła wzięła górę. Popatrzyła na mnie tak, że nie mogłem odmówić. Najwyżej do Parku Narodowego Sekwoi wybierzemy się jutro, a teraz na zakupy! Wiedziałem, że prędzej czy później na zakupy będzie trzeba się wybrać, a to centrum handlowe miało tę przewagę, że było po drodze.

Nie będę opisywać, co kupiliśmy, a czego nie. Generalnie wszelkiego rodzaju markowe ciuchy są tańsze niż u nas, więc torby szybko się zapełniały.

A potem znów jazda i po zmierzchu dotarliśmy do Tulare, gdzie znów był „Motel 6” i tam się zatrzymaliśmy. Wieczór poświęciliśmy na pranie. W motelu były pralki i suszarki na monety. W automatach można było kupić proszek. Przed pójściem spać mieliśmy więc rzeczy wyprane i wysuszone. Walizki pełne czystych rzeczy jakbyśmy dopiero co wyjechali z domu.

LA 322

A rano… Rano przywitało nas znów kalifornijskie słońce.

LA 311

Nasze auto stało pod drzewem obsypanym białymi kwiatami. Pakujemy się i ruszamy w kierunku gór.

LA 323

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze, by u farmera w przydrożnym sklepiku kupić trochę owoców na drogę.

LA 313

LA 312

Daleko przed nami pojawiają się pierwsze pagórki. Znak, że Park Narodowy Sekwoi już niedaleko.

LA 324

Sopot, 09.08.2015; 18:15 LT

...

Read More Read More

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *