PODLASKIE (7) – BIEBRZA

PODLASKIE (7) – BIEBRZA

W deszczowo burzowych okolicznościach opuszczaliśmy Bohoniki. Lało ponoć przez całą drogę. Nie wiem, bo tradycyjnie zdrzemnąłem się podczas jazdy. Wroceń jednak przywitał nas słońcem, lecz co najważniejsze – ustał wiatr. Z wcześniejszych bowiem wiadomości wynikało, że nad Biebrzą wieje. Tratwa waży ponad tonę i niemal cała wystawiona jest nad powierzchnię wody. Przy silnym, przeciwnym wietrze flisakowanie jest jeżeli nie niemożliwe to na pewno bardzo trudne.  Organizatorzy naszej wyprawy zastanawiali sie nad planem „B”, czyli wariantem alternatywnym wobec spływu tratwą. Teraz, przy pięknym, słonecznym i bezwietrznym popołudniu nie było już takiej potrzeby. Szybko zostawiliśmy rzeczy w pokojach gospodarstwa agroturystycznego „Dolina Biebrzy”, które organizowało nasz spływ i zabraliśmy ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Biebrza 01

Zapakowaliśmy się do samochodów, by przemieścić się nieco w górę rzeki, do Dolistowa Starego, skąd mieliśmy z prądem wrócić do Wrocenia. Nie był to może zbyt długi odcinek – raptem kilka kilometrów, ale biorąc pod uwagę czas, jaki pozostał do zmierzchu – w sam raz.

Tratwa została zwodowana.

Biebrza 02

Biebrza 03

Dostaliśmy długie żerdzie i dalej musieliśmy już radzić sobie sami. Dopiero wtedy okazało się, że spływ taką tratwą to wcale nie jest łatwa sprawa. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś szczególnie wyrafinowaną technikę. W końcu po kilku mniej lub bardziej udanych próbach każdy złapie na czym dokładnie odpychanie się kijem od dna ma polegać. My, ludzie XXI wieku przywykliśmy jednak do nieco innych szybkości, a przejażdżka taką tratwą to mozolne pokonywanie metra za metrem. Wystarczyła chwila przestoju w odpychaniu, albo silniejszy powiew wiatru, by tratwa zatrzymywała się w miejscu. Nawet jednak gdy wszystko szło dobrze, odnosiłem wrażenie, że na piechotę byłoby jakieś trzy razy szybciej.

Biebrza 04

Biebrza 15

Płynęłiśmy już chyba z godzinę gdy za rufą wciąż widać było dachy zabudowań Dolistowa Starego. Tak, to sport zdecydowanie dla cierpliwych. W zamian jednak ma się na tratwie dach, i coś w rodzaju kajuty, gdzie z kolei stoi sobie koja. Można więc spać spokojnie bez wychodzenia na ląd.

Jeżeli nie ma się czasu, nie ma sensu wybierać się nad Biebrzę. To nie miejsce, gdzie wpada się na chwilę. Kiedy jednak nie patrzy się na zegarek, można kontemplowac widoki, którymi natura wynagradza powziętą przez nas decyzję.

Biebrza 05

Oczywiście ptaki. To ich królestwo. Ponoć najlepiej nad Biebrzę jechać wiosną. Rozlewiska ciagną się wtedy często w najbardziej nieprawdopodobny sposób, bywa że nawet nad asfaltową szosą. Ptaki przemieszczają się licznie. Jedne wracają z ciepłych krajów, inne odlatują do zimnych. Te pierwsze nie pobudowały jeszcze gniazd, więc można łatwo je podpatrzeć. Nawet gdyby miały już te gniazda gotowe, trawy i trzciny są jescze zbyt słabo rozwiniete by się w nich skryć. Latem trzeba mocniej wytężyć wzrok, ale chwila skupienia szybko zostaje wynagrodzona.

Biebrza 07

Oczywiście niemożliwe by podczas najkrótszego nawet spływu nie zaobserwować bocianów.

Biebrza 11

Co chwilę jakiś podrywa się do lotu, albo ląduje pośród trzcin.

Biebrza 10

Biebrza 12

Niesamowity spektakl urządziły nam łabędzie. Właśnie mijalismy jeden z dopływów rzeki gdy dwa ptaki, być może spłoszone naszą obecnością postanowiły odlecieć. Niczym jumbo jety na pasie startowym rozpędzały się machając gwałtownie skrzydłami i jednocześnie odpychając się gwaltownie łapami od powierzchni rzeki. Niezwykły widok, bo taki start nie trwa parę sekund, a te wielkie ptaki potrzebują dobrych kilkudziesięciu metrów rozbiegu, żeby wystartować. Akurat wtedy stałem przy żerdzi i zajęty flisacką robota nie mogłem chwycić za aparat. Strasznie było mi żal tego widoku.

Ostrzyłem sobie zęby na zmierzch. Umówiłem się z Joanną, że zmieni mnie przy żerdzi gdy słońce zejdzie dostatecznie nisko.

Warto było poczekać. Wdrapałem się na dach i sącząc „Żubra” („żubrów” był u nas dostatek) kontemplowałem przedwieczorną ciszę.

Biebrza 06

Gdzieniegdzie z traw wyłaniały się opuszczone czółna. Jedyny ludzki ślad wśród bezkresu traw (oczywiście jeśli nie liczyć dachów domostw hen w oddali). Na wpół zatopione wyglądały niczym relikt jakiejś  zaginionej cywilizacji.

Biebrza 08

W końcu, nieco bliżej Wrocienia, na podobnej łódce pojawił się jakiś wędkarz. Płynął w przeciwnym kierunku niż my i poinformował nas, że cel już blisko. Pomimo pięknych widoków przyjęliśmy ów fakt z ulgą, ponieważ myślami coraz częściej byliśmy już przy spóźnionej tego dnia kolacji. Słońce właśnie zaczynało zachodzic gdy zbliżyliśmy się do przystani.

Biebrza 13

Nie poszedłem jednak jeść, zanim nie odczekałem do końca, aż ognista, czerwona tarcza skryje się za lasem.

Biebrza 14

Na kolację znów żubr albo i dwa oraz znów cała masa miejscowych smakołyków. Z głośników leciało jakieś disco polo, co delikatnie mówiąc nieszczególnie pasowało do miejsca. Na szczęście głośność gospodarze nie ustaaili na maxa, więc dało się przeżyć. Ja zresztą nie siedziałem zbyt długo. Zamierzałem wstać wcześnie jak codzień, żeby opisać na blogu to i owo, a może przy okazji popatrzeć na poranne mgły.

Gdynia, 11.07.2011; 00:45 LT

...

Read More Read More

4 thoughts on “PODLASKIE (7) – BIEBRZA

  1. Oj! Mój Boże, czego to ludzie nie wymyślą — żeby kioskiem po rzecze pływać… 🙂

    W latach ’80 płynąłem Biebrzą z Goniądza do Różana (to już Narew).
    Szczegółów niestety nie pamiętam (smarkaty wówczas byłem), więc mogę coś pomieszać.
    Nasza drużyna organizowała letni spływ Czarną Hańczą, Kan. Augustowskim, Biebrzą i Narwią. Niestety zostaliśmy zaproszeni na ogólnopolski spływ Wisłą (z Krakowa do Gdańska), a odmawiać wtedy nie wypadało, więc instruktorzy wykombinowali, że część pojedzie na jeden spływ, część na drugi, a w połowie będzie zmiana.
    Mi trafiła się Wisła z Krakowa do Annopola i druga część spływu „mazurskiego”.
    Niestety na skutek nawałnicy nie dotarliśmy na czas do Annopola, skutkiem czego w Goniądzu znaleźliśmy się z dwudniowym opóźnieniem.
    Jako, że w tamtych czasach nie dało się po prostu zadzwonić z informacją, że się spóźnimy do rodziców wszystkich uczestników i do Pana, który miał odebrać nasz sprzęt i przewieźć z powrotem na Śląsk, trzeba było te dwa stracone dni jakoś nadrobić. Płynęliśmy niezłym tempem cały dzień, a potem wieczorem związaliśmy nasze kanadyjki w wielką tratwę (i to była tratwa, a nie ten Wasz „RSW Ruch” ;-)), dwóch instruktorów czuwało całą noc, reszta spała w śpiworach spławiając się wielką tratwą…
    No i pamiętam wpis z książeczki TOK — 47km w ciągu pierwszego dnia (przeciętnie robiliśmy 20-25km).
    Kanadyjka to coś jakby sztywny, pakowny kajak o wysokiej burcie i podniesionym dziobie i rufie, jednak oczy wioślarza znajdują się dosyć nisko. Na Biebrzy (przez ten pierwszy dzień) widać było tylko trzciny… Pamiętam taki dialog (który powtarzany tego dnia wielokrotnie):
    A: Poczekaj tylko wstanę i rozejrzę się (wstawanie jest dosyć ryzykowne — podniesiony środek ciężkości ułatwia wywrotkę — wymaga skupienia obu wioślarzy).
    B: I co widzisz?
    A: Trzciny.
    B: Stań na ławeczce… I co?
    A: Trzciny.
    B: Jasne! Trzciny, trzciny i na horyzoncie też trzciny!
    A: Nie. Na horyzoncie las…

    Patrzę teraz na mapę… i żałuję… Widzę, że minęliśmy twierdzę w Osowie (pewnie wtedy i tak była obiektem wojskowym) i Wiznę… Szkoda.

    Pozdrawiam
    :-Przemo.

    PS: Oczywiście POLECAM!

  2. Przemo, widok mieliśmy dokładnie ten sam: trzcicny, trzciny, trzciny, a na widnokęgu las 🙂 No i cokolwiek by nie pisać, jedną z najważniejszych zalet owego kiosku był fakt, że można było wyleźć na dach, z którego przynajmniej można było zobaczyć ową linię lasu w oddali. Większość zdjęć jakie podczas tamtej wycieczki wykonaliśmy, robiona była z dachu. Na dole możan było podziwiać jedynie pierwszą linię trzcin.
    Ech, Twoja opowieść przypomniała mi czasy sprzed telefonów komórkowych. Dziś spotkanie się gdzieś ludzi nie mających tych gadżetów przy sobie wydaje się wręcz niemożliwe. Z jednej strony coraz lepsza technika, a z drugiej zabija się kreatywność 🙂
    Pozdrawiam.

  3. 🙂
    Trzciny .. trzciny .. ooo las … z kiosku jak się wyrwało moim znajomym ..
    Jak zwykle z przyjemnością przeczytałam .. obejrzałam i .. pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *