NA COHENA DO BUKARESZTU (5) – PRZEZ KRAINĘ KSIĘCIA DRAKULI

NA COHENA DO BUKARESZTU (5) – PRZEZ KRAINĘ KSIĘCIA DRAKULI

Do Bukaresztu mieliśmy jeszcze grubo ponad czterysta kilometrów. Nie wiedziałem co nas czeka na trasie. Przed wyjazdem czytałem o licznych remontach dróg i związanych z tym korkach. To mnie niepokoiło najbardziej, ponieważ koncert zaczynał sie o dwudziestej i spóźnienie uczyniłoby całą tę wyprawę bezsensowną. Z drugiej strony, dotarliśmy na nocleg po północy, więc należało przede wszystkim wypocząć. Nastawiłem budzik na siódmą zakładając, że ruszymy o ósmej i położyliśmy się spać.

Kiedy rano wyjrzałem przez okno, od razu zrobiło się przyjemnie. Znajdowaliśmy się w górach. Nie były to żadne ogromne szczyty, a pagórkowaty obszar nie przekraczający wysokości kilkuset metrów n.p.m. Coś mniej więcej jak nasz Beskid Niski. Była jednak podstawowa różnica. O ile nasze Beskidy są w większości zalesione i miejsca widokowe pojawiają się sporadycznie, to tutaj jak okiem sięgnąć ciągnęły się trawy albo jak kto woli połoniny.  Wyjeżdżaliśmy serpentynami na jakąś przełęcz, a stamtąd widoki na wiele kilometrów.

Wcześniej jednak zeszliśmy na śniadanie. Ciekawa sprawa, że do słodzenia herbaty podano nam… miód. Typowe papierowe saszetki zamiast białych kryształków cukru zawierały złocisty, lepki produkt pracy pszczół.

Przemierzaliśmy Transylwanię, krainę słynnego Drakuli. Co ciekawe, zakładaliśmy, że w Rumunii znajdziemy mnóstwo gadżetów wykorzystujących imię słynnego wapmpira, lecz o dziwo wygląda na to, że póki co, u siebie nie został on skomercjlizowany jak na Zachodzie. Na naszej trasie nie znaleźlismy prawie nic. Oczywiście prawdziwy Drakula (bo był on postacią historyczną) wampirem nie był. Stał się nim dopiero za sprawą tanich opowieści przeznaczonych dla czytelników, którzy dziś wybierają do codziennej lektury t.zw. tabloidy.

Jego ojciec, niejaki Wład Diabeł (czyż można się dziwić wampirzej sławie jeśli ma się ojca o takim imieniu?) tak naprawdę bronił chrześcijaństwa przed naporem Turków, a ściślej przed Imperium Osmańskim Zakonu Smoka. Stąd wziął się jego przydomek Draco (smok) przekształcony potem w Dracul (diabeł). Syn Dracula to w miejscowym języku po prostu Draculea, czyli dobrze nam znany Drakula. Dwukrotnie zasiadał na tronie jako hospodar wołoski prowadząc oprócz pełnej zdradliwych meandrów polityki wewnętrznej również znaczoną konfliktami trudna koegzystencję z Turkami. Jego rządy były bezlitosne. Wrogów zwykł zazwyczaj nadziewać na pal, a że ich liczbę podawano w dziesiątkach tysięcy, w pełni zasłużył sobie na przydomek Vlad Palownik, pod którym jest znany w podręcznikach historii. Najsłynniejsza, makabryczna akcja Vlada Palownika miała miejsce w 1462 roku, kiedy zdobywający kolejne tereny Turcy, zbliżali się do Targoviste, siedziby hospodara. Ponoć maszerujacych wojowników osmańskich przywitał szpaler pali długi na trzy kilometry i szeroki na kilometr, na które nabito pojmanych wczesniej tureckich jeńców. Liczbę pali szacowano na dwadzieścia tysięcy, aczkolwiek prawdopodobnie było ich znacznie mniej. Co ciekawe, psychologiczny efekt podziałał. Morale tureckeij armii osłabło na tyle, że sułtan zarządził odwrót.

Czego nie zdołała osiągnąć armia, załatwiła polityka. Vlad Palownik został pozbawiony władzy przez popieranego przez Turków swojego młodszego brata, Radu Pięknego. Mimo, że powrócił na tron ponownie cztery lata później, już wtedy za sprawą jego politycznych przeciwników zaczęły ukazywać się opisy jego prawdziwych jak i rzekomych okrucieństw, do których miało należeć gotowanie ofiar żywcem, wbijanie na pal matek i przybijanie do ich piersi niemowląt i.t.d. Zapewne wiele z nich było wytworem fanatazji autorów, ale ponoć w każdej plotce jest ziarno prawdy. Także i w tej, że Vlad Palownik lubił posilać się obserwując nadzianych na pal nieszczęśników. Stąd już tylko krok o przypisanie mu zamiłowania mu do popijania posiłków ludzką krwią i legenda wampira Drakuli gotowa. Jej pierwowzorem można uznać opowieść zatytułowaną „Przerażająca i prawdziwa, niezwyczajna historia okrutnego, krew pijącego tyrana zwanego księciem Drakulą”, która ukazała się jeszcze w XV wieku w Niemczech, a potem w Rosji. W 1897 roku ukazała się powieść „Drakula” opowiadająca o wampirze noszącym to imię. Oczywiście nie mogła pozostać niezauważona przez wytwórnie filmowe. Przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat nakręcono co najmniej tuzin poważnych produkcji o wampirze z Transylwanii, a niedługo na ekranach ma poajwić się kolejna: „Drakula 2013”.

W pierwszej miejscowości, gdzie zatrzymaliśmy się rozprostować kości, Alba Iulia, przywitał nas jednak nie Drakula, lecz… Wilczyca Kapitolińska

W naszej wyprawie do Rumunii spotykaliśmy słynną wilczyce jeszcze kilkarkotnie. Siedmiogród, albo jak kto woli Transylwania, został podbity przez cesarza Trajana w 106 roku n.e. i włączony do Cesratswa Rzymskiego jako prowincja Dacja. Pomimo tego, że we wczesnym średniowieczu, po ustąpieniu Rzymian, teren ten został nawiedzony wielką wędrówką ludów, dzisiejsza Rumunia podkreśla przede wszystkim swoją rzymską genezę.

Wkrótce dotarliśmy do południowych krańców Wyżyny Siedmiogrodzkiej, czyli granicy Transylwanii. Przed nami piętrzył się grzbiet południowych Karpat, które z Polski i Ukrainy potężnym zawijasem zawracają tędy ku zachodowi. Przebywszy te góry raz na granicy Polski i Słowacji, oraz ich odnogę za Oradeą, teraz należało je pokonać po raz kolejny, by za nimi wydostać się na nizinę opadającą łagodnie w kierunku Morza Czarnego.

Rumunia 04

Najbardziej widowiskowa trasa przez tę część Karpat to t.zw. Szosa Transfogaraska. Przecina ona najwyższe pasmo tego łańcucha, Góry Fogaraskie i w najwyższym punkcie dociera na wysokość 2034 m.n.p.m. My nie mieliśmy jednak czasu na eksperymentowanie z jazdą w trudnych warunkach, więc zdecydowałem się na trasę doliną przełomu rzeki Olt.

Widoki, mimo, że z dolnej perspektywy, były równie piękne. Delektując się nimi, spoglądałem jednak co jakiś czas na zegarek oraz GPS, z licznikiem pozostałych do prejechania kilometrów. Kiedy większą część doliny mieliśmy już za sobą i coraz mniej drogi pozostawało do wjazdu na autostradę w okolicy Pitesti, zatrzymaliśmy się na kolejny popas. Pora była już jak najbardziej obiadowa.

Czekając na podanie posiłku obserwowałem handlującą jakimiś lokalnymi drobiazgami staruszkę. Charakterystycznie dla południa Europy, od Hiszpanii po Grecję, kobieta ubrana była na czarno.

Rumunia 03

Potem jednak skupiłem się na mamałydze, którą miałem okazję skosztować pierwszy raz w życiu. Ta kukurydziana kasza stanowi zasadniczą treść posiłku, jaką w naszej kuchni pełnią ziemniaki.

Rumunia food 01

Nie mogliśmy też nie spróbować kiełabsek mititei, przyrządzanych z mielonego mięsa i pieczonych na ruszcie.

Rumunia food 02

Droga do autostrady dłużyła się bardzo, pewnie dlatego, że spodziewałem się jej zaraz za wyjazdem z doliny. Tymczasem trzeba było znów wspiąć się serpentynami na kilkaset metrów w górę, przemierzać kolejne kilometry mniej lub bardziej krętymi drogami, zjechac na dół i w końcu ukazała się upragniona tablica informująca o początku autostrady. Byłem już jednak na tyle zmęczony, że niewiele nam to dało. Jechałem chyba osiemdziesiątką i nie byłem w stanie wykrzesac z siebie koncentracji i skupienia na szybszą jazdę.  Przy pierwszej możliwej okazji zjechałem więc na przydrożny parking. Tam uciąłem sobie drzemkę podczas gdy Paulina kontynuowała lekturę „Procesu” Kafki.

Po drzemce jakość jazdy nabrała zupełnie innego wymiaru. Znów mogłem prowadzić jak przystało na autostradzie, a kilometrów do Bukaresztu ubywało teraz szybko. W końcu nad jezdnią pojawił się wielki bramowy drogowskaz z jedną ogromną tablicą: „Bucuresti” informującą, że wjeżdżamy w teren zabudowany. Uff! Dojechaliśmy! Ponad 1700 kilometrów za nami. Czasu jednak też nie zostało zbyt wiele. W sam raz tyle, aby zameldować się w hotelu, zostawic auto na tamtejszym parkingu i ruszyć na Piata Constitutiei (Plac Konstytucji) gdzie miał odbywac się koncert Leonarda Cohena. O tym pisałem już w pierwszej notatce. Dodam więc tylko, że w drodze powrotnej do hotelu pozwoliliśmy zerwac sobie z jakiegoś muru plakat na pamiątkę. Było już po koncercie, więc jego wartość informacyjna w tym momencie była, żadna, a za to stanowi ważny element dekoracyjny pokoju Pauliny.

Zrywanie plakatu LC

Sopot; 13.01.2013; 17:15 LT

...

Read More Read More

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *