DJANGO

DJANGO

Trzy powody, dla których prawdopodobnie nie poszedłbym na Django:

– Nie jestem fanem Quentina Tarantino. Może dlatego, że nie oglądałem „Pulp Fiction”, a „Kill Bill” tylko po łebkach. A przecież już inżynier Mamoń stwierdził, że lubi się te utwory, które się już zna.

– Nie lubię westernów.

– Film trwa dwie godziny i czterdzieści pięć minut, a że sypiam mało, obawiałem się, że na wieczornym seansie po prostu w końcu zasnę.

Czułem się jednak zobowiązany w stosunku do Mojego Anioła, ponieważ z wyżej wymienionych powodów dzień wcześniej zaciągnąłem ją do kina na „Sępa” i miałem z tego powodu wyrzuty sumienia.

Kiedy tylko zakończyly się reklamy i zgasło światło, a na ekranie pojawił się właściwy film, za sprawą muzyki (m.in. Luis Bacalov, Ennio Morricone)  poczułem, ze prawdopodobnie to będzie hit. A później, już od pierwszej sceny błyskotliwymi dialogami świetnie pociągnął film Christoph Waltz (jako Dr Schultz). Jego partner (Jamie Foxx w roli tytułowego Django) w niczym mu nie ustępował, więc błyskawicznie zapomniałem o zmęczeniu i w pełni przytomny oraz skoncentrowany oddałem się przyjemności smakowania dzieła Tarantino aż do ostatniej klatki. Obydwaj bohaterowie przypominali mi trochę rewelacyjną parę z „Nietykalnych”. Kto widział, ten wie, co mam na myśli.


Doktor King Schultz, były dentysta zaczął zarabiać na życie jako łowca głów. Zaopatrzony w listy gończe z tradycyjnym „wanted dead or alive” ściga przestępców, których w połowie XIX wieku na Dzikim Zachodzie nie brakowało, zabija ich, i inkasuje odpowiednie wynagrodzenie. Na jego celowniku znajdują się teraz trzej bracia, którzy porzuciwszy gangsterkę, zaszyli się jako nadzorcy niewolników na plantacjach południa. Schultz nie wie jak wyglądają, lecz zna ich niewolnik Django, który w raz ze swoją żoną doświadczał ich okrucieństwa. Dlatego Schultz odnalazł sprzedanego właśnie murzyna i zawrł z nim umowę: wolność i udziałw  zyskach w zamian za pomoc w schwytaniu braci. Z czasem umowa zostanie poszerzona: dłuższa współpraca w zamian za odnalezienie sprzedanej na jedną z farm żony Django i wykupienie jej. Nie będę więcej pisać nic o akcji, ponieważ nie chcę psuć przyjemności oglądania tego filmu, którego każda ze scen jest swoistą perełką.


Jest tam i coś w rodzaju uwielbianego przeze mnie kina drogi (kiedy obydwaj wspólnicy przemierzają na koniach wielkie przestrzenie) i mozliwość ujrzenia pięknych siedzib właścicieli plantacji (kiedy bywałem w Nowym Orleanie, w biurach turystycznych kusiły ulotki zachęcające do zwiedzania najwspanialszych z nich. Dla Amerykanów, których historia zaczęła się ledwie nieco ponad dwa wieki temu, to są bezcenne zabytki, z których są niezwykle dumni).

Nie brak tam także odtworzonych czarnych (nomen omen) kart historii tego kraju, którego bogactwo południowych stanów wyrosło na krwią zbroczonym niewolniczym wyzysku. Akcja filmu działa się raptem jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Nie w odległym średniowieczu czy starożytności, lecz w skali historii całkiem niedawno, w świecie, który pamiętali jeszcze ojcowie ludzi odbudowujących Europę po zniszczeniach II Wojny Światowej. Jeszcze tak niedawno w najszybciej rozwijajacym się i najbardziej demokratycznym kraju świata niewolnictwo było usankcjonowane prawnie, a człowiek był rzeczą, której właściciel mógł z nią robić co zechciał: zabić młotkiem, dać zagryźć psom, z czaszki zrobić przycisk do papieru…

Trzeba mieć nie lada wyczucie, by pokazać zarówno tamto barbarzyństwo jak i tak prowadzić akcję, by w owym bagnie zła nie raziły dowcipne dialogi. Oczywiscie jest to dwocip wysmakowany i subtelny.

Jestem pod głębokim wrażeniem tego filmu. Jeden z najlepszych obejrzanych przeze mnie w tym sezonie. Zarówno doskonała rozrywka jak i świadectwo czasów, które każe zastanowić się nad granicami człowieczeństwa. Gorąco polecam, zwłaszcza, że zapowiadany już „Lincoln” Spielberga dotyczyć będzie w gruncie rzeczy tego samego, tyle tylko, że zamiast walczącego niemalże samotnie o swoją godność Django, dwa lata później walkę podejmie prezydent tego kraju. Prosta i jednoznaczna wydaje się tylko w streszczeniu na kartach szkolnych podręczników, ale o tym mam nadzieję napisać już przy okazji tej przyszłej premiery.

Sopot; 20.01.2013; 15:40 LT

...

Read More Read More

2 thoughts on “DJANGO

  1. Lubimy Tarantino, więc wybierzemy się na „Django”, nawet gdyby Twoja recenzja była zdecydowanie na „nie”. Mamy nadzieję, że kiedyś obejrzysz „Pulp fiction”, znajdziesz czas na obie części „Kill Bill”… 🙂 A do tego polecamy serdecznie „Bękarty wojny”, o których nie wspomniałeś, więc być może nie jesteś świadom ich istnienia ;-). A to w „Bękartach” błysnął Christoph Waltz i za swoją rolę dostał Oscara.
    Pozdrawiamy! GiP

  2. No właśnie. „Bękartów wojny” też nie widziałem. Tytuł obił mi się o uszy, ale jako, że nie jestem (t.zn. nie byłem) fanem Tarantino, rzeczywiście jakoś nie dotarło do mnie, iż to on nakręcił. Co za żenada! Po „Django” wiem już więc, co powinienem nadrobić 🙂 Dzięki za nakierowanie. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *