CÓŻ, ŻYCIE…

CÓŻ, ŻYCIE…

Mój blog coraz bardziej przypomina kronikę ostatnich pożegnań. No cóż, taki widać rok. O ile chodzi o postaci powszechnie znane, na ogół towarzyszy temu tylko smutek i żal. Kiedy jednak Kostusia wskaże kogoś z rówieśników, z grona przyjaciół, dochodzi jeszcze dreszczyk przerażenia, że oto nasza półka przestała być już bezpieczna i z niej także zaczął się pobór.

W mijającym tygodniu odeszła od nas kolejna koleżanka z klasy, Marzena. Rak po raz kolejny odniósł zwycięstwo. Ponoć była świadoma nadchodzącego końca. Lekarz nie ukrywał, że nie ma już nadziei. Nie chciała wracać na umieranie do domu. Załatwiała hospicjum i stwierdziła, że jak dogra wszystko, przeniesie się tam ze szpitala od razu. W piątek spotkała się z notariuszem by pod względem formalnym pozamykać wszystkie ziemskie sprawy. Jestem pod wrażeniem jej spokoju, opanowania i zdolności logicznego myślenia w obliczu nadchodzącego końca. Nie każdy by tak potrafił. Podpisała te notarialne dokumenty w piątek, a w poniedziałek nie było już jej wśród nas. Do hospicjum nie zdążyła.

Przejrzałem albumy ze starymi fotografiami klasowymi, i zdziwiłem się, że tak niewiele jej zdjęć tam się znajduje. Na dodatek nigdy nie byłem mistrzem techniki, więc i to co jest dopiero po długiej obróbce nadało się do publikacji.

Marzena 03

To było tak niedawno, jakby wczoraj. Rajdy po Puszczy Bukowej, wygłupy w klasie, popijanie ukardkiem wina na wykopkach…

Marzena 04

Nie mogłem być na pogrzebie. Miałem od dawna zaplanowaną służbową podróż do Odessy. Pochowano ją w piątek, a ja tego dnia dopiero wieczorem przyleciałem do Szczecina. Poszedłem nazajutrz, z Gosią N. w charakterze przewodniczki.

2011-07-16 (1)

Wieczorem mieliśmy się spotkać w klasowym gronie, by poużalać się wspólnie nad kruchością ludzkiego losu i powspominać Marzenę oraz Mariolę. Gosia G., inicjator owego meetingu uznała, że najlepiej do tego celu nada się Karczma (a może restauracja) „Pod Aniołami” w Dobrej Szczecińskiej. Trudno mi było zrozumieć dlaczego musimy jechać, aż do Dobrej, zwłaszcza, że nie miałem samochodu, ale Witek i Gosia zaoferowali miejsce w swoim oraz wytłumaczyli, że nazwa miała kojarzyć się z okolicznościami naszego spotkania. Od razu mi się przypomniało jak szukałem swego czasu jakiegoś dobrze kojarzącego się, optymistycznego dodatku do kilku gadżetów, które niosłem komuś choremu do szpitala. W Empiku powinno być sporo okolicznościowych karteczek, lecz nie było. Padła więc propozycja by dołączyć niewielką książeczkę z aforyzmami, ale też jakoś nie pasowały, zwlaszcza, że mi najbardziej podobała się ta pod tytułem „Coraz bliżej nieba”.

Jeżeli chodzi o anioły to mam jednak daleko przyjemniejsze skojarzenia, więc pomimo odległości przystałem na propozycję z ciekawością. Niestety, na miejscu okazało się, że restauracja właśnie doszła do siebie po zakończonym niedawno weselu, a że rezerwacja rzekomo nie była potwierdzona, zaproponowano nam gościnę jedynie do 21:00, o której to miało nastąpić zamknięcie przybytku. Ponieważ była już 20:15 postanowiliśmy nie być natrętni i nie absorbować personelu. Pytanie tylko, co dalej? Dobra Szczecińska to jednak nie Szczecin. I wtedy Darek z Gosią S. (obrodziło nam w klasie w Małgorzaty) zaproponowali… folwark. Ponoć mijali jakiś fajnie odrestaurowany folwark w okolicach Lubieszyna. Nasza kolumna samochodów skierowala się więc w tamtym kierunku.

Po paru minutach stanęliśmy przed Folwarkiem Skarbimierz

Przy kasowym okienku znów długa dyskusja. Ponoć już nieczynne, albo czynne, lecz krótko, natomiast o 21:30 zapraszają na strzelanie z łuku.

2011-07-16 (2)

Od razu przypomniało mi się łucznictwo na Podlasiu i chętnie spróbowałbym raz jeszcze. Nie był to jednak czas na próbowanie, a przede wszystkim nie mieliśmy się gdzie podziać.

Jakoś w międzyczasie chyba Ania wspomniała, że wydaje jej się iż ten folwark jest obecnie własnością Agaty, naszej koleżanki z klasy. Agata dołączyła do nas w trzeciej klasie liceum i była z nami tylko przez ten jeden rok. Pan, który okazał się potem być jej mężem poszedł poinformować ją, że przyjechała IVc. Agata, jak potem opowiadała, akurat spała i myślała, że coś jej się śni, albo małżonek mówi do niej szyfrem. Zresztą Agata okazała się być Aleksandrą.

– Właściwie to jestem Ola. Agata mam na drugie.

– Co ty opowiadasz?! Przez cały rok mówiliśmy do ciebie Agata, a to nie było twoje pierwsze imię? A w dzienniku? Tam też było Agata.

– Tak mnie jakoś zapisali…

Teraz zrozumieliśmy konfuzję małżonka, który zapytany przy bramie o Agatę, stwierdził:

– Agata? Jest tu Agata, która pracuje przy koniach, ale chyba nie o nią wam chodzi? Może Ola?

– Ola? Nie. Agata.

Dobrze, że mimo, wszystko poszedł obudzić żonę.

– A dlaczego uważałeś, że nie o tamtą Agatę nam chodziło?

– Pomyślałem, że chyba nie jesteście jej towarzystwem

– Że co? Że ona przy koniach robi?

– Nie! Nie o to chodzi. No… Ona ma coś około dwudziestu lat. Trochę młodsza od was.

Oczywiście nie muszę dodawać, że zostaliśmy przyjęci w folwarku i spędziliśmy tam miły wieczór wspólnie z naszą dawno nie widzianą koleżanką.

Folwark w odrestaurowanej już części wygląda rewelacyjnie. Wszystko dopieszczone do ostatniego detalu. Nawet w stajni dla koni żeliwne filary, brukowa kostka we wzory, sterylnie czytse zagrody…

2011-07-16 (4)

–  No no, ja w domu nie mam tak ładnie jak te konie mają tutaj… –  powiedział bodajże małżonek „Muchy”.

– Przede wszystkim nie masz tak czysto jak one – dodała Mucha, co mnie mile połechatało, ponieważ miałem wyrzuty, iż wyjeżdżając do Odessy, również pozostawiłem mieszkanie w kondycji daleko gorszej niż owe stajnie. Trzeba będzie ogarnąć co nieco jak wrócę.

Spacerując wewnątrz, obejrzeliśmy sobie niektóre zwierzęta. Oprócz koni były tam m.in. nutrie, a przede wszystkim szop pracz o dźwięcznym imieniu Franek.

2011-07-16 (3)

2011-07-16 (5)

Ja zaprzyjaźniłem się szybko z norweskim kotem leśnym, którego nazwano Marian. Marian lubił jak go drapałem za uchem i pod brodą i potrafił dreptać za mną jak pies.

Okoliczności tego wieczornego posiedzenia nie były najszczęśliwsze, ale przyjemność spędzenia wspónego czasu razem i na dodatek z w tak niezwykły sposób „odnalezioną” Agatą, sorry, Olą, ogromna.

2011-07-16 (6)

Cóż, życie… Marzena pozostanie w naszej pamięci, lecz jej miejsce pozostanie już na zawsze tam, na cmentarzu w Dąbiu. My zaś popijamy wino, spotykamy się, pracujemy i dopisujemy kolejne kartki naszej historii póki naszej półki całkiem nie przetrzebią…

Dochodziła północ, gdy odprowadzani przez gospodarzy i Mariana pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy do domów.

2011-07-16 (7)

Szczecin, 17.07.2011; 12:00 LT

...

Read More Read More

2 thoughts on “CÓŻ, ŻYCIE…

  1. Wszystko pięknie Stefanie ,ale „Pod Aniołami” to był gościniec a nie zwykła karczma czy restałracja. Skojarzenia raczej cieplutkie ,zapraszające, niezwykle gościnne…

  2. No, może i gościniec, chociaż tego dnia gościnny niespecjalnie 🙂 I bardzo dobrze, bo dzięki temu trafiliśmy do Folwarku Skarbimierz. Pozdrawiam z pochmurnego i wietrznego Sopotu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *