DWA I PÓŁ TYSIĄCA KILOMETRÓW PO DROGACH KALIFORNI (5) – DWA TEATRY W HOLLYWOOD

DWA I PÓŁ TYSIĄCA KILOMETRÓW PO DROGACH KALIFORNI (5) – DWA TEATRY W HOLLYWOOD

W Los Angeles istnieją całe dzielnice opanowane przez poszczególne nacje. W drodze do Hollywood z boku zostawiliśmy Little Tokyo, ale przejechaliśmy przez „Korea Town” gdzie wokół było mnóstwo szyldów, reklam i ogłoszeń pisanych niemal wyłącznie w koreańskim alfabecie. Przez moment czułem się jak Inchon albo Pohang. Skończyła się Korea, to zaczęła się Little Armenia, a tam skręciliśmy w lewo Hollywood Boulevard, którym dość długo jechaliśmy przed siebie, az w końcu budynki zacżęły robić się coraz wyższe, a ruch gęstniał. Kiedy po lewej pojawił się słynny Dolby Theatre, wiedzieliśmy, że to już tu.

LA120

Zaparkować w centrum Hollywood to jest wyzwanie. Większość zatoczek parkingowych zajęta, a te które wydają się puste, tak naprawdę puste nie są. Tak naprawdę to nie w Hollywood, a dopiero za kilka dni w San Francisco, gdzie parkowanie to totalna masakra, przeszliśmy szybki kurs rozpoznawania malowań krawężników. Parkować można tylko tam, gdzie krawężnik pomalowany nie jest. Czerwona farba, na ogół w pobliżu hydrantów, jest zarezerwowana dla straży pożarnej, biała z rozmaitymi napisami to miejsce zarezerwowane dla kogoś wskazanego napisem i t.d.

Krążąc uliczkami wokół centrum odkrylismy jednak podziemny parking pod Dolby Theatre właśnie! Trudno o bardziej dogodne miejsce. I muszę przyznać, że nigdy w życiu nie widziałem tak wygodnego podzemnego parkingu jak ten pod Dolby Theatre. Szerokie aż do przesady rampy prowadziły na poszczególne poziomy, gdzie miejsc było mnóstwo. Zazwyczaj w podziemnych parkingach kierowca przeciska się pomiędzy betonowymi filarami, a samochodami, podczas gdy tutaj tego typu przeszkód prawie się nie zauważało. Oczywiście na pierwszych trzech poziomach poniżej ulicy nie było szans na znalezienie czegokolwiek wolnego, na czwartym być może coś by się znalazło, lecz my zjechaliśmy na poziom -5 i zaparkowaliśmy przy samej windzie.

Po chwili byliśmy już na ulicy i słynnym Walk of Fame. Zatopione gwiazdy w chodniku rozpraszały, bo chiało by się przeczytać każde nazwisko, zrobić zdjęcie.

LA81

Współczułem stałym mieszkańcom Hollywood, którzy mają nieustanne kłopoty ze sprawnym poruszaniem się po chodniku, na którym liczni turyści zatrzymują się co chwilę. Ja nie mogłem nie zatrzymac się przy Godzilli. Nie wiedziałem, że ma swoją gwiazdę.

LA121

W pewnym momencie jednak tłum zgęstaniał jeszcze mocniej, a ruch niemal zamarł. Ciżba ludzka kręciła się po niewielkim placyku przed wejściem do Chińskiego Teatru, jak nazywa się bodaj najsłynniejsze hollywoodzkie kino, zbudowane w 1927 roku. Na owym placyku w chodnikowych płytach podziwiać można odciski dłoni i stóp najsłynniejszych gwiazd kina.

LA84

LA122

LA86

LA87

Największe jednak zainteresowanie pomimo upływu czasu wzbudza Marylin Monroe. Wystarczy tylko zauważyć jak czarne sa odciski jej dłoni, do których niemal każda z pań chce się przymierzyć.

LA83

Jest to aż nieprzyzwoite, bo po sąsiedzku znajduje się płyta Jane Russell, brunetki z którą pani Marylin wystąpiła w filmie „Mężczyźni wolą blondynki”.  Zresztą taki napis: „Gentlemen prefer blondes” ciągnie się przez obie płyty. I co? Odciski Jane Russel są czysciutkie, a słynnej blondynki najczarniejsze na całym placu.

Zdjęcie Marylin Monroe w momencie odciskania swoich dłoni znajduje się zresztą na jedenj ze ścian Chinese Theatre.

LA85

Oczywiście każdy chce zawieźć do domu swoje własne zdjęcia owego świętego dla kina miejsca, więc migawki idą w ruch. Zapewne trudno o bardziej intensywnie fotografowane miejsce na świecie.

LA88

Kiedy już nasyciliśmy oczy widokiem odcisków oraz czytaniem nazwisk filmowych gwiazd, rozejrzeliśmy się dookoła. Oferowano na przykład wykonanie odcisków dłoni w betonie. Gdyby w cenie, zawarte było zainstalowanie naszych odcisków na chodniku, to czemu nie, ale targać taką betonową płytę w bagażu do domu? O nie! Gdzie indziej oferowano za to zwiedzanie Chinese Theatre z przewodnikiem i na to się skusiliśmy.

LA89

 Chiński Teatr rzeczywiście jest chiński. Wewnątrz cały wystrój jest chiński, a wiele z elementów przywieziono tu wprost z Chin.

LA90

W foyer stoją gabloty z rozmaitymi elementami filmowej garderoby. Są tam n.p. buty Rudolfa Valentino, czy suknia Scarlett O’Hara z przeminęło z wiatrem. No i jest suknia, z którą było wiele zamieszania przy okazji kręcenia filmu „Mężczyźni wolą blondynki”.

LA91

LA92

Na plakacie prezentuje się tak:

LA93 Estatua-Marilyn-Monroe-Gentlemen-Prefer-Blondes-03

Dziś można by dyskutować, czy jest mniej, czy bardziej odważna, lecz na dowolny event jak najbardziej się nadaje. Film jednak powstawał w 1953 roku, kiedy cenzura obyczajowa w USA była niezwykle silna. Zgorszenie budził ów głęboki dekolt i w związku z tym wycięto prawie wszystkie sceny z tą sukienką. Zostały tylko jakieś resztki, gdzie aktorka pokazana jest z tyłu (zresztą z gołymi plecami, które suknia odsłania całkowicie).

Marylin Monroe nie dała za wygraną.  Założyła tę suknię udając się na jakąś ważną uroczystość, czym wzbudziła obyczajowy skandal.

My tu jednak o sukniach, a co z kinem, w którym kilkakrotnie odbywały się ceremonie wręczenia oskarów? Obecnie jest to kino typu IMAX. Akurat odbywał się jakiś seans, tak głośny, jak to w kinie akcji, że chwilami zagłuszał przewodniczkę, która opowiadała o detalach, jak chociażby o barze, na który wygospodarowano miejsce dopiero w latach pięćdziesiątych. Ponoć wcześniej ogromnym wyzwaniem było obejrzenie pełnej wersji filmu „Przeminęło z wiatrem”. Podczas wielogodzinnej projekcji widzowie nie mogli liczyć nawet na szklankę wody.

Kiedy seans się skończył, mogliśmy wejść na widownię.

LA98

Jak na w chińskim stylu wybudowany obiekt, dominuje tam czerwony kolor przeplatany ze złotem.

LA95

Największe wrażenie robi bogato zdobiony sufit.

LA123

Na górnych kondygnacjach trafiliśmy na kolejną fotografię uwieczniającą moment odcisku dłoni Marylin Monroe. Jak już wspominałem robiła to jednocześnie z Jane Russell.

LA114

W naszych planach było obejrzenie jeszcze m.in. wielkiego napisu HOLLYWOOD na pobliskich wzgórzach, a potem wieczorna wizyta w Santa Monica. Zrobiło się jednak na tyle późno, że dotarcie przy świetle dziennym do napisu robiło się wątpliwe. A kiedy dotrzemy do Santa Monica? Póki co staliśmy w ogromnym korku (popołudniowo – wieczorny szczyt). Anioł znużony całodziennym zwiedzaniem zasnął, a ja przyglądałem się czerwieniejącemu niebu.

Schemat ciągle ten sam. Kilkadziesiąt metrów ślimaczej jazdy i około dwie minuty czekania na następną fazę świateł na skrzyżowaniu. Chwila jazdy i stop, chwila jazdy i stop, chwila jazdy i stop…

Nagle otwieram oczy, a przede mną dobre siedemdziesiąt metrów wolnej jezdni. Cholera, przysnąłem. Na szczęście nikt nie trąbił. Widocznie trwało to tylko chwilę, a ci za mną wiedzieli, że i tak daleko nie ujadą. Adrenalina od razu mnie rozbudziła. To był moment, kiedy stwierdziłem, że trzeba dać sobie spokój na dziś. Szukamy miejsca na nocleg. Zjeżdżamy a jakąś boczną uliczkę. Przy niej niewielki supermarket. Ostatnia okazja, żeby zrobić podstawowe zakupy – jakieś napoje i coś do przekąszenia. Mieliśmy w planie kupno karty sim do telefonu komórkowego, aby miec internet, lecz jeszcze się nie udało. Nawet tacy operatorzy jak verizon odesłali nas z kwitkiem. Mówią, żeby spróbować w punktach T-Mobile. O tej porze już się nie da. Trzeba poszukać jakiejś sieciówki z internetem Starbucks albo Mc Donald’s. Pierwszy trafia się Mc Donald’s. Zamawiamy przy okazji coś na kolację i wchodzimy na stronę Hotels.com. Nasze Mc Donaldy w porównaniu z amerykańskimi to dwa zupełnie różne światy. Nasze na ogół są dość nowe i czyste. Rodzice wpadają tam z dzieciakami, młodzież na szybkie śniadanie albo kolację, koniecznie z internetem. Może sprawiła ta już dość późna godzina, ale wydawało mi się, że kilka osób okupujących miejsca w niezbyt czystym barze, to jacyś pijacy, kloszardzi i co najwyzej zabłąkani nie wiadomo skąd tak jak my. I na dodatek internet z trudem pozwalający otworzyć jakąkolwiek stronę. To co miało byc atutem – pełan elastyczność w rezrwacjach noclegów, w takich okolicznościach staje się koszmarem. Sprawdzenie jakiegokolwiek hotelu zajmuje długie minuty. Zamiast porównywać ceny, walczymy z wszechogarniającą sennością nad kręcącym się na ekranie w nieskończoność kółeczkiem otwieranej strony.

– Bez internetu w telefonie długo tak nie damy rady. Jutro musimy zarezerwować nocleg jeszcze przed wyjśćiem z hotelu.

– Tak. I szukamy T-Mobile.

Tymczasem decydujemy się na położony nieopodal Motel La Brea. Umiarkowana cena, a przy okazji wciąz blisko centrum Hollywood.

Dojazd trwa zaledwie kilka minut, ale dokonana rezerwacja on-line już jest widoczna w recepcji kotelu. Otrzymujemy klucze i nie wiem kiedy zasypiamy.

Rano włączamy oczywiście CNN w telewizorze, a tam… informacja o ceremoni dodania nowego nazwiska na Walk of Fame w Hollywood. Pisały też o tym wkrótce niemal wszystkie portale.

LA106

Oglądaliśmy relację na żywo z Hollywood, z miejsca położonego nieopodal naszego motelu i czuliśmy się, hm, dziwnie jakoś. Nie codziennie ociera się człowiek o wielki świat. Nie spieszyliśmy się tam jednak i póki co zamiast na hollywoodzkim blichtrze, skupiliśmy się na styropianowych naczyniach, w których zrobilismy sobie płatki owsiane.

LA101

Żeby było jasne – płatki kupiliśmy wieczorem w owym supermarkecie. Z kuchni motelu wzięliśmy tylko kawę i wrzątek do płatków. Ja jeszcze skusiłem się na zleżałego donuta i kawałek równie zleżałego arbuza. Anioł stwierdził, że nie tknie nic z tych rzeczy. Nie rozumiem. Może nie było tam najczyściej i produkty rzeczywiście wyglądały jak obmacane po wielokroć, ale jak się jedzie na wyprawę… Jeden z donutów nawet sprawiał wrażenie nadgryzionego. Myślałem, że ktoś z klientów sprawdzał smak, lecz Anioł podejrzewał myszy i tym bardziej odmówił konsumpcji poprzestając na płatkach.

Najpiękniejsze jednak w tym wszystkim było to, ze owo śniadanie jedliśmy na świeżym powietrzu, pod błękitnym, kalifornijskim niebem, pod palmami i, że pomimo poranka było już całkiem ciepło.

LA102

Kiedy dotaraliśmy pod Chinese Theatre telewizje wciąż jeszcze były tam obecne.

LA104

Aktorki jednak już nie było, a technicy zabierali gwiazdę do wmurowania i zaczeli zwijać czerwony dywan.

LA105

Cieszyliśmy się, że obejrzeliśmy Chiński Teatr poprzedniego dnia, ponieważ obecnie, z powodu ceremonii, byłoby to niemożliwe.

Dolby Theatre. To położone po sąsiedzku nowoczesne kino i teatr, oddany do użytku w 2001 roku, w którym od 2002 r.odbywają się ceremonie wręczania Oskarów. Ceremonie odbywają się raz do roku, a obiekt musi na siebie zarabiać, więc tak naprawdę Dolby Theatre jest zaledwie częścią najzwyklejszej galerii handlowej. Przy okazji dowiedziałem się, że nazwa „Dolby” nie wynika z systemu nagłośnienia, lecz jest po prostu wykupioną przez firmę nazwą jak, nie przymierzając, Ergo Arena w Gdańsku czy Pepsi Arena w Warszawie. Nie podobają mi się takie nazwy, ale cóż, rachunek ekonomiczny zwycięża. 75 milionów dolarów jakie zapłacił Eastman Kodak, aby nazwać teatr własnie imeiniem Kodak, piechotą nie chodzi. Pomimo to (a może między innymi dlatego) Kodak zbankrutował i od 2012 roku prawa do nazwy wykupiło Dolby Laboratories.

LA99

Schody prowadzące z ulicy do teatru wiodą pomiędzy sklepami, które na szczęście przy okazji specjalnych ceremonii się zamyka.

LA80

Tu również wykupiliśmy „guided tour”. Była nas grupka licząca niecały tuzin osób z całego świata – od Australii i Malezji po Finlandię.

LA107

Nie wszędzie wolno robić zdjęcia. W większości miejsc w foyer nie można. Kiedy jednak weszliśmy do saloniku dla vip-ów (a kto tam podczas nocy oscarów nie jest vipem?), dodstaliśmy pozwolenie, aby sobie pofolgować. Tym bardziej, że w specjalnej wnęce, za szybą stał najprawdziwszy Oscar.

LA110

LA108

LA109

LA127

Największe wrażenie robiła oczywiście widownia. Ogromna, z licznymi balkonami, lożami, fantazyjnym sufitem.

LA111

LA113

Scena oczywiście jest równie ogromna, lecz na potrzeby oskarowej ceremonii wykorzystuje się zaledwie niewielką jej część. My mieliśmy możność zerknąć z loży za odkryte nieco tego dnia kulisy.

LA112

Artysta, któremu przyznano oscara, wychodzi na scenę, lecz po wręczeniu statuetki i krótkim przemówieniu nie wraca już na scenę lecz wychodzi bocznymi drzwiami na korytarz, gdzie kawałek dalej czekają fotoreporterzy i dziennikarze. Nagrodzony udziela pierwszych wywiadów. Wszystko to trwa okolo pół godziny. W tym wszystkim jest jeszcze czas na krótką wizytę w barze, który tego dnia jest oczywiście dla szacownych gości darmowy.

Aby miejsca po wyróżnionych artystach nie świeciły pustkami,  specjalnie wyselekcjonowani statyści zajmują tymczasowo ich miejsca na widowni. Jak powiedział nam przewodnik, jest to niezwykła okazja dla często wchodzących dopiero w życie ludzi, by zasiąść na parę minut u boku największych gwiazd.

Oczywiście znów ani baru, ani korytarzy fotografować nie było wolno.

Po zwiedzaniu wyszliśmy jeszcze na chwilę na zewnętrzne tarasy. Wokół pełno było banerów z reklamami firmu „Jurassic World”, który miałe wejść na ekrany 12 czerwca. Tego samego dnia miał wejść na ekrany kin w Polsce.

LA100

Minęło już tyle lat, odkąd jesteśmy częścią normalnego, zachodniego świata, a mnie wciąż nieodmiennie fascynuje fakt, że polskie premiery wielkich filmów oglądamy tego samego dnia co reszta świata. Wciąż mam w pamięci zgrzebne lata komunizmu, w których na ogół filmy wchodziły (jeśli wchodziły) na ekrany dopiero w następnym sezonie, bo tak było taniej. I rok, w którym import filmów się gnął dna, bodajże w 1982 roku, kiedy to pustka w kasie pozwoliła na zaku zaledwie dwóch przedpotopowych „Żandarmów” z Louis de Funesem. Oczywiście obejrzałem obydwa, lecz ile filmów wartościowych filmów przeszło bokiem? Dobrze, że zaczynała się już era taśm video oraz wypożyczalni. Mimo wszystko w spartańskich warunkach staraliśmy się nie tracić dystansu do świata.

Moglibysmy spędzić w Hollywood kolejne pół dnia, ale rozsądek nakazywał jechac dalej. Wyjechaliśmy więc z podziemnego parkingu wprost na skrzyżowanie przy którym z jakiegoś budynku wyglądał dinozaur. Drogę przecięła nam jakaś długa limuzyna. Ciekawe, czy podróżowała nią jakaś gwiazda?

LA128

Nad ulicami co jakiś czas widywaliśmy tabliczki z napisami „PED XING” co kojarzyło nam się z jakąś chińszczyzną. Dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że to oznaczenie przejścia dla pieszych. „PED XING” czyli skrót od „Pedestrian crossing”.

LA126

Zostawiamy centrum stolicy światowego filmu i ruszamy ku wzgórzom, na których od dzisięcioleci bieli się napis HOLLYWOOD.

Gdańsk, 23.06.2015; 01:10 LT 

...

Read More Read More

7 thoughts on “DWA I PÓŁ TYSIĄCA KILOMETRÓW PO DROGACH KALIFORNI (5) – DWA TEATRY W HOLLYWOOD

  1. Mogę Ci jedynie pozazdrościć przecudnej zabawy i wycieczki – w takich krajach jak Kalifornia nie można sie nudzić i nie można się nie bawić! Moje szanse na odwiedzenie tego rejonu są nikłe – najdalej pewnie odwiedzę europejskie kraje a żeby i to się udało! Cieszę się, ze tak pięknie to opisujesz! Cuuudo!

  2. Witam to musi być naprawdę fajna sprawa z takim podróżowaniem. Ja niestety na razie nie mam jak się za tą dziedzinę życia wziąć, ponieważ mam dużo pracy. Jednak przyjdzie dzień, kiedy i ja się wybiorę w jakieś dalsze rejony. Czekam, na niego z niecierpliwością.

  3. Dziękuję, Tomek.
    A co do szans na wyjazad… nigdy nic nie wiadomo. Ja n.p. jeszcze kilka lat temu w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że dojadę kiedyś do Machu Picchu. Życie potrafi odmienić się z dnia na dzień, a my też możemy mu w tym pomóc. Co do podróży zaś – ktoś kiedyś powiedizał, że najważniejsze to mieć odwagę zamknąć za sobą drzwi i wyruszyć. Potem wszystko potoczy się samo.Oczywiście to nie jest tania odwaga. Brakuje jej mi i milionom ludzi Dlatego tylko nieliczni doznają tego szczęścia i zawsze ich podziwiałem.
    Dziękuję za Twoją tu obecność i lekturę. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *