NOC NA GŁÓWNYM W POZNANIU

NOC NA GŁÓWNYM W POZNANIU

Tym razem miałem tylko jeden dzień na przyjazd do Szczecina na Wszystkich Świętych. Jazda samochodem tam i z powrotem przy niezbyt sprzyjającej pogodzie wydawała mi się nierozsądna. Po raz kolejny zaufałem PKP. Zaiste, wielka jest moja wiara w nasze koleje i jeszcze większa nadzieja, że zmienia się na lepsze. Ćma lecąc prosto w płomień świecy ufna w świetlaną przyszłość mniej mimo wszystko ma w sobie nadziei niż, ja wsiadając po raz kolejny do pociągu. Wybaczyłem nawet wyłażące dwa tygodnie temu z rozprutej tapicerki tabuny robactwa (spostrzegłem je dopiero kiedy obudziły mnie maszerując po ręce opartej o sąsiadujący z ich gniazdem podłokietnik). Przeniosłem się po prostu do innego wagonu mijając po drodze panią konduktorkę, która kiedyś skomentowała moją reklamację z wyrzutem, że pamięta mnie, że ja ciągle mam jakieś pretensje. Nie chciałem po raz kolejny uchodzić za niewdzięcznego pasażera.

Środa, 31 października, 17:00. W zarzuconej szybko na grzbiet kurtce wskauję do taksówki. Ostatni przed Wszystkich Świętych bezpośredni pociąg z Sopotu do Szczecina odjeżdża o 17:08.

– Mam osiem minut! – informuję taksówkarza.

– Zdąży pan. Wysadzę pana przy dalszym tunelu SKM. Dostanie się pan tam bezpośrednio na peron dalekobieżny. Jedne schody mniej, krótsza droga… – uspokaja mnie kierowca.

Czerwone światło na skrzyżowaniu na pewno się zacięło. Przecież codziennie tędy jeżdżę i niemożliwe, żeby faza trwała tak długo. Zaraz chyba zniosę jajo w tej taksówce.

Po czterech minutach jesteśmy na miejscu. Kierowca dotrzymał słowa. Maszeruję szybkim krokiem kątem oka obserwując pięknie odnowiony tunel i schody wiodące na perony. Peron SKM też piękny, stylowo odnowiony, zachowując urodę z początków XX wieku z wplecioną w nią współczesną elektroniką.

Właśnie zapowiadają mój pociąg relacji Olsztyn – Szczecin. Już widać światła nadjeżdżającej lokomotywy. Wybrałem drugą klasę, ponieważ czasem można trafic na bezprzedziałowe wagony z gniazdkami do zasilania laptopów. A mi laptop na tę podróż był wręcz niezbędny.

Mijające mnie coraz wolniej wagony nie napawają optymizmem. Wszędzie w przedziałach miejsca pozajmowane. Widać stojących w korytarzu ludzi. Pamiętam z dawnych wakacyjnych wojaży, że w takich sytuacjach ratował mnie zawsze ostatni wagon. Ludzie bowiem mają tendencję do biegnięcia za wjeżdżającym składem i zazwyczaj cisną się gdzieś z przodu. Stara zasada giełdowa „inwestuj pod prąd” sprawdza się także na dworcach. Biegnę do ostatniego wagonu, lecz mój entuzjazm szybko się wypala, kiedy i tu drogę zgaradzają mi stojący w korytarzu pasażerowie. Cholera!

Nic to. Dopłacę do pierwszej klasy. Nie przecisnę się jednak do „jedynki” przez ten tłok. Postanawiam dojechać do Gdyni i tam zmienić wagon poknując dzielący mnie od niego dystans po peronie.

Przez zaparowane i brudne szyby trudno dostrzec gdzie dokładnie jesteśmy, ale Gdyni Głównej nie sposób przeoczyć. Jako pierwszy opuszczam wagon i biegnę w kierunku „jedynki”. Przy drzwiach już tłoczy się grupa ludzi oczekujących, aż zwolnią miejsce wysiadający. W końcu udaje się wejśc do środka lecz na miejsce w przedziale nie ma szans. Mogę zasilić grono stojących w korytarzu. Nie uśmiecha mi się to jednak. Już nawet nie chodzi o to, że musiałbym stać pięć godzin, ale pilnie muszę skorzystać z laptopa z dostępem do internetu, a w tym tłoku się nie da. W takich przypadkach należy mieć zawsze w zanadrzu wariant „B” i oczywiście ja zawczasu taki przygotowałem. Wiedziałem, że o 21:40 z Gdańska Oliwy będę mieć pociąg w kierunku Wrocławia. O 02:31 wysiądę w Poznaniu, skąd o 03:37 będę mieć pociąg relacji Warszawa – Szczecin i dotrę na miejsce o 06:31. Co prawda zamiast przespać noc w łóżku, spędzę ją w wagonie, ale może przynajmniej w bardziej ludzkich warunkach. No i będę jeszcze mieć trochę czasu na laptopową akcję prowadzoną w domu.

Łapię kolejkę w kierunku Gdańska i dzwonię do Mojego Anioła. Będzie czekać na mnie w Gdańsku-Oliwie. Niestety, bilet zakupiony przez internet przepadł. Gdybym kupił normalnie w kasie, byłby ważny dobę, a tak – za późno na zwrot. Muszę kupic drugi. W Gdyni do kas były kolejki, więc wymyśliłem, że kupię na dworcu w Oliwie. Tam jednak kolejka do jedynego okienka zakręcona ze dwa razy. Jedziemy do Sopotu z silnym postanowieniem kupna biletu tam, bez względu na to ile czasu to zajmnie.

Zajęło prawie trzy kwadranse. Chętnych do kupna sporo, ale kasa czynna tylko jedna.

Kiedy szczęśliwy odszedłem w posiadaniu biletu pierwszej klasy z miejscówką (już nie eksperymentowałem z podłączeniem laptopa do prądu) pani z wielką bojaźnią w głosie oznajmiła oczekujacym w ogonku

– Ja teraz będę mieć przerwę…

Kolejka zafurczała i zaczęła pomrukiwać złowrogo coraz głośniej.

– Ja mam o dziewiętnastej pociąg! – krzyknęła zrozpaczona jakaś dziewczyna.

– Proszę otworzyć drugie okienko! – krzyknął ktoś inny.

– Drugiego nie można bo nie ma ludzi – odpowiadała coraz bardziej zestresowana pani kasjerka.

Współczułem jej. To przecież nie jej wina, że przełożeni nie przewidzieli, iż w wieczór poprzedzający święto słynące z masowych podróży po kraju kasa będzie przeżywać oblężenie.

Nie wiem jak się to skończyło ponieważ czas był najwyższy by jechać do domu.

Tam zaś od razu gorąca, laptopowa linia. Do samej dwudziestej pierwszej, kiedy wyłączam go, wrzucam z powrotem do walizki i parę minut póniej wychodzimy z Aniołem do samochodu.

Jaka odmiana! Wagon pierwszej klasy prawie pusty. Przynajmniej mój przedział. We Wrzeszczu dosiada się do mnie jedna osoba i to już wszystko. Nawet się cieszę z tej okrężnej (nadkładam 150 kilometrów) jazdy przez Poznań. Na Euro 2012 oddali do użytku nowy dworzec, więc chętnie go zwiedzę. Drzemię, co jakiś czas kontrolując mijane stacje. Inowrocław, Gniezno, Poznań Wschód… Poznań Główny. Wysiadam. Chłód na peronie od razu mnie rozbudza.

Nowy budynek dworca wdzięczy się swoim futurystycznym kształtem.

Podchdzę do drzwi i… szok. Nie, to nie może być prawda. To nie może dziać się na dworcu wielkiego miasta niemal w centrum Polski, gdzie krzyżują się liczne linie kolejowe i ludzie masowo się przesiadają. A jednak literki nie kłamią. Przez cztery nocne godziny dworzec pozostaje nieczynny.

Na wszelki wypadek sprawdzam z drugiej strony, od torów wiodącyh wprost z peronów. To samo.

Jest jeszcze stary budynek dworca. Może tam można poczekać, schronić się przed zimnem? O nie! Nie dla psa kiełbasa! Hala i owszem, nawet oświetlona, być może nawet ogrzewana, ale drzwi zamknięte. Za to wielki napis, he he,  zaprasza podróżnych do nowego dworca. Nawet strzałkę dali, gdyby ktoś nie mógł trafić.

Desperacko podążam do tunelu. Może stamtąd da się wejść? Nie, dostępu broni solidna krata.

Ludzcy państwo, zadbali by podróżny mógl sobie kupić coś do picia. Oczywiście na zewnątrz, żeby nie pchał się z buciorami do czystego dworca.

Ludzie chronią się przed wiatrem i chłodem w tunelu pod peronami. Tam w maleńkich klitkach ulokowało się też kilka punktów gastronomicznych. Są naprawdę mikroskopijne. Wejdzie kilka osób i już tłok.

Pamiętam jak kiedyś na Dworcu Centralnym w Warszawie (jeszcze przed remontem) zdesperowany szukałem w nocy toalety. Na wszystkich widniał ten sam napis: „nieczynne od 01:00 do 04:00”. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby, jeśli już muszą byc przez czas jakiś nieczynne, rozciągnąć to w czasie tak, aby przez całą dobę jakaś dyżurna jednak była. Połowa mogła być zamknięta od 23:00 do 02:00,  a druga połowa od 02:00 do 05:00. To jednak wymagało chyba jakichś fakultetów z zarządzania. Ja znalazłem toaletę przy dworcu Warszawa Zachodnia, ale bardziej zdesperowani sikali po kątach, o czym świadczył niosący się z mniej eksponowanych miejsc fetor.

Dopiero zaczyna się listopad. Chłód jeszcze tak bardzo nie doskwiera. Niedługo jednak zaczną się prawdziwe mrozy. Współczuję pasażerom zmuszonym przesiadać się w Poznaniu. Jedynym schronieniem dla nich pozostanie tunel pod peronami. Będą czekac w przeciągu, ale przynajmniej mając dach nad głową. W tym czasie, dla ich dobra przecież, podczas przerwy technologicznej będzie się froterować podłogi w designerskim budynku dworca, który jako wizytówka miasta ma prezentowac się okazale.

Gdańsk; 02.11.2012; 07:20 LT

...

Read More Read More

7 thoughts on “NOC NA GŁÓWNYM W POZNANIU

  1. I ten kretyński napis „Przerwa technologiczna” Jaka technologia? Zmieniają oprogramowanie? A może skład chemiczny betonu?

  2. Najważniejsze, że brzmi poważnie 🙂 Ja widziałem w tym czasie jedną osobę czyszczącą specjalną maszyną podłogę. Zamiast wiadra i szmaty nowoczesna technologia. To dla niej trzeba zamknąć dworzec na cztery godziny. Strach pomyśleć co by było gdyby do akcji wpuścić panie sprzątaczki z mopami i wiaderkami. Sprzątanie trwałoby o tyle wolniej, że dworca pewnie w ogóle by nie otwierano.

  3. Przecież to sposób na bezdomnych, żeby nie zrobili schroniska z dworca. Pamiętam kilka nocy na dworcu we Wrocławiu – ludzie leżeli w rządku na kartonach od jednego wejścia do drugiego, jak dworzec długi, wszystkie ławki, chociaż okropnie niewygodne – też zajęte. Prostytutki najgorszego sortu przechadzyły i potykały o nogi lezących. Jedyną ostoją dla podróżnych był mały gyros, gdzie właściciel po prostu nie wpuszczał bezdomnych albo apteka – ale tam nie można było długo zostać. Fetor był nie do zniesienia. Jak zrobili Mac Donalda – to jeszcze tu podróżny mógł się schronić, ale wkrótce też i to miejsce zostało zaadoptowane na noclegownię. Nie mam nic przeciwko bezdomnym, ale nie wytrzymywałam.
    Zamkniecie dworca to wyjście ekstremalne, jeszcze nie udało się znaleźć czegoś pośredniego.

  4. Nie zgodzę się z Tobą lala.lu. Każdej zimy współczuję ludziom bez dachu nad głową, lecz uważam, że dworzec nie może być noclegownią. To wizytówka miasta. Zamknięcie go to po prostu chowanie głowy w piasek. Wystarczyłoby, aby straż miejska oprócz wtykania mandatów kierowcom, wspólnie z SOK patrolowała obiekt i usuwała z niego bezdomnych. Nie chodzi o bezduszne wyganianie na mróz lecz o przewóz do rozmaitych noclegowni, które każde duże miasto posiada. Jeżeli bezdomni odmówią tam noclegu, to już ich sprawa, ale muszą wiedzieć, że przyzwolenia na koczowanie na dworcu nie mają. Piszesz, że we Wrocławiu jedyną ostoją był Kebab, bo właściciel po prostu nie wpuszczał bezdomnych. Ba! To był jedyny konsekwentnie trzymający się zasad człowiek, Gdyby podobnie do sprawy podchodziły służby odpowiedzialne za cały dworzec, nie byłoby problemu. Jeżeli w obawie przed bezdomnymi każe się wszystkim podróżnym spędzać noc na mrozie to jaki był w ogóle sens budowania dworca z poczekalniami, barami i.t.p.? To tylko świadectwo braku pomysłu (a pewnie także i woli) na rozwiązanie problemu kloszardów.
    Pozdrawiam.

  5. Searover w niczym Twoja wypowiedź nie przeczy mojej. Nie powiedziałam, że to dobrze, że zamykają dworce. Powiedziałam, że to rozwiązanie pośrednie. Nie powiedziałam, że nie współczuję bezdomnym – nawet pomagam, wspierając jedno miejsce we Wro na różne sposoby, ale przyznaję się wprost i bez hipokryzji do tego, że nie wytrzymywałam smrodu i widoku brudu na dworcu. Policja nie może przewozić bezdomych, bo bezdomy, jak każdy człowiek jest wolny i może się nie zgodzić, i najczęściej nie zgadza na ruszanie go z miejsca.

  6. Lala.lu, absolutnie nie próbuję zarzucać Ci, że myślisz iż „dobrze, że zamykają”, albo że „dworzec może być noclegownią”. Chodziło mi tylko o to, że nie powinno się zbyt łatwo rozgrzeszać odpowiedzialnych za ten stan rzeczy. Dużo mysli przychodzi mi do głowy, więc postanowiłem zamiast długiego komentarza, napisać oddzielną notkę. Tylko proszę, nie traktuj tego jako atak na siebie, lecz jako moje zdanie, że nie powinno się usprawiedliwiać zaniechania działania.
    Pozdrawiam Cie i dziękuję za wizytę w „Mojej Szufladzie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *